Prezydent jeszcze w piątkowy wieczór zarządził wybory na 21 października
i — teoretycznie — ta decyzja powinna stanowić start do kampanii wyborczej. W
praktyce trwa ona już od dawna. Przecież już od kilku dni oglądamy czarne
billboardy Platformy Obywatelskiej, a Prawo i Sprawiedliwość od kilku tygodni
karmi nas telewizyjnymi reklamówkami. To PO i PiS będą między sobą toczyć tę
wyniszczającą kampanię i ciekawe tylko, czy na tej bijatyce dwóch gigantów
skorzysta jakiś trzeci gracz.
Październikowe wybory będą jedynie dogrywką wyborów z 2005 roku. Polacy
nie wypowiedzieli się wówczas jednoznacznie czy wolą Polskę solidarną czy
liberalną. Ostatnie dwa lata wskazują, że są to wizje — przynajmniej dla
polityków — nie do pogodzenia. Dlatego wojna będzie trwać dopóki jeden z
wielkich rywali — PiS lub PO — nie padnie na kolana przed drugim. Dotychczasowe
sondaże nie wskazują by październikowe starcie miało okazać się decydujące.
Dla wyborców to kłopot, bo różnice programowe między obiema partiami są
odwrotnie proporcjonalne do zaciekłości sporu jaki toczą. Chwilami spory między
tymi ugrupowaniami przywodzą na myśl znaną z „Podróży Guliwera” krainę Liliputu,
którą trawiła wojna domowa między tymi, którzy uważali, że jajko należy rozbijać
z zaokrąglonego końca, a tymi, którzy za jedyne możliwe rozwiązanie przyjmowali
roztłukiwanie go ze strony bardziej szpiczastej. Spór z Liliputu nie został
rozstrzygnięty do dzisiaj. W piątek politycy złożyli rozstrzygnięcie podobnego
sporu w ręce wyborców. Nie jest to pociągająca alternatywa. Na rzeczywisty wybór
mielibyśmy szanse gdyby politycy przestali zajmować się — by znowu odwołać się
do krainy: Liliputu — jajami. Na to jednak szanse są nikłe.