Zatrudnienie bije rekord i rośnie najszybciej od upadku Lehman Brothers
Nawet przed kryzysem, kiedy gospodarka była rozgrzana do czerwoności, w firmach nie było tylu etatów co teraz.
Zatrudnienie w firmach, w których pracuje przynajmniej 10 osób, przekroczyło na koniec stycznia 5,5 mln — podał Główny Urząd Statystyczny. To zdecydowanie najwięcej w historii. Tylko przez ostatni rok liczba miejsc pracy w tej części gospodarki wzrosła o 200 tys. Nawet w latach 2007-08, kiedy koniunktura w Polsce była wyjątkowo rozgrzana, zatrudnienie było o ponad 100 tys. mniejsze. Oznacza to, że cały spadek zatrudnienia w kryzysie firmy odrobiły już z nadwyżką.
— Gospodarka się rozwija i potencjał do tworzenia miejsc pracy rośnie. Nawet przez sporą część okresu potężnej recesji na świecie polskie firmy zwiększały zatrudnienie — mówi Piotr Kalisz, główny ekonomista Citi Handlowego.
Statystycznie do przodu
Zatrudnienie rośnie w tempie 3,8 proc. rocznie — to najwyższy wynik od upadku Lehman Brothers, który wywołał falę kryzysu na świecie. W styczniu przybyło 122 tys. miejsc pracy. Po części to złudzenie statystyczne — w styczniu co roku GUS uaktualnia bazę firm zaliczanych do sektora przedsiębiorstw (powyżej 10 pracowników), a w 2010 r. tych podmiotów przybyło, bo firmy rosły i przekraczały próg 10 osób. Skok o 122 tys. osób to zatem nie tylko efekt zwiększania zatrudnienia w styczniu, ale też w poprzednich jedenastu miesiącach.
— Innymi słowy, wzrost odzwierciedla zjawiska zachodzące na przestrzeni roku 2010, ale zostały ujawnione w danych za styczeń 2011 r. — tłumaczy Adam Antoniak, ekonomista Banku BPH.
Zamieszania by nie było, gdyby GUS co miesiąc uaktualniał stan sektora przedsiębiorstw. Urząd uznaje jednak, że praca z tym związana byłaby zbyt duża w stosunku do korzyści.
— Statystyka zatrudnienia nie jest doskonała, ale to jedyna, jaką mamy, dlatego musimy jej wierzyć. Można z niej wysnuć jeden niezaprzeczalny wniosek: zatrudnienie w firmach rośnie i jest najwyższe w historii — mówi Piotr Kalisz.
Nieśmiałe przyspieszenie
Powstające miejsca pracy sprzyjają podnoszeniu wynagrodzeń pracowników. W styczniu przeciętna pensja wyniosła 3391,59 zł brutto i była o 5 proc. wyższa niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. To i tak znacznie niższa dynamika niż przed kryzysem, ale wyższa niż średnio w ubiegłym roku (kiedy pensje rosły w tempie 3,3 proc. rocznie) i w ubiegłym kwartale (4,4 proc.).
— Tendencja wzrostowa wynagrodzeń w firmach się umacnia — potwierdza Maciej Reluga, główny ekonomista BZ WBK.
Wszystko wskazuje na to, że wzrost wynagrodzeń będzie dalej przyspieszał. Sprzyjają tej prognozie ostatnie dane, które pokazały silny wzrost inflacji w styczniu (do 3,8 proc. z 3,1 proc. grudniu). Pracownicy, oprócz standardowych podwyżek, mogą domagać się zrekompensowania rosnących kosztów utrzymania.
— Poza tym, gospodarka rozwija się i będzie się rozwijać. Dzięki temu sytuacja na rynku pracy będzie się poprawiać i wzmacniać pozycję pracownika wobec pracodawcy — mówi Piotr Kalisz.
Większość rynkowych prognoz mówi, że w 2011 r. przeciętna pensja pracownika firmy wzrośnie o 6-7 proc.