Ministrowie jeżdżą superbami

Łukasz Ostruszka
opublikowano: 2010-11-30 00:00

Polscy ministrowie przypominają czeskich. Jedni i drudzy uwielbiają skodę.

Sprawdziliśmy, czym wozi się polski rząd

Polscy ministrowie przypominają czeskich. Jedni i drudzy uwielbiają skodę.

Wbrew obiegowej opinii, przeciętny polski minister nie grzeszy luksusem. Ostatnim krzykiem ministerialnej mody jest skoda superb. Aż osiem resortów wybrało ten stonowany samochód klasy wyższej na ministerialną limuzynę reprezentacyjną. Trzy postawiły na mercedesy, a dwa na skandynawski umiar spod znaku Volvo. Kolejne trzy ministerstwa — Skarbu Państwa, Spraw Zagranicznych i Spraw Wewnętrznych — wożą szefów BMW 7 z garażu Biura Ochrony Rządu (BOR). Bawarską limuzynę ma też minister sportu, ale to auto już ponadośmioletnie.

Skąd wzięło się powodzenie skody w sferach rządowych? Jakaś specjalna oferta?

— Jako importer marki Skoda w Polsce nie prowadzimy żadnych akcji wspierających tę grupę odbiorców, całą sprzedaż prowadzi bezpośrednio nasza sieć dilerska — przekonuje Tomasz Koter, kierownik zespołu sprzedaży flotowej w Skoda Auto Polska.

Pozycja skody w Polsce jest porównywalna tylko z Czechami, gdzie z superbów korzysta rząd i przedstawiciele parlamentu. W Polsce auta te nie są zastrzeżone tylko dla najwyższej szarży. Po pięć mają ministerstwa: Pracy, Szkolnictwa Wyższego i Sportu, a po cztery — Sprawiedliwości i Zdrowia. Najmocniej jednak polubiło je Ministerstwo Finansów, które eksploatuje 11 superbów, zarówno pierwszej, jak i drugiej generacji.

Na rozrzutność urzędników nie ma co jednak narzekać, bo to oszczędny wariant reprezentacyjnego auta. Zwykły Kowalski może najtańszą taką skodę nabyć już za 79 tys. zł (dane firmy Samar badającej rynek motoryzacyjny), za BMW serii 7 zapłaci znacznie więcej, bo 339 tys. zł.

Garażowy rekordzista

Najobszerniejsze garaże musi mieć resort obrony, który dysponuje największą wśród ministerstw liczbą 102 pojazdów, z czego 84 to auta osobowe, siedem — mikrobusy, trzy — auta dostawcze i osiem —autobusów, z których trzy są z 2008 r. Sporo aut ma też Ministerstwo Finansów, które dysponuje 29 samochodami. Oprócz superbów pracownicy ministra Jacka Rostowskiego mają do dyspozycji dwa 13-letnie fordy mondeo, a nawet małe 10-letnie renault clio.

— Auta powinny być częściej wymieniane. Bez względu na to, kto rządzi, musi mieć tabor w miarę nowoczesny i sprawny — komentuje Wojciech Drzewiecki, ekspert z firmy Samar, i wskazuje, że oszczędności należy szukać w zarządzaniu flotami.

Kto jest najoszczędniejszy? Tutaj zaskoczenie, bo najmniejszą flotą pochwaliło się Ministerstwo Spraw Zagranicznych, czyli resort typowo reprezentacyjny. Korzysta z zaledwie dziewięciu pojazdów, w tym BMW 7 obsługiwanego przez BOR. Oprócz maszyny ministra Radosława Sikorskiego są to cztery auta: volkswagen passat, dwa mercedesy klasy E, jedna skoda superb i jedno volvo S60. Ministerstwo Gospodarki lubi mercedesy — ma 10 aut tej marki z lat 2001-08 (plus ciężarówkę mercedes), a oprócz nich cztery volvo, trzy volkswageny, oraz dwa mikrobusy mercedes.

Polskie ministerstwa nie mają na razie wypracowanej wspólnej polityki zakupowej. Nie ma też wydzielonego wspólnego centrum warsztatowego.

— Scentralizowanie zamówień daje szanse na obniżenie kosztów, poza tym prowadzić będzie do ujednolicenia parku, co także ma znaczenie — zachęca Wojciech Drzewiecki.

— Niektóre ministerstwa mają we flotach bardzo dużo aut, a w kosztach trzeba jeszcze ująć utrzymanie etatowych kierowców. Być może o wiele lepszym i oszczędniejszym rozwiązaniem byłoby korzystanie z taksówek — podpowiada Roman Kantorski, prezes Polskiej Izby Motoryzacji.

Teraz leasing

Prawdziwa rewolucja nastąpiła w Ministerstwie Skarbu Państwa, które po przeglądzie garażu zdecydowano się odstawić 13-letnie auta (w tym daewoo espero) i nie kupować całej nowej floty, ale skorzystać z leasingu. W taki sposób w garażu resortu znalazło się 12 aut skoda octavia (dla delegatur) i sześć audi A6 (dla centrali).

— Tylko w pierwszych czterech latach oszczędności z wynajmu mogą sięgnąć kolejno 70 proc., 48 proc., 28 proc. i 12,5 proc. w porównaniu z wydatkami, jakie resort musiałby ponieść, kupując nową flotę — informuje biuro prasowe resortu.

Podobną strategię wybrało Ministerstwo Środowiska, które w piątek ogłosiło przetarg na długoterminowy wynajem aut. Na razie limuzyną reprezentacyjną jest tam hybrydowa toyota prius, oczywiście ze względu na oszczędny i przyjazny środowisku silnik. Resort dysponuje także m.in. 11-letnim mercedesem klasy E i sześcioletnią skodą superb.

Podobnie jak ministrów, BOR wozi premiera Donalda Tuska i prezydenta Bronisława Komorowskiego limuzynami BMW serii 7. Prawdziwą misję specjalną biuro rozpocznie 1 lipca 2011 r., kiedy nasz kraj obejmie prezydencję UE. Na pół roku Polska stanie się centrum dowodzenia Europy, więc limuzyny co chwila będą kursowały na lotnisko Okęcie po delegacje zagraniczne.

— W przypadku organizacji zagranicznych wizyt, gdy obsługujemy gości polską flotą, powinniśmy zapewniać samochody z górnej półki, które dają szansę na pewny i bezpieczny przejazd — podkreśla Krzysztof Hołowczyc, były rajdowy mistrz Europy, uczestnik słynnego Rajdu Dakar i były poseł do Parlamentu Europejskiego.

Zachodni szyk

W Europie Zachodniej kultura ministerialnego podróżowania jest na innym etapie ewolucji — bo do kontrowersji wokół ceny i klasy auta trzeba dodać aspekt ochrony środowiska. Dlatego hybrydy, w dużej mierze toyoty prius i auris, są tak powszechne w ministerialnych flotach w Wielkiej Brytanii. Zabiegając o ekologiczny image, politycy niekiedy ocierają się o śmieszność. W czasie ostatniej kampanii wyborczej lider torysów David Cameron ściągnął na siebie gromy, gdy okazało się, że wprawdzie dojeżdżał do pracy ekologicznie, bo rowerem, ale w tym samym czasie z garażu wyruszał srebrny lexus GS450h, który dowoził mu czyste spodnie i koszulę. Na szczęście lexus miał hybrydowy silnik. Po wyborach Cameron przesiadł się do opancerzonego premierowskiego jaguara.

Najważniejsi politycy w Europie starają się wspierać lokalnych producentów. Kłopot pojawia się wtedy, gdy w kraju jest kilka dobrych firm. W Niemczech przez lata kluczowi politycy jeździli mercedesami, ale kanclerz Angela Merkel daje szansę każdemu i co jakiś czas pokazuje się w limuzynie innej marki. Oczywiście made in Germany.

Na swoich stawia też premier Włoch Silvio Berlusconi, który podróżuje maserati quattroporte, a w rządowych flotach aż roi się od rodzimych lancii thesis i alf romeo 166. Są też różne modele BMW, audi i mercedesa.

W naszpikowanym regulacjami Parlamencie Europejskim na obsługę floty (samochodowej i rowerowej łącznie) przeznaczono 6,5 mln EUR rocznie. Niektórzy posłowie protestują. Wskazują, że można przecież jeździć po Brukseli rowerem albo korzystać z metra.

— W Parlamencie Europejskim wcale nie jest tak dobrze, jak sobie wszyscy wyobrażają. Nie można jeździć służbowym samochodem, gdzie się chce. W zasadzie wolno tylko jeździć z hotelu do parlamentu i z powrotem albo na jakieś spotkania — mówi Krzysztof Hołowczyc.

Możesz zainteresować się również: