Młokos z wizją 3.0

André Gerstner pozostaje na uboczu polskiego biznesu, choć mimo młodego wieku potrafi wykręcać pokaźne zyski z przemysłu. Teraz po cichu składa szkielet kolejnej odsłony Groclinu, by za kilka kwartałów puste hale można było oglądać jedynie na archiwalnych fotografiach.

Na niemal wszystkich zdjęciach André Gerstner pozuje w dość oczywistej scenografii — przy biurku lub przy maszynach szwalniczych. Biała koszula, granatowa marynarka, uśmiech. Szybkie cyk, cyk lustrzanką i po zabawie.

André Gerstner
Wyświetl galerię [1/4]

André Gerstner

pozostaje na uboczu polskiego biznesu, choć mimo młodego wieku potrafi wykręcać pokaźne zyski z przemysłu. Teraz po cichu składa szkielet kolejnej odsłony Groclinu, by za kilka kwartałów puste hale można było oglądać jedynie na archiwalnych fotografiach. Marek Wiśniewski

Szef, a zarazem największy akcjonariusz Groclinu (ponad 52 proc. akcji) przez „warszawkę” — i nie tyko — postrzegany jest sztampowo: jako uporządkowany, precyzyjny, kalkulujący menedżer, etapami zaprowadzający porządek w niegdysiejszym ulubieńcu inwestorów z GPW.

W dziennikarskiej narracji, dla zabicia nudy, obowiązkowo trzeba dorzucić wątek polskiego do szpiku kości wozu Drzymały, gdzie — w domyśle — lejce trzyma teraz potomek pruskich ciemiężców. I z zapałem naprawia to, czego Polak naprawić nie potrafił.

Czy tak jest w rzeczywistości? Niekoniecznie, wystarczy przejechać kilkaset kilometrów do Grodziska Wielkopolskiego, by przekonać się, że Gerstner w te narracyjne klisze nie zawsze da się wpasować. — Dlaczego mam tylko takie fotografie?

Takie mi robią — stwierdza 40-latek, który niedawno zatrudnił ludzi od zmiany scenografii: to spece relacji inwestorskich i PR, osadzeni mocno w światku funduszy inwestycyjnych. Między Bogiem a prawdą, Gerstnerowi na sławie jako paliwie dla ego nie zależy.

Chodzi o wizerunkowe trafienie do notatników białych kołnierzyków z funduszy. Ostatnimi czasy regularnie spotyka się z finansistami, wykładając im wizję Groclinu 3.0. Tak, to już 3.0 — dwie poprzednie wersje spopieliła próba czasu.

Styl w kubku

Od czasów Groclinu 1.0, świetności firmy stworzonej przez Zbigniewa Drzymałę, zmieniła się nie tylko wycena spółki z 800 mln zł na 130 mln zł. Droga nieopodal zakładu jakby bardziej wyboista, przyfabryczny parking — jakby bardziej pusty. Fasadowe logotypy producenta poszyć foteli samochodowych wyblakły.

Przed wejściem stoi zakurzone 520-konne Porsche Panamera prezesa (ach, te częste podróże!) i lśniąca limuzyna — przyjechali nią potencjalni kooperanci bodajże z Portugalii. W środku wizualnie królują lata 90.: chromy, lśniące glazury i sztuczne kwiaty.

Taką estetyką rządził się buchający rodzimy kapitalizm jeszcze kilkanaście lat temu. W zarządowej części biurowca zaskoczenie czeka jednak pamiętających krasną ornamentykę z czasów Zbigniewa Drzymały: to wielkie płótno w sali konferencyjnej z członkami rodziny założyciela Groclinu, te dziesiątki pucharów, medali, dyplomów dla spółki i dla piłkarskiej Dyskobolii.

Tu już nie ma życia w cieniu „big bossa”. Gabinet Drzymały — wyczyszczony z trofeów i błyskotek — stoi pusty, od kiedy wielkopolski biznesmen na dobre zniknął z akcjonariatu spółki. Jego ulubiony wiekowy sekretarzyk niespecjalnie już kusi, służąc jedynie za magazynek herbatników.

André Gerstner urządził się w pokoju obok: wniósł swój komputer i kubek z kawą. Wokół pustką zioną ściany, półki, regały, na których niegdyś zalegały firmowe błyskotki.

— Mam chyba nieco inny styl działania niż poprzedni właściciel. Zresztą moja uwaga koncentruje się na produkcji, rozwoju, a nie na otaczaniu się przedmiotami — zaznacza Gerstner, młodszy od Drzymały o całe ćwierćwiecze.

W starych murach czuć już nowy powiew, który ma przywiać dowód na to, że taki młokos (jak na przemysł samochodowy) jest w stanie przebić legendę Drzymały, z wozu przesiąść się do auta wycenianego na miliardy. A wszystko oczywiście po bożemu, pod flagą biało-czerwoną.

Stacja Brześć

Kim pan jest, panie André, tam w środku, poza biznesowym tyglem? Śledzący dzieje jego rodziny odkryje, że to szczęśliwy zakładnik historii, skazany m.in. na Polskę. Gerstner był i jest w nią zaplątany tak samo jak w rodzinne Niemcy i Ukrainę.

André jest Niemcem, w którego żyłach płynie ukraińska krew, o czym opowiada naprawdę dobrą polszczyzną, nauczoną ze słuchu — od żony Polki.

— Urodziłem się w Dreźnie, ojciec jest z Magdeburga, mama ze Żdanowa, dzisiaj na powrót Mariupola, we wschodniej Ukrainie. Rodzice poznali się na studiach inżynierskich w Moskwie, tata pracował później m.in. w fabryce porcelany we Włocławku.

W dzieciństwie najfajniejsze wakacje były u babci na Ukrainie. Wsiadało się w pociąg i przez kilkanaście godzin odliczało stacje... Berlin, Warszawa, Brześć... — wspomina André Gerstner.

Dziś gra znów się kręci wokół tych kilku krajów: Groclin żyje z zamówień od niemieckich firm (Volkswagen zamawia czwartą część produkcji wielkopolskiej spółki), rozwija produkcję na Ukrainie (docelowo ma tam powstawać większość poszyć), szuka nowej wiedzy, przejmując spółki inżynierskie za Odrą, ale też nad Wisłą (tu negocjacje wciąż trwają).

— Ukraińska jakość i koszty, polska ambicja i energia, niemiecka renoma. Połączenie tych trzech ogniw, kompetencji ma być paliwem naszego rozwoju. A przy okazji moja rodzinnahistoria zatacza koło — przyznaje André Gerstner, dla którego matka miała niegdyś inny pomysł na życie niż kariera menedżera fabrykanta.

— Moja mama uwielbia łyżwiarstwo figurowe. Kiedy miałem kilka lat, zapisała mnie do klubu. Miałem być męskim odpowiednikiem Katariny Witt. Przez 12 lat wywijałem piruety, zresztą do dziś co nieco potrafię. W wieku kilkunastu lat postawiłem na pęd, zapisałem się do sekcji łyżwiarstwa szybkiego — wspomina inwestor.

Tragedia z potencjałem

Błądząc po obrzeżach internetu, wciąż można znaleźć profil panczenisty André Gerstnera. Jako 14-letni zawodnik klubu BSG Empor Dresden-West na międzynarodowych wyścigach w Innsbrucku wyśrubował wyniki na 500 i 1500 m, które dawały mu miejsce w czołowej piątce na kontynencie. Po czym upadł mur berliński i klub został bez finansowania.

— Nagle się okazało, że nie można płynnie pogodzić nauki z trenowaniem w innym klubie. Zostawiłem łyżwy. Było mi tym łatwiej, że w tym sporcie albo jesteś numerem jeden i masz z czego żyć, albo jesteś numerem którymś tam i musisz zarabiać inaczej. Spojrzałem na to chłodno i zobaczyłem, że jeśli nie zawieszę panczen na kołku, to wejdę na kruchy lód — tłumaczy André Gerstner.

Zatem przy wsparciu rodziny wybrał się na studia inżynieryjno-ekonomiczne i praktyki w Press-Daimler Group. Wtedy — w 2003 r. — upomniała się o niego Polska. Zapachniało tragedią.

— Gdy szef przyszedł i powiedział, że mam jechać do Czaplinka, do fabryki wiązek elektrycznych, to poczułem, jak ziemia usuwa mi się spod nóg. Myślałem o rezygnacji z pracy. W końcu wytłumaczyłem sobie, że to potrwa najwyżej kilka tygodni, zrobię raport, wrócę, a egzekucją zmian w Kabel-Technik-Polska (KTP) w Czaplinku zajmie się ktoś inny. Myliłem się na całej linii — śmieje się właściciel Groclinu.

Chwila w Czaplinku trwała 5 lat. Małomiasteczkowa atmosfera nie uwierała André Gerstnera nie tylko dlatego, że spotkał tam przyszłą żonę, z którą potem przeprowadził się do Szczecina, a następnie do Poznania.

— Miejsce nie jest ważne. Ważny jest zespół ludzi wokół ciebie i to, czy lubisz swoją pracę — mówi inwestor. Wkrótce, w 2006 r., jako 30-latek poszedł na całość, słysząc, że zakład w Czaplinku trafi pod młotek.

Pożyczył pieniądze od rodziny i prywatnych inwestorów z Niemiec, dołożył swoje oszczędności: w sumie zebrał 11 mln zł. Odkupił KTP od Press-Daimlera. Jak twierdzi, ryzykował wcale nie tak wiele, bo wiedział, że potencjał jest, trzeba go tylko doinwestować, na co wziął kredyty.

— Choć myślę, że była to też brawura właściwa dla młodego wieku. Teraz już chyba nie szarpnąłbym się na takie szaleństwo, jak przejmowanie „kabli” — kwituje.

Piernik ma warstwy

Pod rządami Gerstnera obroty KTP wystrzeliły z kilkunastu do kilkuset milionów zł. W tym roku firma osiągnie około 350 mln zł obrotów, czyli jakieś 100 mln zł więcej niż Groclin, który miał krótki, burzliwy i nieudany romans z KTP.

To był właśnie ten pomysł na firmę 2.0, kiedy w wyniku fuzji KTP miało przenieść część produkcji do pustych hal w Grodzisku i na Ukrainie. Początki wyglądały obiecująco, Gerstner przejął akcje giełdowej spółki, pełen nadziei przeprowadził się do Poznania. Kalkulował, że przychody Groclinu były kilkakrotnie niższe niż w hossie, za to KTP notował historyczne szczyty i na gwałt potrzebował przestrzeni produkcyjnych. Po co więc mieć kawałek Lebkuchen

— pierniczka — skoro we dwóch można chwycić całą blachę? Miało być słodko, skończyło się jak zawsze. — Ta fuzja się nie udała, nie byliśmy w stanie sprawnie uruchomić produkcji wiązek w Grodzisku. Tak to bywa z połączeniami — na papierze jest pięknie, w rzeczywistości już nie — mówi wymijająco André Gerstner, pytany o przyczynę klapy Groclinu 2.0.

Wieść gminna niesie jednak, że przyczyn porażki jest więcej: po tym, jak niemiecki inwestor wszedł w rolę szefa Groclinu, zobaczyć miał — skrzętnie ukrytą — kolejną warstwę problemów spółki. Owszem, trzymała jakość, ale nie miała bliskich, bezpośrednich relacji z producentami samochodów, a do tego dusiła się przyciśnięta piętnem sukcesu i porażki jej twórcy — człowieka o mocnym, nieustępliwym charakterze.

Mila przepaści

64. minuta meczu, rzut wolny jakieś 30 metrów od bramki. Sebastian Mila robi trzy krótkie kroki, pięknie uderza lewą nogą nad murem i słynny David Seaman wyjmuje piłkę z siatki. Groclin daje odpór Manchesterowi City i to na wyjeździe. Nie warto było palić milionów dla takich chwil?

— Ok, lubię piłkę, ale nie mam ambicji posiadania własnego klubu opłacanego z firmowej kasy. Chodzę na mecze Bayernu, Lecha, reprezentacji Niemiec i Polski — mówi nowy właściciel Groclinu, zerkając przez okno na maszty reflektorów pobliskiego stadionu. Jego sprzedaż za kilka procent kosztów budowy była — jak sam twierdzi — jedną z lepszych decyzji.

Choć część ludzi w miasteczku ma mu za złe, że takie cacko, a tak tanio. Dla menedżerów w Groclinie to był jasny sygnał, że wiatr odnowy wieje na całego, choć na zewnątrz wyglądało to na zgodną ewolucję pod wodzą duetu Drzymała — Gerstner.

— Wespół w zespół jest pięknie — tak oficjalnie mówili prasie po fuzji obaj biznesmeni. Dla wtajemniczonych ich ostre starcie było kwestią czasu. Za kulisami zaraz szło na noże, Gerstner nie miał ambicji utrzymywania otoczki, jaką obudował się Drzymała.

W 2013 r. na serio rozważał nawet porzucenie biznesu poszyciowego i koncentrację jedynie na kablach. Nie mówi tego głośno, ale z pewnością wciąż go mierzi, gdy pomyśli, że te 150 mln zł wydane na nierentowny stadion i hotel w Grodzisku można by wydać na rozwój działu badań i nowych technologii w Groclinie.

Wówczas spółka miałaby szansę na szybkie odbudowanie się po załamaniu na rynku motoryzacyjnym po upadku Lehman Brothers. Głośno André Gerstner mówi tylko: — Z panem Drzymałą mieliśmy inne wizje zarządzania, inne wizje rozwoju.

Bonus z Finlandii

Koniec końców Drzymała wycofał się z biznesu, ale ustąpić musiała także druga strona. Fiński PKC latem 2015 r. zaoferował bardzo dobrą cenę za KTP, dając jej możliwość globalnego rozwoju.

Taka oferta mogła się nie powtórzyć, a na wsparcie czekała też krucha płynność zadłużonego Groclinu i potrzeby inwestycyjne przy nowych zamówieniach dla poszyciowej spółki. Tym samym cel 600 mln zł przychodów prysł, a dotąd kłopotliwa produkcja poszyć znów stała się rdzeniem Groclinu.

— Dziś, gdy jesteśmy na prostszej drodze, myślę sobie, że być może dalibyśmy radę i bez sprzedaży KTP. Latem zeszłego roku uważałem jednak, że ryzyko tego „być może” było zbyt duże — twierdzi preze.

Ale nie jest tak, że KTP to zamknięty rozdział i Gerstnerowi został jedynie pakiet akcji Groclinu, wart dziś niecałe 80 mln zł. W wyniku sprzedaży KTP został też 20-procentowym akcjonariuszem fińskiego PKC i zarazem członkiem zarządu koncernu o przychodach 1 mld EUR rocznie.

Jeśli przez najbliższe półtora roku wyniki KTP pod okiem Gerstnera dojdą na odpowiedni poziom, PKC wykupi jego akcje z odpowiednią premią. Sam inwestor ocenia, że najbardziej realne jest 20-22 mln euro bonusu za akcje. Co nie zmienia tego, że woli się tym przesadnie nie chwalić, lecz opowiadać o kolejnych pomysłach na Groclin 3.0.

Humor na premium

Na potrzeby reportażu w „PB Weekendzie” spotykamy się kilkakrotnie i im bliżej publikacji, tym humor André Gerstnera lepszy. Ostatni raz rozmawiamy w połowie lutego, chwilę po tym, jak dzwonili menedżerowie z Wolfsburga, szukający dostawcy poszyć dla jednego z aut premium Volkswagena. Groclin przymierza się też do przejęcia polskiej spółki zatrudniającej kilkudziesięciu inżynierów.

— Nie wiem, czy dostaniemy kontrakt na kolejne auto premium, ale to, że do nas dzwonią w tej sprawie, pokazuje, iż udało się nam wskoczyć na orbitę firm zajmujących się czymś więcej niż produkcją po niższych cenach. Właśnie, żeby to osiągnąć, wcześniej przejęliśmy w Niemczech firmę zajmującą się badaniami i produkcją małych serii — wykłada największy akcjonariusz wielkopolskiej firmy.

Jesienią będzie się działo: ruszy produkcja poszyć dla volkswagenowskiego modelu CC, a jeśli uda się przejąć firmę inżynieryjną znad Wisły, realne staną się plany projektowania i produkcji innych części samochodów: konsoli, reflektorów, tłumików, wnętrz drzwi.

— W segmencie premium jest mniejsza konkurencja, wyższe marże — twierdzi menedżer. Ale też wyższe ryzyko inwestycyjne, choć — co sam wie najlepiej — w wyścigu na śliskim lodzie najłatwiej o upadek. Ale też o najlepszy wynik.

Halo, tu ziemia

Bogate w zyski plany nie oznaczają, że Gerstner chce dzięki nim obrastać w piórka. Wypisał się z Polskiej Rady Biznesu i Business Centre Clubu („To kluby raczej dla rentierów”), jednak w chwili słabości kupił sobie Porsche 911. I przyszło otrzeźwienie — auto było niewygodne i zbyt krzykliwe.

Sprzedał je, ciesząc się, że jednak nie utracił kontaktu z ziemią. Powtarza sobie, że w Groclinie — tak jak w KTP — sukces będzie efektem pracy zespołu, a nie emanacją jego geniuszu. No i że nie samymi fotelami człowiek żyje.

— Ostatnio widziałem film o Stevie Jobsie. Człowiek miał niewyobrażalny sukces zawodowy, ale prywatnie to była katastrofa. Na zewnątrz ludzie powtarzali mu, jaki jest wspaniały, dla bliskich był nie do wytrzymania. Nie chcę tak — zastrzega i cierpliwie pozuje do zdjęć na płachcie cielęcej skóry rozłożonej w wielkiej pustej hali.

Sukces odtrąbi, jeżeli w najbliższych kwartałach ta przestrzeń zapełni się maszynami, obsługującymi nowe kontrakty z segmentu premium. A jeśli powinie mu się noga? Najlepszy łyżwiarz na GPW zapewne wstanie, otrzepie się i z uśmiechem pojedzie dalej.

 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: KAROL JEDLIŃSKI, FOT. MAREK WIŚNIEWSKI

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Kariera / Młokos z wizją 3.0