Mokra robota

Jacek Konikowski
16-09-2008, 00:00

Snajper Alf, były operator GROM-u, założył firmę. Napada na banki i konwoje. Dla kasy.

Piątek. Popołudniowa nuda. Jak w polskim filmie lub w banku. Nagle wpada do niego kilku facetów w kominiarkach. Huk wystrzału i krzyk. Proste myśli, szybkie ruchy, głośne słowa. Drą się przeraźliwie. I mają broń. Szybka akcja: ludzie na glebę, kasa do torby. Ktoś się ostro stawia. Podbiega jeden z napastników. Pada strzał. Potem drugi.

Czy jeszcze kogoś poniosą nerwy? Tego podporucznik rezerwy Paweł Moszner boi się najbardziej. Że ktoś rzuci się do drzwi i nie dobiegnie. Że ktoś zechce strugać gieroja. Że sytuacja wyrwie się spod kontroli i ludzi ogarnie panika. A mają się jedynie bać i robić swoje.

— Panika może zabić. Przerażenie paraliżuje, a kontrolowany strach pozwala wybrnąć z podbramkowych sytuacji, jeśli pracownicy mają odpowiednią wiedzę i ugruntowane ćwiczeniami umiejętności. Sam bałem się wiele razy, więc wiem, jak to jest — twierdzi Paweł Moszner, były szturmowiec ("operator") jednostki GROM.

Na spotkanie przyszedł z brezentową torbą. Ciężką jak diabli. Co w niej? Rekwizyty. Męskie zabawki. Na każdym wybita cecha policyjna. Niegdyś do mokrej roboty. Dzisiaj do pracy. Oprócz rzutników, stand boardów i mazaków.

Paradoks bicepsa

Moszner jest twardy, wyjątkowo bezpośredni, uwielbia dobre żarcie, do tego gada po angielsku i ma duży nos. Dlatego od kumpli z GROM-u dostał ksywkę Alf. Jak ten filmowy.

— Kocham ją. Nic bardziej trafnego. Tyle że zamiast kotów wole psy — mówi Moszner.

Ma celne oko. W GROM-ie robił za snajpera. O służbie ani słowa. Mamy umowę. Pisemną. Wystarczy, że w USA zdobył puchar Top Gun dla najlepszego strzelca. Żeby dostać się do jednostek specjalnych, rzucił studia ekonomiczne, bo w rodzinie żadnego handlowca, za to wielu przedwojennych oficerów. Służył w policyjnych antyterrorystach, potem w GROM-ie i w służbach specjalnych. Adrenaliny mnóstwo. Pieniędzy — przeciwnie. Więc biznes. Tyle że na nim akurat były gromowiec znał się nie lepiej niż na produkcji hamaków.

— Kiedy miałem dość GROM-u, odszedłem do służb specjalnych, żeby trochę spokoju było. Potem wziąłem się do robienia pieniędzy. Zająłem się ubezpieczeniami. Sprzedawałem polisy. Mam nawet licencję PUN-u — mówi Moszner.

Szturmowiec, snajper handlujący polisami? Żałosne.

— Nie, zyskowne. A myślisz, że doświadczenia z GROM-u da się z dnia na dzień przełożyć na biznes? To jest mit, bzdura. Przeszedłem to. Trzeba uczyć się wszystkiego od nowa. Bo co wnosi do biznesu bycie w GROM-ie? Komu w firmie potrzebny jest snajper zabijający terrorystów, który wie, jak odbić samolot? — pyta Moszner.

Żołnierz we własnym biznesie sprawdza się tak samo jak handlarz min na polu minowym.

— Z prostego powodu: nikt mu nie wydaje rozkazów, nie ma generałów i przełożonych. A ludzie z jednostek wojskowych są przyzwyczajeni, że wszystko mają podane na talerzu, zakres działania od do, rozkaz, zadanie do wykonania, a po nim czas wolny. Każdy jest częścią zespołu, nikt nie działa samodzielnie. Wyższa instancja musi zaakceptować. Dlatego metody wojskowe, nawet z tych najbardziej elitarnych formacji, nijak się nie mają do biznesu — twierdzi Moszner.

Czemu właśnie jemu się udało? Jak twierdzi, bo miał odwagę spróbować i ciężko pracował kilkanaście godzin na dobę:

— W GROM-ie najlepiej z oddziału znałem angielski, więc koordynowałem szkolenia naszych chłopaków. Pomogły mi doświadczenia zebrane w kontaktach szkoleniowych z Izraelczykami, Brytyjczykami i Amerykanami — sądzi Moszner.

Bicepsy, sokole oko czy umiejętność złożenia MP5 z zamkniętymi oczyma przydały się Mosznerowi w otworzeniu firmy szkoleniowej, która też nie powstała za pstryknięciem palca.

Szkoła Coca-Coli

Pewnego dnia zadzwonił telefon.

— Kumpel dał cynk, że w Coca-Coli szukali kierownika ds. bezpieczeństwa — wspomina. Moszner.

Myślał: ciepła posada. Zawiódł się — wbrew pozorom, twarda szkoła.

— Niełatwo zagryźć zęby, położyć uszy po sobie, nie opowiadać wojskowych historii i zapomnieć, że było się elitarnym komandosem. Ludzi to interesowało, ale w stołówce, podczas lanczu. Plakietka GROM-u zrobi wrażenie na wrogu, ale nie na dyrektorze rozliczającym z wyników. Ale warto było, bo nauczyłem się zasad bezpieczeństwa przemysłowego — wspomina Moszner.

I sztuki przetrwania w korporacji, z której w odpowiednim momencie odszedł. Na swoje.

W 1998 r. otworzył własny biznes firmę Realistic Trai-ning and Security, czyli szkolenia, audyty i przygotowywanie procedur związanych z bezpieczeństwem.

— Na początku musiał wystarczyć drewniany stołek i komputer w garażu. Zaczynałem od szkoleń dla konwojów pieniędzy dla jednego z największych polskich banków. Młyn, ciężka praca i wyjazdy, ale udało się. Więc przyszło kolejne zlecenie, tym razem na szkolenia antynapadowe. Prawie 300 oddziałów. I tak poszło. Znalazłem niszę i wiedziałem, jak ją zająć — chwali się Moszner.

I zajmuje do dzisiaj. Szkoli wyjeżdżających na placówki dyplomatyczne ludzi z MSZ, żeby wiedzieli, jak się zachować w sytuacjach nadzwyczajnych, pracownikom banków organizuje szkolenia antynapadowe. Stworzył procedury, które są standardem w branży. Dla PSE opracował procedury postępowania w razie ataku terrorystycznego. Po zdarzeniach w moskiewskim teatrze na Dubrowce zaczęły się do Mosznera zgłaszać polskie teatry z prośbą o przeszkolenie na wypadek wzięcia zakładników. Szkoli służbę celną, personel sławnych hoteli. W jego laptopie foldery z klientami zajmują kilkaset megabajtów. RTS — aktualnie Realistic Training Services, Centrum Szkolenia AT, wynajduje luki w ochronie, realizuje audyty bezpieczeństwa, opracowuje procedury na wypadek różnych zagrożeń, np. od ataku terrorystycznego, bombowego, napadu po zwykłe zalanie wodą. Słowem, uczy, jak zapobiegać kryzysowym sytuacjom, a gdy już się zdarzą, jak wyjść z nich cało. Czyli bardziej consulting i szkolenia z ćwiczeniami niż tradycyjna ochrona.

Jawne szkolenie

Teoria w klasie. Napad na bank, cichy lub głośny. Podstawowa zasada: kasa się nie liczy, ważne jest życie. Leżeć plackiem. Ale jak? Podejrzana przesyłka? Jak ją rozpoznać? Atak bombowy, pożar? Zachowaj spokój, wiesz, co masz robić. Agresywny klient? Nie panikuj. I egzamin. Niezapowiedziana akcja w banku?

— Nigdy. Ten, kto je robi, jest idiotą. Pracownicy zawsze muszą wiedzieć, że to szkolenie. W przeciwnym razie może być nieciekawie. A niech na sali będzie akurat policjant po cywilnemu, wyjmie spluwę i zacznie walić, albo niech kogoś dopadnie zawał, ktoś ze strachu poroni. Co wtedy? — pyta Moszner.

Co to więc za szkolenie, skoro wszyscy wiedzą. Takie śmichy-chichy?

— Skąd, emocji nie brakuje. Maski, pistolet maszynowy, epitety. Nie ma gieroja. Są płacze, spocone ręce, nerwowy śmiech. Kobiety są przestraszone. Czasem musimy poluzować, niekiedy wręcz przerwać ćwiczenie, żeby emocje opadły. Na widok broni ludzie często zapominają, że to rekwizyt. A niech jeszcze padnie strzał (hukowy). Wszystko jest drobiazgowo przygotowane i nadzorowane, żadnej partyzantki. Wiele szkolonych przez nas osób sprawdziło się, przeżyło prawdziwy napad — mówi Moszner.

Półkowniki

Scena przedstawiona na początku tekstu pochodzi z filmu, jaki Moszner nakręcił w 2005 r. dla TVP2. W sumie dwa odcinki. Pierwszy o ata- ku terrorystycznym, drugi — o bombowym. Ostre sceny, realistyczne, jakby z kamery przemysłowej. Robi wrażenie. Aż za bardzo. TVP nigdy ich nie wyemitowała, choć sporo zainwestowała. Moszner jeszcze więcej.

— Podobno ktoś się wystraszył. TVP bała się, że wywołają psychozę strachu, że niby coś wisi w powietrzu, więc odstawiła je na półkę, gdzie leżą do dzisiaj — opowiada Moszner.

A ludzie wciąż nie wiedzą, jak się zachować w razie zagrożenia, np. atakiem terrorystycznym, mimo że polska armia walczy w Afganistanie. Jak mówi Moszner: zgubna ostrożność jest gorsza od faszyzmu.

Consulting, szkolenia, kursanci. Kobiecy biznes bez stresu i potu. Dla byłego komandosa to chyba jak ciepłe kapcie i pilot od telewizora? Naprawdę nie ciągnie do przygód i adrenaliny?

— Mam jej więcej niż w jednostce szturmowej. Walka z urzędami i biurokracją, kontrolami skarbowymi, zmieniającymi się przepisami, stawkami, rachunkami czy z nieuczciwymi ludźmi kradnącymi na prawo i lewo procedury i programy. Łatwiej było robić porządek na mieście, niż być właścicielem firmy. Załóż ją i utrzymaj na rynku, wtedy jesteś prawdziwym twardzielem — mówi pół żartem, pół serio Paweł Moszner.

Zerka na zegarek, zarzuca na ramię torbę z "rekwizytami" i podąża ku grupie rozchichotanych panienek, kasjerek jednego z banków. Zaraz nie będzie im do śmiechu. n

Zabijaki w biznesie

Gromosław Czempiński, dzięki któremu powstał GROM, założył firmę Doradztwo GC. Zasiadał w radach nadzorczych i zarządach różnych przedsiębiorstw (m.in. BRE Banku). Pierwszy dowódca jednostki gen. Sławomir Petelicki wpierw był przewodniczącym rady nadzorczej Metalexportu, a potem pracował w Arthur Andersen i Ernst Young. Do niedawna członek rady nadzorczej Biotonu. Żołnierze GROM-u będą chronić pola naftowe w Rosji i Kazachstanie, należące do Petrolinvestu. Płk Tadeusz Sapierzyński został wiceprezesem firmy Black Oak, spółki córki wrocławskiego Impela, która zajmuje się ochroną obiektów w najbardziej zapalnych rejonach świata. Mieczysław Kuras, były pułkownik GROM-u, od 2006 r. dowodzi strażą sejmową.

Kosmaty stwór z innej planety

Alf, tytułowy bohater popularnego serialu emitowanego również w Polsce, pochodził z planety Melmak. Po awarii pojazdu kosmicznego musiał żyć na Ziemi w rodzinie Tannerów. Przepadał za kotami. Jedyną osobą, z którą potrafił się dogadać, był mały Brian. W filmową postać wcielił się mierzący 90 cm węgierski aktor Mihaly "Michu" Meszaros.

Syndrom sztokholmski

Stan psychiczny, który pojawia się u zakładników, w wyniku którego odczuwają oni sympatię i solidarność ze swoimi oprawcami. Nazwa pochodzi od napadu na Kreditbanken w Sztokholmie w 1973 roku. Mimo sześciodniowego uwięzienia dwie zakładniczki podczas rozprawy broniły porywaczy. Okazało się, że w trakcie porwania miały z nimi romans

Jak grom z jasnego nieba

Grupa Reagowania Operacyjno-Manewrowego (Mobilnego), czyli GROM, elitarna jednostka wojskowa nr 2305, wyspecjalizowana m.in. w działaniach antyterrorystycznych, powstała w 1990 r. na wzór amerykańskiej Delta, SEAL Team VI, brytyjskiej SAS czy izraelskiej Sayeret Mat’kal. Nazwa miała pokazać, że jednostka może działać jak grom z jasnego nieba i nawiązuje do brawurowej akcji Gromosława Czempińskiego (niektórzy sugerują, że nazwa pochodzi od jego imienia), który podczas Pustynnej Burzy uratował w Iraku od śmierci oficerów CIA. Dzięki tej operacji USA zdecydowały się zredukować polskie zadłużenie i udzielić niespodziewanie dużej pomocy przy organizowaniu GROM-u.

Jacek

Konikowski

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Konikowski

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Kariera / / Mokra robota