Nie jest łatwo

Jarosław Machowiak
14-11-2005, 00:00

Zezwolenia, zaświadczenia, potwierdzenia, nerwy, stała czujność... Ale zdarzają się cuda — jedne niespodziewane, inne będące na przykład efektami lobbingu.

Rozporządzenie ministra finansów przewidujące możliwość odroczenia zapłaty podatku VAT w imporcie spoza krajów Unii Europejskiej to jeden z takich niechcianych darów losu. Dziś przedsiębiorcy przywożący do kraju towary spoza UE muszą płacić podatek VAT przy ich odprawie. Oczywiście, mogą go sobie odliczyć, ale czekanie na zwrot trwa bardzo długo, nawet do trzech miesięcy. A są to często kwoty bardzo duże. Ich zamrożenie stanowi poważny problem, zwłaszcza dla firm, które są jednocześnie eksporterami. Takie zamrożenie gotówki oznacza często znaczne pogorszenie płynności finansowej. Doświadczył tego chociażby koncern LG, producent telewizorów i monitorów. Ale i mniejsze firmy były zainteresowane zmianą w przepisach.

Bezduszne przepisy

Ostatecznie rozporządzenie wejdzie w życie z początkiem przyszłego roku. Zawarty w nim zapis mówi, że termin zapłaty podatku dla importerów zostaje przesunięty o miesiąc. Zdaniem przedstawicieli importerów, takie działanie powinno spowodować, że importerzy chętniej będą dokonywali odpraw celnych w Polsce. Zdaniem Krzysztofa Stefanowicza z firmy doradczej KPMG, jest to dobry krok, ale trzeba pamiętać, że oznacza on jedynie lekkie uchylenie furtki dla importerów. — Nadal jeszcze zbyt wiele jest powodów skłaniających firmy do dokonywania odpraw w innych niż Polska krajach. Sytuacja na szczęście zmienia się, ale powoli. Widać wyraźną różnicę w sposobie działania odpowiednich służb celnych w Polsce.

Nadal jednak jeszcze istnieje zbyt wiele kwestii spornych, kontrowersji co do interpretacji przepisów, wreszcie — samych przepisów zachęcających do tego, by odprawy odbywały się w Polsce — uważa Krzysztof Stefanowicz.

Kłótnia o miesiąc

Decyzja byłego ministra finansów częściowo usatysfakcjonowała firmy. Zdaniem ich przedstawicieli ważne jest, by móc rozliczać VAT od importu w deklaracjach.

— Poprawienie sytuacji pojedynczych firm spowoduje jednoczesne pogorszenie płynności budżetu. Trzeba sobie zdawać sprawę, że według szacunkowych obliczeń przesunięcie terminu płatności podatku VAT spowoduje, że w skali kraju około 120 mln zł trafiać będzie do budżetu państwa z miesięcznym opóźnieniem. Na większe ustępstwa nie możemy sobie pozwolić — mówią ministerialni urzędnicy.

Zupełnie inne problemy z podatkiem VAT miała firma Eli Lilly. Przed Wojewódzkim Sądem Administracyjnym zakończył się niedawno proces, w którym pozwanym był urząd skarbowy.

Eli Lilly sprowadzała do Polski leki kupowane od szwajcarskiej spółki matki. Podpisała z nią umowę tzw. ramową, z której wynikało, iż będzie otrzymywała rabaty uzależnione od wielkości sprzedaży. Były one bardzo istotne dla płynności finansowej firmy.

Przy zgłaszaniu towaru do odprawy celnej deklarowano jego wartość na podstawie faktur sprzedaży, bez uwzględniania rabatu, którego wysokośc była w tym momencie niemożliwa. Spółka nie uwzględniała rabatów ani w dokumentach SAD, ani w deklaracjach VAT. Podczas kontroli uznano to za niewłaściwe. Władze skarbowe stwierdziły, że nie uwzględniając rabatów, spółka świadomie zawyżała VAT naliczony, aby otrzymać wyższy zwrot podatku, wiedząc, że partner udzieli rabatu i będąc pewna, że wywiąże się z przyrzeczenia. To, zdaniem kontrolerów, powodowało, że deklaracje celne zawierały dane niezgodne ze stanem faktycznym i odbierało spółce prawo do odliczenia wykazanego w nich VAT.

Szefowie Eli Lilly argumentowali, że w momencie importu leków nie mogli wiedzieć, jaki rabat otrzymają. Prawo do niego nie było bezwarunkowe, ale zależało od konkretnego działania. W dokumentach celnych podawano dane z prawdziwych faktur.

Wojewódzki Sąd Administracyjny zgodził się z argumentami Eli Lilly i uchylił decyzję izby skarbowej. Stwierdził, że podatnik nie mógł zmniejszać VAT do odliczenia tylko dlatego, że miał nadzieję na otrzymanie rabatu. Organ celny mógł zakwestionować dokumenty SAD, ale nie oznaczało to automatycznie, że spółka podawała nieprawdę w deklaracjach VAT. W chwili importu leków dysponowała jedynie fakturami i to na ich podstawie ustalała podatek do odliczenia. Nie mogła opierać się na przewidywaniach co do wysokości rabatu. Sąd uznał, że przyrzeczenie upustu nie wystarczy. Spór dotyczył importera farmaceutyków, ale wyrok jest jednak istotny dla wszystkich, którzy jakiś czas po zakupie towaru otrzymywali od zagranicznych dostawców upusty cenowe.

SAD bez owoców

Inny problem miała polska firma, która swego czasu kupiła towar od austriackiego partnera. Rzecz w tym, że Austriacy sprzedawali towar kupiony na Białorusi i właśnie z Białorusi został on wysłany do Polski.

Spór dotyczył wątpliwości, czy należy płacić według SAD cło i podatek VAT z tytułu importu z Białorusi, czy też zakwalifikować transakcję jako wewnątrzwspólnotowe nabycie towarów. Decyzja o tym, że transakcja w żadnym wypadku nie może być uznana za wewnątrzwspólnotowe nabycie, ponieważ wchodzi ono w grę pod warunkiem przemieszczenia towaru z innego kraju UE do Polski (tymczasem towar zakupiony przez polską spółkę jest wysyłany bezpośrednio do Polski z Białorusi) wzbudziła protest co do interpretacji przepisów.

Podobnych przykładów jest bardzo wiele. Ten akurat nie był specjalnie skomplikowany. — Ale w wielu wypadkach nadal jeszcze interpretacja przepisów zależy od tego, kto się nią zajmuje i obarczona jest dużym ryzykiem błędu — uważa Krzysztof Stefanowicz.

Jego zdaniem, niezwykle ważne jest stałe podnoszenie kompetencji urzędników odpowiedzialnych za decyzje w bardzo skomplikowanych nieraz sprawach. Tylko wtedy importerzy będą mieli większe zaufanie do odpowiednich władz i chętniej będą się decydować na odprawy w Polsce.

Przegrana kaucja

Okazuje się, że problemy z niewłaściwą interpretacją mogą mieć nie tylko mali importerzy, ale też duże firmy. A rzecz nie tylko w interpretacji przepisów celnych i podatkowych. Oto producent wyrobów mleczarskich, spółka Zott, przegrał niedawno przed sądem sprawę o zwrot kaucji po niewykorzystaniu w całości pozwolenia na import towarów. Firma sprowadzała towary na zasadzie tzw. automatycznej rejestracji, wymagającej uzyskania pozwolenia ministra rolnictwa i wpłacenia kaucji. Ponieważ Zott nie wykorzystał pozwolenia w całości, minister orzekł przepadek kaucji na rzecz skarbu państwa.

Spółka wskazywała, iż jego decyzja nie miała podstawy prawnej. Wydano ją bowiem w grudniu 2004 r., a wtedy nie obowiązywała już ustawa o administrowaniu obrotem towarowym z zagranicą przewidująca przepadek kaucji. Nowa weszła w życie 1 maja 2004 r., ale zabrakło w niej przepisów przejściowych.

Sprawa trafiła do sądu. W pozwie prawnicy Zotta twierdzili, że w dniu wydania decyzji unijne rozporządzenie było jej nieznane, gdyż nie przetłumaczono go na język polski. Sąd uznał, że minister miał prawo podjąć decyzję o przepadku kaucji. Zezwolenie na zasadzie automatycznej rejestracji wydane zostało na podstawie ustawy obowiązującej do 1 maja 2004 r., rozstrzygnięcia będące jego następstwem podlegają więc tym samym przepisom. Ponadto w uzasadnieniu wyroku podano, że importer nie mógł tłumaczyć się niewiedzą co do skutków niewykorzystania pozwolenia, gdyż był profesjonalistą.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jarosław Machowiak

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Gospodarka / Nie jest łatwo