DOGE, departament efektywności rządu, na którego czele stanął założyciel i prezes Tesli, miał być może nie rewolucją, ale znaczącą zmianą w zarządzaniu amerykańskim budżetem. Tymczasem zamiast obiecanych oszczędności rok 2025 przynosi kolejną fazę znacznej ekspansji fiskalnej. Ścieżka całkowitych wydatków federalnych od początku prezydentury Donalda Trumpa istotnie przekracza ubiegłoroczne tempo z czasów Joe Bidena. Na obecnym etapie roku fiskalnego wydatki są wyższe o około 7,5 proc. r/r. Jednocześnie Kongres przeforsował ustawę wprowadzającą obniżkę podatków dla najbogatszych o łącznej wartości 4 bln USD do końca tej dekady.
Żaden z kolejno obniżanych celów Muska - od redukcji o 2 bln USD rocznie przez 1 bln aż po skromne 150 mld - nie został zrealizowany. I trudno zakładać, że sytuacja się zmieni. Oczywiście prezentowane dane są w pewnym stopniu obciążone - część działań DOGE miała bowiem przynieść oszczędności w dłuższej perspektywie. Niemniej gdyby departament realizował swoje założenia, wydatki rządowe nie powinny tak istotnie przekraczać ubiegłorocznej ścieżki.
Bilans kilku miesięcy szefa Tesli to raczej chaos, a nie efektywność. Pod wpływem jego działań zostały zredukowane wydatki na edukację i pomoc zagraniczną – to właśnie w tych kategoriach odnotowano najsilniejsze spadki w porównaniu z analogicznym okresem poprzedniego roku. Paradoks tej sytuacji polega na tym, że jeden z najbogatszych ludzi świata, pod pozorami poprawy efektywności, doprowadził do obniżenia inwestycji w kapitał ludzki oraz spadku wsparcia dla najbiedniejszych regionów globu, w tym Afryki Subsaharyjskiej. Równocześnie wywołał chaos instytucjonalny poprzez likwidację kilku agencji i redukcję miejsc pracy dla kilkudziesięciu tysięcy pracowników amerykańskiego rządu.
Oczywiście mało kto z ekonomistów spodziewał się, że Musk będzie w stanie doprowadzić do istotnych cięć wydatków. Z prostego powodu: struktura amerykańskiego budżetu federalnego od samego początku skazywała misję DOGE na porażkę, bo trzy czwarte wszystkich wydatków rządowych (74 proc.) to pozycje praktycznie niemożliwe do cięcia w krótkim i średnim okresie. Składają się na nie wydatki na obronę, które za Trumpa prawdopodobnie wzrosną, programy społeczne jak Social Security i Medicare popierane przez wyborców republikańskich, Obamacare chroniony prawnie oraz obsługa długu państwowego niezbędna do utrzymania wiarygodności fiskalnej USA. Pozostałe 26 proc. budżetu to wszystkie inne funkcje państwa – od świadczeń dla weteranów (12 proc. całego budżetu) po podstawową infrastrukturę jak autostrady, kontrola ruchu lotniczego czy system sądowniczy (14 proc. budżetu).
Arytmetyka okazała się więc brutalna: żeby osiągnąć cięcia na poziomie 1-2 nln USD rocznie, trzeba by zdemontować dużą część aparatu państwowego poza programami społecznymi i obroną, co politycznie oznaczałoby samobójstwo.
Musk próbował kroić budżet jak prywatną firmę, ignorując zasadniczą różnicę: państwo nie może zrezygnować z podstawowych funkcji tak jak firma, która tnie wydatki, bo nowy produkt okazał się nierentowny.
