Oskarżonym na rękę

Dawid Tokarz
opublikowano: 22-11-2007, 07:07

Blisko 10 tys. aferzystów nie jest sądzonych, a  część z nich może w ogóle uniknąć kary! Dzięki błędowi resortu Zbigniewa Ziobry.

Około 1,5 tys. procesów dotyczących zorganizowanych grup przestępczych, prania pieniędzy, oszustw, przywłaszczeń i niegospodarności na wielką skalę od lipca stoi w miejscu! Co więcej, jest poważne zagrożenie, że sądy będą musiały zająć się nimi od początku. W rezultacie, wskutek przedawnienia, część z około 10 tys. oskarżonych może w ogóle uniknąć skazania! Za całe zamieszanie odpowiada bubel prawny, przygotowany przez Ministerstwo Sprawiedliwości (MS) za kadencji Zbigniewa Ziobry.


Zapominalscy
Chodzi o uchwaloną 29 marca 2007 r. ustawę, nowelizującą m.in. kodeks postępowania karnego. Nakazała ona prowadzenie procesów zorganizowanych grup przestępczych i afer gospodarczych nie w sądach rejonowych, lecz okręgowych.

W tych drugich pracują bardziej doświadczeni sędziowie, dzięki noweli podniesie się poziom orzecznictwa — uzasadniało zmianę MS.

Urzędnicy Zbigniewa Ziobry zapomnieli jednak umieścić w nowelizacji standardowy zapis, że sprawy już zaczęte w sądach rejonowych powinny być tam zakończone. To pozornie drobne niedopatrzenie zastopowało blisko 1,5 tys. spraw! Po 12 lipca 2007 r. (wtedy nowe przepisy weszły w życie) wszystkie trafiły do sądów okręgowych.

— Sędziowie z „rejonówek” ochoczo wykorzystali wadliwe przepisy do pozbycia się trudnych spraw. Tyle że jeśli by tego nie zrobili, ich wyroki mogłyby z hukiem upaść w apelacji — mówi przewodniczący wydziału karnego w jednym z sądów okręgowych.

Niestety, sądy rejonowe przekazały też sprawy trwające kilka lat i będące na finiszu. W „okręgówkach” musiałyby one zacząć się na nowo!

O tym niebezpieczeństwie sędziowie (m.in. Stowarzyszenie Sędziów Polskich Iustitia) informowali MS jeszcze w trakcie prac legislacyjnych, a potem podczas długiego vacatio legis. Jednak resort zaczął ratować sytuację dopiero w czerwcu, gdy do Sejmu wpłynęła odpowiednia nowelizacja nowelizacji. Dlaczego wtedy? Do będącego na urlopie Zbigniewa Ziobry, mimo wielu prób, nie udało nam się dotrzeć. Uzyskaliśmy komentarz jego najbliższej współpracowniczki Beaty Kempy, byłej wiceminister sprawiedliwości, a dziś posłanki PiS.

— Kiedy problem wyszedł na jaw, w tempie rekordowym go naprawiliśmy. Wysłaliśmy też pismo do sądów z prośbą, by w związku z tą nowelą nie spieszyć się z przekazywaniem spraw do „okręgówek”. Nie wszystkie sądy zareagowały odpowiednio — mówi Beata Kempa.

Napięta sytuacja polityczna i parlamentarne wakacje sprawiły, że Sejm uchwalił nowelizację po ponad dwóch miesiącach — 22 sierpnia. Nowe regulacje zaczęły obowiązywać po podpisie prezydenta i opublikowaniu ich w Dzienniku Ustaw, tj. 3 października.

Dopiero wtedy ruszył proces zwracania 1,5 tys. spraw do sądów rejonowych. Jak ustaliliśmy, do dziś prawie połowa z nich wciąż jest w „okręgówkach”. Powód?

— Przepracowałam w sądownictwie 15 lat i wiem, że wiele sądów wciąż pracuje ponad siły. Nie zmienia to faktu, że są jednostki działające sprawnie i takie (jest ich niemało), których organizacja pracy pozostawia wiele do życzenia — ocenia była wiceminister.


Czas, ale też koszty
Sędziowie mają zupełnie inne zdanie.

— Informacja o przekazaniu akt do sądu okręgowego i późniejsza — o ich zwrocie, musi być dostarczona wszystkim zainteresowanym: obrońcom, prokuraturze i oskarżonym. Co więcej, postanowienia o migracji akt mogą być zaskarżane. Wystarczy więc, że w sprawie, gdzie jest kilkudziesięciu oskarżonych, tylko jeden z nich nie odbierze pisma z sądu czy złoży zażalenie i akta nie mogą wrócić do „rejonówki” — tłumaczy jeden z sędziów.

— Głównym problemem jest strata czasu, ale też koszty zamieszania są niebagatelne — dodaje Rafał Terlecki z Sądu Okręgowego w Gdańsku.

Poza pocztowymi w grę wchodzą też wydatki na setki kilogramów papieru (w „okręgówkach nadawano aktom nowe sygnatury, co wiązało się ze zmianą obwoluty każdego tomu). Z szacunków „PB” wynika, że w skali kraju ten sądowy ping-pong może kosztować podatników nawet 1 mln zł.

I może zrodzić znacznie większy problem. Istnieje poważne niebezpieczeństwo, że po zwrocie do „rejonówek” wszystkie sprawy będą musiały ruszyć od początku. Powód? Za długa przerwa między rozprawami spowodowana przenoszeniem akt tam i z powrotem. Od wielu lat w polskich sądach obowiązuje bowiem zwyczaj, że przerwa większa niż pół roku powoduje konieczność ponownego startu procesu. W przypadku niektórych skomplikowanych spraw ciągnących się latami może to doprowadzić nawet do ich przedawnienia. Pomysłodawcy prawnego bubla mają szczęście, że większość przestępstw wchodzących w grę ma długi okres przedawnienia…

 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Dawid Tokarz

Polecane