Wygrałby wyścig dookoła Czech, gdyby nie zapłon. Thomas J. Bata, przez kilkadziesiąt lat prezes Bata Shoe Company, żałuje tego do dziś.
W Chełmku, gdzie przed wojną mieściła się jedna z wielu fabryk obuwniczych Baty, poruszenie. Dla dziewięciotysięcznego miasteczka pod Oświęcimiem sensacją nie jest tylko występ „Sexi Flexi”, czyli Natalii Kukulskiej w miejscowym domu kultury. Przyjechał pan Tomik, syn legendarnego Tomasza Baty, a przez cztery dekady, aż do lat 80., szef obuwniczej potęgi. Tomik to jego przezwisko jeszcze z nastoletnich czasów. Thomas J. Bata ma 94 lata. Podróżuje po świecie z żoną Sonią. Dobry humor go nie opuszcza. Potańczymy, pofiglujemy, pośpiewamy? Pan Tomik jest za.
— Ile masz lat? — od razu przejmuje inicjatywę.
Nie chce wywiadu, lecz rozmowy.
— Co to za panie tak śmiesznie przebrane? — pyta, wskazując na miejscowy zespół ludowy. Trochę niedosłyszy, więc się domaga głośnych i precyzyjnych odpowiedzi. Buty wypastowane na glanc. Gdy rezyduje w Toronto, gdzie w rezultacie powojennej zawieruchy wylądowała siedziba firmy, trudno się do niego przebić. Dostępu broni jego asystentka. Mariuszowi Szczygłowi, autorowi „Gottlandu” pozwoliła zadać jedno pytanie.
— Szanowny panie Bata, jak żyć? — zapytał reportażysta „Gazety Wyborczej”.
Pan Tomik odpowiedział elegancko, a jakże:
— Trzeba porządnie się uczyć. Spoglądać wokół siebie otwartymi oczyma. Błędów nie powtarzać i wyciągać z nich wnioski. Uczciwie pracować i widzieć nie tylko swój własny zysk. Nie jest to chyba takie trudne?
Tomik szoferem
W Chełmku dziennikarzy jak na lekarstwo. Przyjechali tylko okoliczni, którym wystarczy parę gładkich zdań do notki o tym, jak to Thomasowi J. Bacie nadano honorowe obywatelstwo. Za to lokalni politycy lepiej wyczuwają ciepło płynące od emerytowanego przemysłowca. Magia nazwiska wabi m.in. burmistrza Chełmka. Ciągnąc za mankiet Batę, opowiada, jakie inwestycje poczyniono za jego kadencji. Zebranym mieszkańcom oczy świecą się dziecięcą ciekawością. Ich rodzice pracowali w fabryce Baty.
— Legendy chodzą tu o przedwojennych czasach — informuje Tadeusz Laska, wychylając głowę nad wianuszek otaczający pana Tomika.
Po wojnie pracował jako kierownik pobatowskiej drukarni. W Chełmku wiele jest budynków, zjawisk, historii i losów określanych jako przedbatowskie, pobatowskie i batowskie.
— Zarobki były wyższe niż w innych fabrykach. Basen, stadion piłkarski, nawet sekcja narciarska. Działo się — wykłada Tadeusz Laska, w latach 50. stoper w drużynie KS Chełmek.
A gość specjalny wesoło podryguje, zachęcany przez ludowe śpiewy. Dołączy do nich. Zdaje się nie zauważać karcących spojrzeń żony. Uśmiech nieobowiązkowy, a naturalny, w żadnym razie fotoreporterski, hollywoodzki. Stan gotowości do psoty wydaje się naturalnym stanem pana Tomika. Lubi pozostawać w centrum uwagi. Jest jak Tomik z króciutkiego filmiku na YouTube, gdzie robi za szofera.
— Wyczyn niemalże kryminalny. Samochód można było ówcześnie prowadzić od 12 lat, ja miałem może z 11. Z tyłu siedział minister przemysłu, z boku ojciec, który był burmistrzem Zlina. Objeżdżaliśmy osiedla i fabryki — Thomas J. Bata pamięta to doskonale.
Ubaw po pachy, cudowne lata.
— Lubiłem gazować, choć głowa ledwo nad kierownicę sięgała. Sądzę, że to był dzień, w którym minister ostatecznie osiwiał — śmieje się pan Tomik.
Tyrani i dziewczyny
Rozmowie dyskretnie przysłuchuje się jego żona Sonia Bata. Podobno wynalazł ją w Szwajcarii, bardzo dawno temu. Choć bliżej jej do setki niż pięćdziesiątki, nie można powiedzieć, że widać po niej ślady dawnej piękności. Wciąż jest piękna. Pan Tomik prowokuje ją z lubością. Choćby opowiadając o samochodach.
— Miałem niegdyś mustanga, model 64, takiego czechosłowackiego ścigacza, z Brna. Tym dwusuwem ścigałem się na tysiąc mil, jako osiemnastolatek, jeżdżąc na trasie Praga — Bratysława. Prowadziłem, ale nie wygrałem — przyznaje.
Zepsuł się zapłon, niedaleko fabryki właśnie, pod Brnem.
— Ludzie mówili, że to dziwny zbieg okoliczności. Akurat tego dnia w Rzymie grano finał mistrzostw świata w piłce nożnej, a w Brnie lotnisko. Podejrzewali, że poleciałem na mecz — przyznaje Tomik.
Po latach rozwiewa wątpliwości: finału nie widział, zostawił samochód i wrócił do domu. W gazetach przeczytał że 2:1 wygrali gospodarze. Wszystko się zgadza, tyle że wtedy, w czerwcu 1934 r., miał już 20 lat.
Pan Bata nie lubi opowiadać o tym, jakie prestiżowe szkoły ma, co wie o biznesie, jakim majątkiem zarządzał. Odsyła do książek. A o rodzinie Batów napisano tomiska. Jednym autorom to, że mają milion klientów dziennie, się podoba, innych oburza. Stworzyli czeski przemysł, wyciągnęli biedaków z chat — powiedzą pierwsi. Zabawiali się w ręczne sterowanie masami, wykorzystywali tanią siłę roboczą — odeprą ci, którym Bata nie pachnie czeskim snem. Głównych aktorów reportaży, opracowań i książek jest dwóch. Ojciec Tomika gra marzyciela i wizjonera, zginął w wypadku lotniczym w 1932 r. Po śmierci przyrodniego brata nastała era Jana Antonina Baty.
— Za dużo gadał. W latach 30. nie mógł się zdecydować, czy robić buty, czy bawić się w politykę. Mieliśmy różne opinie, kiedy on był w Stanach na emigracji, a ja w Kanadzie, ale to przecież nic nowego w rodzinie. Skończyło się jednak czymś na kształt wojny — mówi wprost Thomas J. Bata.
W zeszłym roku praski sąd uchylił wyrok z końca lat 40. głoszący karę 15 lat więzienia dla Jana Antonina za kolaborację z faszystami. Stało się tak również dzięki zeznaniom jego bratanka.
— Jan, rozmawiając z Göringiem, próbował uratować firmę. Ja, chcąc rozwinąć Bata Shoe Company, też nieraz musiałem jeździć do afrykańskich kacyków i tyranów — ciągnie Thomas J. Bata.
Nie szkoda mu tego, że Zlin, matecznik, to dziś symbol Baty głównie dla turystów. Firmy tam praktycznie nie ma.
— Tamten Zlin był nie najgorszy. Osiedla, baseny, korty, największe w Europie kino. Dziewczyny pierwsza klasa — odpowiada.
Tomasa seniora fascynowało to, co zobaczył u Forda. Budował więc nie tylko taśmy produkcyjne, ale też osiedla identycznych, kanciastych domków z ogródkami. Do projektowania najwyższego ówcześnie drapacza chmur najął najlepszych architektów. Wcześniej o maleńkim Zlinie nikt nie słyszał. A tu proszę: buty, samoloty, opony.
— Nigdy nie traktowałem Tomasa jak wielkiego przemysłowca, lecz po prostu jak ojca. Gdybym się prowadzał z nieciekawą dziewczyną, on lub matka zaraz byliby ze mną po słowie — mówi pan Tomik, niepostrzeżenie dla siebie przechodząc na czeski.
Zaraz wyłapuje to czujna Sonia. Ojczystego języka używa co rusz. Tu działa psychologia — gdy rozmawiamy o Kanadzie, Thomas J. Bata mówi po angielsku. Kiedy za bardzo wejdziemy w Zlin, pan Tomik przeskakuje na czeski.
— Ponoć ojciec zabraniał panu chodzić w butach, bo wyróżniałby się pan wśród innych dzieciaków? — pytam, zaciekawiony tym, co wyczytałem u Szczygła.
No i pudło.
— Na logikę weź, przecież, gdzie jak gdzie, ale w Zlinie butów było w bród. A w lato, oczywiście, latałem na boso. Czułbym się jak z Marsa, gdybym w środku upalnego lipcowego dnia wyskoczył na podeszwach — śmieje się pan Tomik, kończąc zdanie płynnym czeskim.
Crazy, ale z głową
Czy nie jest aby nadto ekstrawagancki? Z setką na karku szaleje po świecie.
— Trochę crazy, ale w głowie to swoje mam. Nasz rodzaj biznesu lubi pozytywne emocje, jest dobrze odbierany na świecie, to nie czołgi. Ludzie potrzebują i kochają buty. Niech więc zobaczą, że i pan Bata jest równy chłop — ścisza głos.
Do akcji wkracza Sonia Bata i burmistrz Chełmka. Koniec rozmowy. Pan Tomik wyprowadzany na otwarcie małego muzeum fabryki Baty w pobliskiej remizie nie daje jednak za wygraną. Łapie mnie za ramię i, patrząc prosto w oczy, mówi:
— Ojciec uważał, że wszelkie dobra w społeczeństwie powinny być dostępne dla tak wielu, jak to możliwe. Dał im więc Chaplina czy samoloty. Były jednak także szkoły. Żeby dostać dobrą pracę, trzeba było mieć coś w głowie — rzecze na odchodne pan Tomik.
W Kanadzie czeka na niego syn, obecny szef Bata Shoe Company. Zgadnijcie, jak ma na imię. n
Karol Jedliński
