Panika na rynkach oczami analityków

Mimo wielu analogii analitycy nie wierzą, że to początek końca globalnej hossy. Brakuje im przysłowiowej kropki nad i.

W poniedziałek główny indeks giełdy w Szanghaju spadł o 8,5 proc. W Hongkongu spadki sięgnęły 5,2 proc. Chiny pociągnęły za sobą okoliczne rynki. Giełda filipińska straciła 6,7 proc., indonezyjska 4 proc, a malezyjska – 2,7 proc. I nie był to pierwszy dzień niepokoju, wywołanego obawami o gospodarkę Państwo Środka. W ich wyniku niemiecki DAX spadł w dwa tygodnie z 11,6 do 9,5 tys. pkt. (18 proc., w tym tylko dzisiaj o 6,5 proc.) Amerykański S&P 500 osunął się z 2100 do 1900 pkt. (10 proc., tylko dzisiaj do godz. 16 o 3,5 proc.).

Nie mogło to pozostać bez wpływu na warszawską giełdę. Już rano przecena najważniejszych indeksów przekraczała 4 proc., a w kolejnych godzinach wyprzedaż tylko się rozkręcała. Na zamknięciu WIG stracił 5,66 proc.

- Ta silna przecena to efekt rozczarowania działaniami chińskich władz. W zeszłym tygodniu, po słabych danych makroekonomicznych inwestorzy oczekiwali w weekend jakiejś interwencji. Nastąpiła dewaluacja juana, która przełożyła się też na rynek surowcowy. W ten weekend oczekiwano obniżenia stopy rezerw obowiązkowych. Nic takiego nie nastąpiło. Nie będę jednak spekulował czy to już globalna bessa, czy jeszcze hossa. Chiny są nieprzewidywalne. Nie jesteśmy w stanie ocenić tego, co się tam wydarzy. – komentuje Michał Marczak, członek zarządu DM mBanku.

Inni są bardziej zdecydowani i nawet optymistyczni.

- Dewaluacja juana nie jest przejawem katastrofy, ale uświadomiła wielu, że problem jest poważniejszy niż myśleli. Jednak jest mało prawdopodobne, że rynki pójdą teraz pod wodę. Najbardziej realny scenariusz jest taki, że chiński problem będzie się jątrzył przez jakiś czas. Będzie tak jak z Grecją, z którą borykamy się już od pięciu lat – uważa dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista X-trade Brokers DM.

- O twardym lądowaniu Chin słyszymy już od kilku lat. Ale globalnie to, co się ostatnio dzieje, wygląda na bardzo silną korektę, bez długotrwałej zmiany trendu – zaznacza Daniel Kostecki, analityk rynków finansowych w HFT Brokers DM.

Kryzysowe deja vu

Ostatnie wydarzenia coraz bardziej uświadamiają inwestorom, że chińskie wskaźniki makroekonomiczne mogą mieć luźny związek z rzeczywistością. Zdaniem Przemysław Kwietnia sytuacja przypomina bańkę internetową. Mimo, że już pod koniec lat 90. byli tacy, którzy zwracali uwagę na oderwanie wycen spółek internetowych od ich wyników finansowych, rynek pożegnał wzrosty dopiero w połowie 2000 r.

- Chińska bańka może pęknąć. To zagrożenie jest realne, ale nie można powiedzieć, że na pewno dojdzie od katastrofy. Wszystko zależy od skali spowolnienia w Chinach. Niskie ceny surowców pomagają Europie. Są też automatycznym stabilizatorem dla Chin, które konsumują ich bardzo dużo – uważa Przemysław Kwiecień.

Specjalista dodaje, że na razie nie słychać o kłopotach jakiegoś dużego banku czy funduszu inwestycyjnego, co mogłoby spowodować wyprzedaż jego aktywów, a w konsekwencji również innych podobnych, jak to miało miejsce przy okazji upadku banku Lehman Brothers w 2008 r. Tyle że tym razem rola jednej wielkiej instytucji może być przejęta przez dziesiątki milionów zwykłych Chińczyków, inwestujących na giełdzie w Szanghaju. Tam spadki są większe niż w Hongkongu, gdzie koncentrują się instytucje, a utrata pieniędzy na giełdzie może wpłynąć na nastroje konsumenckie w ogromnym kraju.

- Chiński rynek nieruchomości miał w tym roku problemy. Nastroje konsumenckie mogą się do tego dołożyć. Jeśli popyt zacznie spadać, deweloperzy zaczną bankrutować. To o tyle istotne, że kupując ziemię zasilają budżety prowincji pieniędzmi na inwestycje infrastrukturalne, które stanowią dużą część chińskiego PKB. Ale na razie nic nie wiemy o tego typu problemach – uspokaja Przemysław Kwiecień.

- Największe tąpnięcia zdarzają się wtedy, gdy na rynku jest bardzo duży udział inwestorów indywidualnych. I ta analogia w Chinach zachodzi. Ale Chińczycy wyciągnęli wnioski z ostatnich kryzysów i zaczęli szybciej działać. Interwencje będą jeszcze szybsze, jeśli będzie potrzeba. A Chiny to gospodarka centralnie sterowana i jeśli rząd mówi , że ma być 7 proc. wzrostu PKB, to tyle ma być – twierdzi Daniel Kostecki.

Rekord się nie liczy

Daniela Kosteckiego do globalnego załamania nie przekonuje nawet to, że dwie ostatnie hossy na indeksie S&P 500 trwały po około pięć lat, a od dołka w 2009 r. minęło już sześć i kilkakrotnie dalsze zwyżki zatrzymały się w okolicach 2100 pkt., co jest historycznym rekordem.

- Wszystkie statystyki wskazują, ze hossa w Stanach Zjednoczonych jest na wyrost, ale patrzyłbym na czynniki fundamentalne. Dwie ostatnie bessy rozpoczęły się, gdy rentowności obligacji dwuletnich zrównały się z rentownościami papierów 10-letnich. Przekładało się to na to, że inwestując na bardzo krótki termin można było osiągnąć podobne stopy zwrotu co z indeksów giełdowych. Obecnie takiej sytuacji nie ma – podkreśla Daniel Kostecki.








© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Kamil Kosiński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Puls Inwestora / GPW / Panika na rynkach oczami analityków