MALI GRACZE DUŻO PŁACĄ
Biura maklerskie podnoszą opłaty dla drobnych inwestorów
Od chwili rozpoczęcia notowań akcji pierwszych pięciu spółek publicznych, za jeden z najważniejszych czynników decydujących o rozwoju polskiego rynku kapitałowego uznawany był odsetek społeczeństwa aktywnie działającego na warszawskiej giełdzie.
Często, z braku szczegółowych danych, odsetek osób inwestujących na giełdzie liczono ilością otwartych rachunków inwestycyjnych w przedsiębiorstwach maklerskich.
Wybredne biura
Jeszcze nie tak dawno niemal wszyscy uczestnicy rynku giełdowego przy każdej większej prywatyzacji, wprowadzeniu programu narodowych Funduszy Inwestycyjnych czy kolejnych propozycjach uwłaszczenia obywateli zastanawiali się, czy biura maklerskie zdołają obsłużyć zwiększoną liczbę chętnych do inwestowania. Ostatnio jednak obaw tych nie ma już prawie nikt.
Niedawne wprowadzenie na giełdę akcji PKN-u było wręcz walką o pozyskanie jak największego grona potencjalnych inwestorów. Wydaje się więc, że sytuacja staje się w końcu normalna. Niestety tak nie jest, przede wszystkim dlatego, że brokerzy chcą mieć tylko inwestorów aktywnych albo skłonnych do ponoszenia coraz większych kosztów związanych z prowadzeniem rachunku. Innymi słowy, przynoszących nie tylko przychody, ale i zyski.
Widoczne jest to szczególnie w ostatnich miesiącach, kiedy kilka domów maklerskich zmieniło swoje tabele opłat.
Brak odsetek
Niemal wszyscy pobierają już opłaty za otwarcie bądź prowadzenie rachunku. Jednocześnie przy zgromadzeniu niewielkich środków pieniężnych nie dostajemy odsetek, mimo że każdy broker trzyma je na oprocentowanym rachunku w banku. Przykłady można mnożyć. Niekorzystna, zwłaszcza dla małych inwestorów, zmiana kosztów związanych z działaniem na giełdzie czy rynku pozagiełdowym nie jest jednak do końca efektem zwiększania marży pobieranej przez maklerów.
Winny KDPW
Na przestrzeni czterech ostatnich lat opłata ewidencyjna pobierana przez Krajowy Depozyt Papierów Wartościowych wzrosła prawie pięciokrotnie. Jeszcze w 1996 roku wynosiła 0,60 zł, obecnie jest na poziomie 2,90 zł.
Inwestor składający zlecenie nie jest w stanie przewidzieć — podobnie jak nikt na rynku — w ilu transakcjach zlecenie zostanie zrealizowane. W konsekwencji nie wiadomo, jakie opłaty zostaną poniesione na rzecz depozytu. Instytucji tej w zasadzie nie obchodzi, ile opłat ewidencyjnych pobierze od realizacji jednego zlecenia inwestora.
Zgodnie z ich stanowiskiem, bez względu na ilość transakcji na zaewidencjonowanie każdej z nich wykonywana jest ta sama praca. Pozostaje tylko pytanie, dlaczego ryzyko związane z nieprzewidywalnością ilości transakcji realizowanych w wyniku złożenia jednego zlecenia, a w konsekwencji ostateczny koszt opłat ewidencyjnych, został przerzucony na barki inwestorów.
Dużym lepiej
Są i inne przykłady coraz gorszego traktowania małych inwestorów na warszawskiej giełdzie. Kilka dni temu zarząd tej instytucji zwiększył liczbę akcji wchodzących w skład jednego bloku najpłynniejszych na rynku walorów Elektrimu, KGHM, PKN, TP SA. Zmiana jednostki transakcyjnej ze stu do 250 akcji została uzasadniona koniecznością zmniejszenia przestojów związanych z czasem wprowadzenia do systemu giełdowego zleceń i ich realizacji.
Wyłączenie drobnych inwestorów z grona uczestników dokonujących obrotu powyższymi walorami w czasie notowań ciągłych miało umożliwić w efekcie większy komfort działania dużych podmiotów. Tłumaczono, że w szczególności zagraniczni inwestorzy przy wolnym działaniu systemu informatycznego mogą przenieść się z GPW na rynki, na których notowane są GDR-y polskich spółek. Ich odejście niewątpliwie zmniejszyłoby wartość obrotów.
Pozostaje znowu pytanie, dlaczego konsekwencje niewydolności systemu giełdowego muszą ponosić mali inwestorzy.
Małym gorzej
Przedstawione powyżej przykłady świadczą o coraz gorszym traktowaniu osób dysponujących niewielkimi środkami przeznaczanymi na inwestycje na rynku publicznym.
Ostatnie miesiące dostarczają wielu przykładów wprowadzania bądź podnoszenia przez instytucje rynku kapitałowego opłat stałych, które szczególnie boleśnie dotykają drobnych inwestorów.
Niewiele wskazuje na to, aby niekorzystny dla nich proces został wyhamowany. Każda podwyżka znajduje swoje uzasadnienie we wzroście kosztów działalności bądź wprowadzeniu nowych usług. Niewątpliwie jest w tym część racji.
Inną kwestią jest natomiast relatywnie mniejsza siła oddziaływania na rynek kapitałowy małych inwestorów w stosunku do tego, jaki mieli oni jeszcze kilka lat temu. O ile na początku funkcjonowania publicznego rynku kapitałowego drobni inwestorzy mieli największy wpływ na wielkość dokonywanego obrotu, o tyle obecnie to miejsce zajęły duże podmioty na czele z krajowymi i zagranicznymi instytucjami finansowymi. I to jedynie z nimi tak naprawdę liczą się obecnie instytucje wspomagające publiczny obrót.
Być może dlatego coraz żadziej słyszymy opinie ze strony wyżej wymienionych instytucji o aktywizowaniu potencjalnych inwestorów.
Tomasz Furman