Niespodzianka!

Lesław Kretowicz
opublikowano: 2002-10-24 00:00

A jednak prawo serii obowiązuje. RPP ponownie obniżyła wczoraj wszystkie stopy procentowe. Mimo że rynek oczekiwał redukcji dopiero w listopadzie.

Rada Polityki Pieniężnej zaskoczyła rynek obniżając wczoraj po dwudniowym posiedzeniu stopy procentowe. Zdecydowana większość analityków nie spodziewała się cięcia w październiku. RPP zdecydowała o obniżeniu stopy referencyjnej o 50 punktów bazowych. Wynosi ona obecnie 7 proc. Stopa redyskonta weksli została obniżona o 75 punktów bazowych i wynosi obecnie 7,75 proc. Największą obniżkę zanotowała stopa lombardowa, która spadła o 100 punktów bazowych i sięga obecnie 9 proc.

W tym roku RPP obniżyła podstawową stopę rynkową (referencyjną) o 4,5 pkt proc., podczas gdy od lutego 2001 r. stopa ta spadła 13 razy, łącznie o 12 pkt proc.

Wczorajsza decyzja RPP była zaskoczeniem dla rynku. Choć euforii nie było — złoty nieznacznie się umocnił, nieco podrożały też obligacje.

— Rynek oczekiwał, że stopy zostaną obniżone w listopadzie, a od 12 miesięcy decyzje RPP są przeważnie zgodne z konsensusem rynkowym. Nie jest powiedziane, że za miesiąc nie będzie kolejnego cięcia — mówi Mirosław Gronicki, główny ekonomista BIG BG.

Mniejszym zaskoczeniem jest natomiast skala redukcji — prognozy rynkowe mieściły się w przedziale 50-100 punktów.

Analitycy podkreślają, że z ekonomicznego punktu widzenia nie ma znaczenia, czy stopy spadną od 1 listopada, czy też miesiąc później. Mało istotna jest także skala obniżki. Za kilka tygodni decyzja rady byłaby po prostu oparta na większej liczbie informacji.

Możliwość odłożenia obniżki stóp do przyszłego miesiąca ekonomiści uzasadniali przede wszystkim niepewnością co do trwałości pozytywnych tendencji w produkcji przemysłowej. Ich zdaniem, rada miała poczekać na ujawnienie się efektu październikowych obniżek akcyzy na alkohol oraz cen rozmów telefonicznych i ich wpływu na inflację. Ale nie poczekała.

— Z punktu widzenia przyszłej inflacji czynniki ograniczające presję na wzrost cen mają jeszcze większy wpływ niż czynniki zagrażające stabilizacji inflacji — podała rada w komunikacie po posiedzeniu.

Choć jednocześnie uznano, że stopy procentowe w Polsce są niemal idealnie dostosowane od realiów gospodarczych.

— Obecny poziom stóp jest niemal odpowiedni dla sytuacji gospodarki i celów inflacyjnych, lub bardzo bliski — uważa Leszek Balcerowicz, szef RPP i prezes NBP.

Ekonomiści są przekonani, że wczorajsza redukcja jest kresem luzowania polityki pieniężnej w 2002 r. Spodziewają się, że w 2003 r. RPP obniży stopy jeszcze o 100-150 punktów bazowych. Zastrzegają jednak, że przyszłoroczne decyzje będą podejmowane z dużo większą ostrożnością. Wszak już za rok wejdziemy do Unii Europejskiej, później do strefy euro. Te dwa rewolucyjne kroki zmuszają Polskę do wypełnienia warunków narzuconych przez kraje „piętnastki” oraz — w dalszej perspektywie — spełnienie kryteriów z Maastricht.

Tymczasem rola polityki pieniężnej w realizacji tych obowiązków staje się coraz mniejsza. Można też powiedzieć, że RPP już swoje zrobiła — obniżyła inflację, wspólnie z innymi ośrodkami władzy zapewniła równowagę makroekonomiczną. Teraz spełnienie kryteriów konwergencji — zwłaszcza dotyczących deficytu budżetowego i długu publicznego — zależy od rządu. Rada powinna jedynie pilnować, by inflacja nie odbiła, i by stopy spadały. Choć różnica w stopach polskich i unijnych jest niewielka.

— Na dziś jesteśmy bardzo blisko spełnienia wszystkich kryteriów akcesyjnych. Warunkiem utrzymania tej sytuacji i poprawy tam, gdzie jej trzeba, jest zacieśnianie polityki fiskalnej, szczególnie ograniczanie deficytu finansów publicznych — mówi Maciej Reluga, główny ekonomista ING Bank.

Podobnego zdania jest Mirosław Gronicki, który przypomina jednocześnie, że od 2004 r. na Polskę spadną dodatkowe ciężary w postaci składki do unijnej kasy i współfinansowanie projektów UE.

— Polska jest więźniem układów. W pierwszym roku po akcesji będziemy musieli wygospodarować środki na finansowanie wspólnych inwestycji. Tymczasem w obliczu wyborów parlamentarnych i prezydenckich w 2005 r. nie można oczekiwać, że politycy wdrożą reformy ograniczające wydatki. Obawiam się, że znów stanie się to kosztem deficytu budżetowego — ostrzega Mirosław Gronicki.