Miejsce spotkań

Jacek Zalewski
opublikowano: 2007-05-04 00:00

Stolica federalnego Związku Australijskiego powstała blisko sto lat temu w szczerym buszu. Sądząc po planach, będzie budowana jeszcze długo.

CANBERRA znaczy po aborygeńsku miejsce spotkań, ale także kobiece piersi.

Stolica federalnego Związku Australijskiego powstała blisko sto lat temu w szczerym buszu. Sądząc po planach, będzie budowana jeszcze długo.

Zdecydowana większość państw na świecie, w szczególności w starej Europie, kształtowała swoje stolice w naturalny sposób przez co najmniej kilkaset lat. Ale niektóre społeczeństwa na innych kontynentach zbudowały je od podstaw w szczerym polu, buszu lub stepie.

Pierwszy był Waszyngton, który stołeczne obowiązki przejął od Filadelfii w 1800 r. Śladem Stanów Zjednoczonych Ameryki poszła Australia, której administracyjnym centrum jest od 1927 r. Canberra. Podobnie postąpiła Brazylia, przenosząc w 1960 r. stolicę z Rio de Janeiro do Brasilii. A całkiem niedawno śmiały ruch wykonał Kazachstan, zamieniając w 1997 r. Ałmaty na położoną centralnie w środku stepu Astanę.

Waszyngton wzorcem

Na kontynencie australijskim intensywnie rozwijające się kolonie rywalizowały w XIX w. tak ostro, że nie potrafiły się dogadać nawet co do szerokości torów kolejowych. Każda z dwóch dominujących metropolii, Melbourne i Sydney, uważała się za jedynie godną bycia stolicą. Realna stała się perspektywa utworzenia kilku odrębnych państw, ale po latach kłótni politycy się porozumieli i 1 stycznia 1901 r., czyli w pierwszym dniu XX w., proklamowany został Związek Australijski (Commonwealth of Australia) w składzie sześciu stanów. Warunkiem wyrażenia przez Melbourne i stan Wiktoria zgody było zlokalizowanie neutralnej stolicy federalnej w miejscu położonym co najmniej 100 mil (czyli 160 km) od Sydney. Władze Melbourne — stolicy tymczasowej — wyliczyły, że taka jest minimalna odległość bezpieczeństwa, aby stolica docelowa nie stała się satelitą Sydney.

Rządowa komisja wyłoni- ła aż 11 nadających się miejsc i w 1908 r. odbyło się w parlamencie głosowanie. Wygrała Vass-Canberra, której nazwę później uproszczono do drugiego członu. Stan Nowa Południowa Walia oddał na potrzeby federalne działkę o powierzchni 2526 km kw., która stała się Australijskim Terytorium Stołecznym (ACT — Australian Capital Territory). Ta geneza Canberry wskazuje na jej pobratymstwo z Waszyngtonem, który również został zlokalizowany kompromisowo na styku Północy z Południem i również w wydzielonym District of Columbia. Podobieństw jest znacznie więcej — chwilami miałem w stolicy Australii wrażenie, że jest ona może nie kopią, ale jakąś mutacją stolicy USA.

Trójkąt przecina jezioro

Konkurs na projekt Canberry wygrał amerykański — jakiż by inny — architekt i urbanista Walter Burley Griffin. Zaprojektował eleganckie, nowoczesne miasto, z szerokimi arteriami i dającymi poczucie luzu przestrzeniami (bez samochodu się tam nie istnieje) oraz sztucznym jeziorem na niewielkiej rzece Molonglo. Canberra początkowo rozwijała się powoli, jeszcze po drugiej wojnie światowej liczyła zaledwie kilkanaście tysięcy mieszkańców. Przyspieszenie nastąpiło po przegrodzeniu w 1963 r. rzeki i powstaniu malowniczego akwenu nazwanego imieniem głównego projektanta. Dzisiaj miasto wokół lśniącego Lake Burley Griffin przekroczyło 300 tys. mieszkańców, ale do zrealizowania założeń projektu jeszcze daleko. W muzeum Canberry znajduje się jej podświetlona makieta, na której wiele obiektów i osiedli opatrzono klauzulą „future”. Na moje oko wizja Griffina zmaterializuje się za kilkadziesiąt lat. Podobnie do Waszyngtonu ukształtowany już szkielet komunikacyjny Canberry jest trójkątem. Jego ramiona wyznaczają główna oś Commonwealth Avenue oraz Kings Avenue. W stolicy nie ma przemysłu, bujnie rozwijają się za to usługi świadczone potężnej liczebnie klasie urzędniczej oraz turystom.

Wierzchołkiem trójkąta, sercem miasta i Związku Australijskiego jest Capital Hill, czyli wzgórze z Parliament House — nową siedzibą dwuizbowego parlamentu, wzniesioną kosztem miliarda dolarów i oddaną w 1988 r., na 200- -lecie Australii (liczone od założenia pierwszej brytyjskiej kolonii karnej). Parlament zaprojektował amerykański — jakiż by inny — architekt Romaldo Giurgola. Wyjątkowość tego równie monumentalnego co inteligentnego gmachu polega na tym, że optycznie chowa się on we wzgórzu, na części dachu zaś ma trawnik. To symbol służebności władzy wobec narodu, ale bez przesady — po przypominającym boisko dacho-trawniku się nie spaceruje, co najwyżej się go podziwia.

Pamięć o Gallipoli

Od skojarzeń z Waszyngtonem najbardziej nie mogłem uciec na szlaku australijskiej chwały wojennej. Na wzór amerykańskiego National Mall, czyli pasażu koło Białego Domu, w Canberze wytyczono od parlamentu Federation Mall, za jeziorem przechodzący w ANZAC Pole i kończący się położonym na wzgórzu majestatycznym gmachem Australian War Memorial. Kluczem do zrozumienia znaczenia tej ekspozycji jest skrót ANZAC (Australian and New Zealand Army Corps) oraz data 25 kwietnia. W świadomości Australijczyków to równoważnik naszego 1 sierpnia 1944 r., z Monte Cassino na dokładkę. Po wybuchu I wojny światowej do armii australijskiej zaciągnęło się w dwa miesiące 20 tys. młodych chłopców, liczących na fajną przygodę. Ziściła się ona 25 kwietnia 1915 r. na półwyspie Gallipoli w Turcji, gdzie korpus wyrzucony bez sensu na plaży został zmasakrowany przez dobrze obsadzonych na wzgórzach Turków — już pierwszego dnia poległo 2 tys., a w sumie w całej nieudanej operacji 9 tys. Australijczyków. Był to taki zbiorowy szok, że owa data powszechnie uznawana jest za narodziny zjednoczonego narodu australijskiego.

Mauzolea oraz pomniki ANZAC znajdują się wszędzie, ale Canberra rzecz jasna przoduje — taka jest funkcja stolicy. Budowany przez kilka lat Australian War Memorial z Grobem Nieznanego Żołnierza oddany został 11 listopada 1941 r., a już miesiąc później Australijczycy razem z aliantami znaleźli się w kolejnej wojnie i byli poważnie zagrożeni japońską inwazją. Dzisiaj mauzoleum równoprawnie upamiętnia obie wojny światowe oraz inne konflikty z australijskim udziałem. Na dwóch długich ścianach wyryte zostały imiona i nazwiska tysięcy poległych. Akurat w tym wątku Canberra uprzedziła Waszyngton — słynna na cały świat ściana z nazwiskami Amerykanów poległych w Wietnamie jest zapożyczeniem pomysłu.

Każdego roku 25 kwietnia w ANZAC Day odbywa się centralna parada weteranów z wielotysięczną widownią. Reprezentacyjna aleja obstawiona jest po obu stronach pomnikami upamiętniającymi udział Australijczyków w różnych wojnach. Odkryłem tam odrębny pomnik poświęcony libijskiej twierdzy Tobruk, w której Australijczycy walczyli w 1941 r. nieco wcześniej niż Polacy. O nas na tablicy nie ma choćby słowa, ale przy pomnikach poświęconych wojnom w Korei i Wietnamie też nie znajdzie się nic o Amerykanach. Takie założenie — eksponowana jest chwała Australii, a jedyny dopuszczony akcent zewnętrzny to dwuczęściowy łuk triumfalny bratniej Nowej Zelandii u wlotu alei.

Dyplomaci się grodzą

Canberrę budowano zgodnie z precyzyjnym planem, więc wszystkie ambasady zgrupowano w specjalnej, ekskluzywnej i pilnowanej dzielnicy Yarralumla. Przez wiele lat w tym willowym raju toczyło się beztroskie życie, wyznaczane rytmem przyjęć z okazji kolejno przypadających świąt narodowych. Ale po zamachu terrorystycznym 11 września 2001 r. na WTC zagościł niepokój i rozpoczęło się powszechne grodzenie ambasad solidnymi płotami.

Nasza placówka, wzniesiona w latach 70., ma po drugiej stronie ulicy Niemców — czyli sąsiedztwo jak tu w Europie — którzy już się ogrodzili. Obok nich znajduje się obiekt z wysokim płotem od zawsze, otoczony dodatkowymi barierami, pilnowany przez kamery i policyjny radiowóz — to ambasada Izraela. Dzięki temu w okolicy ambasady RP panuje absolutny spokój, ale mimo to przyszedł czas i na nas. MSZ znalazło w tegorocznym budżecie pieniądze i wkrótce płot otoczy ambasadę. Ech, czasy, czasy, to już nie ta Canberra...