
Fot. ARC
Polacy rzucili się na kampery. Pandemia z jednej strony powstrzymywała decyzje o zakupie aut osobowych i dostawczych, z drugiej – napędzała sprzedaż nowych kamperów. Być może zwolenników wakacji w mobilnym domu przybywało ze względu na chęć zachowania społecznego dystansu, być może powodów trzeba szukać gdzie indziej. Niemniej fakty są takie: przez osiem miesięcy tego roku w Polsce zarejestrowano więcej nowych kamperów niż w całym 2019. Tym samym już cztery miesiące przed końcem 2020 kampery pobiły swój zeszłoroczny rekord. Od stycznia do końca sierpnia zarejestrowano 708 takich pojazdów, o 24,4 proc. więcej niż w analogicznym okresie poprzedniego roku i o niemal 7 proc. więcej niż w całym 2019 r. Wraz ze wzrostem zainteresowania nowymi domami na kołach zwiększyła się też popularność tych, w których ktoś już kiedyś pomieszkiwał. Dlatego również import używanych samochodów kempingowych jest w tym roku rekordowy. Przez osiem miesięcy zarejestrowano 1157 używanych kamperów, czyli o ponad 23 proc. więcej niż rok temu. Wszystko wskazuje na to, że ubiegłoroczny wynik (1282) zostanie pobity. Może nie są to powalające liczby, ale przyznacie, że wzrost zainteresowania samochodami z łóżkiem i kuchenką ma coś z owczego pędu. Przynajmniej mi się tak wydaje. Dałem się porwać.
Do stu tysięcy kamperów!
Oczywiście nie kupiłem auta kempingowego (i raczej nigdy tego nie uczynię). Wypróbowałem. Kilka nocy w samochodzie z kibelkiem, łóżkiem, kuchenką i prysznicem. Tylko po to, by przekazać tym z was, którzy nigdy kamperowania nie doświadczyli, kilka spostrzeżeń kempingowego nowicjusza (no dobra, nie tylko po to – miałem frajdę). Wybór padł na nowość – Volkswagena Grand Californię.

Fot. ARC
Ale zanim o tym aucie, proponuję tzw. rys historyczny. Volkswagen California jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych i jednocześnie najlepiej sprzedających się kamperów. Początkowo ta nazwa była zarezerwowana dla kamperów budowanych przez niemiecką firmę Westfalia na zlecenie Volkswagena. Było tak od 1988 r. do czasu, gdy w 2001 r. kupił Westfalię konkurencyjny wobec Volkswagena koncern Daimler Chrysler. Wtedy Volkswagen podjął decyzję o samodzielnej budowie niewielkiego kampera opartego na dostawczym transporterze. Decyzja słuszna, bo już kilkanaście lat później (w 2018 r.) świętowano wyprodukowanie stutysięcznej Californii, a jeśli by je policzyć razem z tymi wyprodukowanymi przez Westfalię, tort musiałby pomieścić 160 tys. świeczek. Na fali tego sukcesu Volkswagen podjął decyzję o rozpoczęciu produkcji większego samochodu kempingowego wyposażonego w łazienkę prysznicem, której brakowało w Californii. Zbudowany na bazie Volkswagena Craftera kamper został ochrzczony imieniem Grand California i trafił w moje ręce. Tym samym dotarliśmy do końca „rysu historycznego”.
W tym miejscu muszę się przyznać, że nie jestem zupełnym kempingowym laikiem. Dwa lata temu spędziłem tydzień w Californii. Mimo braku toalety urzekła mnie przemyślanym domowym komfortem i prowadzeniem. California jeździ jak duże auto osobowe. Teraz stoję przed wysoką jak sosna Grand Californią i wiem, że tej drugiej cechy po mniejszej siostrze nie odziedziczyła. Szybko przechodzę do wniosków z mazurskiej przygody z Grand Californią. Możecie je potraktować jako rady lub przestrogi. Rozbieżność między tym, jak sobie wyobrażałem podróżowanie i doświadczanie dużego kampera (znaczy większego niż California), a rzeczywistością, jest ogromna. Oto lista moich błędów i spostrzeżeń.
Akceptuj minusy
Błąd pierwszy: próbowałem przenieść na kampera styl, w jakim podróżuje się autem osobowym. Wiecie, droga do celu, a u celu zabawa lub odpoczynek. To nie tak. Grand California ma sześć metrów długości, wysokość sosny i grację nosorożca – bądź co bądź to ogromny dostawczak. Do tego załadowany po dach. Waga auta ociera się o limit (dmc 3,5 t), powyżej którego prawo jazdy kategorii B nie wystarczy. I dokładnie tak jeździ. Sunie jak ciężarówka. Trzeba brać to pod uwagę. I planując trasę, i ją pokonując. Zaakceptować ograniczenia.
Błąd drugi: nie lubię ludzi. Szanuję ich, lecz unikam zatłoczonych miejsc takich jak Krupówki w sylwestra czy plaża we Władysławowie w lipcu. To, co się dzieje na kempingach, trochę przypomina nadmorski „parawaning”. Dla mnie nie do przyjęcia nawet na jedną noc.
Spostrzeżenie pierwsze: zaraz! Mam na pokładzie wyposażoną w toaletę i prysznic łazienkę, mam gazowe ogrzewanie i podgrzewacz wody. Mam kuchnię, duże wygodne łóżko. Jest wino w lodówce, naładowane akumulatory, panel słoneczny i 100 litrów zapasu czystej wody. Mam markizę, zestaw mebli i naczyń. Do tego przestronne i przemyślane wnętrze. Mam dom i nie zawaham się go użyć. Kierunek: dzicz. W tym miejscu dopada mnie pytanie, czy to legalne.

Fot. ARC
I tak, i nie. Mitem jest twierdzenie, że kamperem można się zatrzymać w dowolnym miejscu. Ograniczeń jest sporo. Począwszy od terenowych możliwości auta, skończywszy na poszanowaniu własności prywatnej i prawa. Znak D-18 pozwala zatrzymać się kamperem np. na parkingu w środku Biebrzańskiego Parku Narodowego. Zatrzymać nie oznacza jednak kamperować (zainteresowanym polecam lekturę ustawy o lasach). Innymi słowy, w lesie nie wolno. Obszedłem to prawo, uzyskując zgodę właściciela ogromnej, pustej działki na skraju lasu i nad brzegiem jeziora. To było to!
„Mój” dom, przed nim ognisko, dokoła nikogo, widok na jezioro, a nocą niebiański taniec Perseidów. Do tego zapasy i ten niesamowity smak jajecznicy usmażonej na małej patelence. Coś jak zabawa w dom. To mi bardzo pasuje. Miłość do Grand Californii rosła. Gdy już osiągnęła zenit, zaczęła topnieć. Wprost proporcjonalnie do ubywającej wody w zbiorniku, wypełniającej się toalety i rozładowanego akumulatora (chociaż za dnia był wspomagany panelem solarnym na dachu). Ani chybi moja łąkowa idylla w Hotelu Grand California się kończy. Muszę nalać, wylać i naładować. A to oznacza wizytę w królestwie parawanów. Wody starczyło na cztery prysznice (no dobra, trzy i pół) i trochę gotowania. Zatem idylla dwóch osób trwa góra cztery dni (jeśli wytrzymacie z jednym ultraszybkim prysznicem dziennie), a i tak dwa ostatnie będą raczej bez lodówki.
Wniosek? Dla mnie prosty: mogę pojechać kamperem najwyżej na cztery dni. Dla was jest ich kilka. Pokochacie Grand Californię, jeśli jesteście spontaniczni, lecz jednocześnie wszystko dokładnie planujecie. Kochacie zwiedzać i nie wiecie, co to rajzefiber. Pomoże, jeśli kiedyś kochaliście wakacje pod namiotem. Ważne, żeby akceptować innych kamperowców, bo na kempingu będziecie nie tylko z nimi sąsiadowali, lecz także stali w kolejce do kuchni czy łazienki. Musicie też być zamożni (Grand California kosztuje niespełna 300 tys. zł, a jej wynajem od 800 zł za dobę). Jeśli dodać do tego ceny kempingów, paliwa, autostrad i całego majdanu, który musicie ze sobą zabrać, wyjdzie spory wakacyjny budżecik – a i tak sprzątać i gotować będziecie musieli sami. Z jednej strony, kamper daje wolność, z drugiej – ogranicza ją licznymi zakazami i nakazami. Dla mnie jest ich za dużo. Może gdybym spróbował tego sportu w Stanach Zjednoczonych czy Australii, odczucia byłyby inne. Spróbowałem w warmińsko-mazurskim.

Fot. ARC
Pean introwertyka
Ja Grand Californii mówię: nie. Tak jak dwa lata temu zakochałem się w małej Californii po tygodniu z nią spędzonym, tak teraz miłość prysła. Z tym, że to nie jest wina auta. Odkąd przeprowadziłem się na wieś, mam swoją „Californię” na co dzień. Stoi na skraju lasu, nad jeziorem. Przed nią ognisko, nad nią – deszcze meteorów. Zgoda, nie ma kół, ale i ja nigdzie się nie wybieram.

