W USA mieliśmy wczoraj ciekawą sesję. Można mówić, że nieco rozczarował IBM, ale to jest żadne wyjaśnienie. Wyniki innych spółek były dobre, a i samego IBM też nie był zły. Zrozumiałbym słabe zachowanie rynku, gdyby dane makro były nijakie, albo złe. Tak jednak nie było. Najsłabiej było z inflacją, która wzrosła, ale nie tam, gdzie trzeba. Wzrost cen energii i żywności jest najmniej pożądany, bo ogranicza możliwości nabywcze konsumenta w innych sektorach. Zapasy w spółkach we wrześniu spadły, więc trzeba będzie zwiększyć produkcję, żeby je uzupełnić. Liczba noworejestrowanych bezrobotnych w ostatnim tygodniu pozostała pod magicznym poziomem 400 tys. To jednak nie wszystko. Najważniejszy był odczyt indeksu Fed z Filadelfii. W tym mocno uprzemysłowionym obszarze indeks mocno wzrósł - najwięcej od siedmiu lat. To były naprawdę bardzo dobre dane. I nie chodzi w tej chwili o to, czy to jest trwała ożywienie czy nietrwałe. Zadziwiające jest zachowanie rynku, który po serii takich danych makro, nie bardzo wie co robić i w końcu wypracowuje nic nie znaczące zamknięcie. Są dwa wytłumaczenia. Pierwsze, że wszystko jest już w cenach. Mało prawdopodobne, bo spółki są za drogie od lat. Drugie wytłumaczenie to rosnące stopy procentowe. Im lepsze dane, tym wyższa rentowność obligacji i tym większy strach, że ożywienie skończy się tak szybko, jak się zaczęło. I to zapewne jest przyczyna relatywnej słabości rynku. Relatywnej, bo nic złego się nie stało i kontynuacja hossy jest nadal możliwa.
Dzisiaj nie będzie raportów ważnych dla rynku spółek. Jak zwykle Europejczycy bardzo krótko będą reagowali na dane o dynamice produkcji przemysłowej w strefie euro. Podobnie zresztą jak na dane z amerykańskiego rynku nieruchomości. Za to wstępny odczyt indeksu nastroju Uniwersytetu Michigan powinien mieć spory wpływ na rynki. Powinien, ale nie musi, bo często inwestorzy reagują na ten indeks w sposób niezbyt logiczny. Nasze dane o dynamice produkcji przemysłowej są oczywiście ważne, ale zostaną podane na początku fixingu, wiec wpływ na rynek będzie żaden. W czasie sesji czekanie na te dane może być pretekstem dla byków, żeby podnosić indeksy. W sejmie nastąpi głosowanie w sprawie odrzucenia projektu budżetu, ale uważam, że nie ma możliwości, żeby prace nie toczyły się dalej. To jest jedynie straszak.
U nas wyniki IBM i słaba sesja w USA pogłębiły rano realizację zysków. Poza tym inwestorzy byli zdziwieni łatwością, z jaką we środę WIG-20 oddał pod koniec sesji prawie 2 proc. rysując do tego spadającą gwiazdę. Nie podobało się też osłabienie złotego do obu walut. To, co dzieje się na rynku walutowym, może w końcu wywołać lawinę, co i na giełdzie skutkowałoby przeceną. Napływały kolejne zaprzeczenia, że nie ma zagrożenia płynności budżetu państwa, co jedynie na krótko spowalniało osłabienie waluty. To właśnie słabnący złoty i oczekiwanie na to, czy sejm nie odrzuci budżetu, a premier nie poda się do dymisji, negatywnie działały na rynek i wywołały przecenę w ostatniej godzinie. Można powiedzieć, że była to panika, którą wzmocniły małe obroty. Właśnie niezbyt duży obrót sygnalizuje, że duzi inwestorzy jeszcze nie weszli do gry i zastanawiają się co robić. Teraz wszystko jest w rękach polityków, ale nie wierzę w to, żeby dymisja tak mało lubianego premiera miała być powodem przeceny. Co innego, gdyby do dymisji podał się wicepremier Jerzy Hausner, będący nadzieją rynków finansowych. Wtedy można by się było spodziewać wszystkiego najgorszego. Prawdopodobieństwo utworzenia podwójnego szczytu i powrotu do trendu spadkowego po wczorajszej sesji wzrosło, ale nie można oceniać rynku po jednej sesji. Poczekajmy na rozwój sytuacji. Nasza polityczna „elita” sprawi nam jeszcze wiele niespodzianek.