Dwie informacje przykuły moją uwagę w ostatnich dniach. Dania odkłada moment zakończenia wydobycia gazu – ta zielona, przyjazna klimatowi Dania chce wydobywać gaz co najmniej do połowy stulecia, skoro tak jest potrzebny. W Polsce Orlen z kolei sygnalizuje, że szykuje rewizję strategii i relatywne zwiększenie znaczenia tradycyjnych źródeł energii. Ruch jakby w podobnym kierunku.
To wszystko jest elementem szerszego obrazka. Szybkość zmian technologicznych sprawia, że głód energii może być większy od oczekiwań. Przez ostatnią dekadę zużycie prądu w krajach rozwiniętych było płaskie, wahało się z roku na rok o parę procent. Jednak projekcje na kolejną dekadę pokazują wyraźny wzrost.
Weźmy ostatnią prognozę Polskich Sieci Elektroenergetycznych, zawartą w lutowym Planie rozwoju. Zgodnie z nią roczne zużycie prądu w Polsce ma się zwiększyć ze 162 terawatogodzin w tym roku do 221 terawatogodzin w roku 2035, czyli o 36 proc. w ciągu niecałej dekady. Jeszcze w listopadzie 2024 r. PSE prognozowało (w Ocenie wystarczalności zasobów na poziomie krajowym), że ten wzrost do 2035 r. wyniesie 19 proc.
Na te liczby warto spojrzeć w szerszym kontekście. W ciągu ostatniej dekady zużycie w Polsce wzrosło łącznie o 3 proc. Wchodzimy zatem w nową erę, w której będziemy potrzebować dużo więcej energii elektrycznej w stosunku do obecnego trendu.
W Stanach Zjednoczonych już widać zmianę trendu, ponieważ trwają tam intensywne inwestycje w centra danych. Zużycie, które przez dekadę się nie zmieniało, teraz rośnie w tempie paru procent rocznie, co składa się na bardzo duży przyrost potrzeb w ciągu 10 lat. Elon Musk powiedział w lutym w wywiadzie dla blogera Dwarkesha Patela, że jedynym sposobem na pozyskanie potrzebnej energii będzie umieszczenie elektrowni w kosmosie. Pamiętam oczywiście, że wedle Muska mieliśmy już w tym momencie hodować rzodkiewkę na Marsie, ale mimo wszystko warto zwrócić uwagę na jedno jego ostrzeżenie: ludzie od software’u nie rozumieją, jak dużym ograniczeniem będzie w gospodarce hardware.
W całej Unii Europejskiej nie widać jeszcze zmiany trendu w popycie na energię elektryczną. Ale na europejskich giełdach czuć zmianę klimatu pod tym względem. Spółki z segmentu oil & gas są w tym roku jednymi z najszybciej rosnących na parkietach, indeks tego sektora wzrósł w tym roku o 15 proc. W zeszłym roku jednym z najszybciej rosnących sektorów na giełdach byli deweloperzy OZE, bo to nie jest zmiana akcentów z jednego źródła energii na inne, a raczej kierunek pt. wszystkie ręce na pokład.
Warto spojrzeć, co dzieje się z akcjami firmy Rolls-Royce. One wzrosły w ostatnich latach niemal tak samo jak akcje słynnej Nvidii, czyli amerykańskiego producenta procesorów. Rolls-Royce produkuje coś, co jest niezbędne w świecie raptownego wzrostu popytu na energię: silniki i generatory do elektrowni. Spółka raportowała ostatnio silny wzrost zamówień w Europie.
Polskie firmy też mogą znaleźć swoje miejsce w tym krajobrazie. Tym bardziej, że nas czeka nie tylko rozbudowa mocy wytwórczych i sieci, ale też zastąpienie dużej części starzejących się elektrowni.
Będzie to impuls nie tylko dla dużych koncernów energetycznych. Dla wielu branż produkcyjnych jest to szansa na zyskanie nowych rynków za granicą. Polska ma na przykład mocno rozwiniętą branżę produkcji elementów sieci energetycznych, ma konkurencyjną pozycję w produkcji kabli, elementów transformatorów, a to sieci są w europejskiej gospodarce wąskim gardłem, które stanie teraz w centrum uwagi polityków. Coraz więcej firm robi komponenty do elektrowni napędzanych odnawialnymi źródłami energii, które będą się w Europie rozwijały. Po stronie elektryfikacji, mamy w kraju dobrze rozwinięty przemysł produkcji taboru kolejowego, wraz z komponentami, a także drogowego sprzętu transportowego. Jest oczywiście duży przemysł przetwórstwa metali i materiałów budowalnych, a inwestycje energetyczne są bardzo materiałochłonne. W dłuższym okresie mamy potencjał wiedzy do tego, by zaistnieć w technologiach magazynowania energii ze względu na pozycję polskiej nauki w dziedzinie chemii oraz istotne inwestycje realizowane przez zagraniczne koncerny. A to tylko przykłady.
Ale są też wyzwania.
Największy dylemat jest oczywiście taki, jak to powiązać z polityką klimatyczną. To jest prawdziwy dylemat polityczny, czyli taki, który dotyczy wartości, a nie efektywności. Czy utrzymać nacisk na bardzo szybką redukcje emisji gazów cieplarnianych, która bardzo utrudni zwiększanie dostępności energii w scenariuszu szybko rosnącego popytu? Czy odpuścić nieco cele klimatyczne i pozwolić wzrostowi gospodarczemu rozwiązać wiele innych problemów społecznych? Ostatnie głosy z Niemiec, Włoch i Francji, by poluzować zasady dotyczące systemu handlu emisjami (ETS) sugerują, że Europa wybierze drugi kierunek. Nie chodzi o to, by zawracać teraz o 180 stopni, ale uznać, że każdy rodzaj energii może być potrzebny.
