Państwo Środka Europy

Czym Chińczyk chciałby się Europejczykowi pochwalić? Elektrycznymi autami, oświetleniem LED, porcelaną i strefami ekonomicznymi. Nie tylko one robią wrażenie

Na początek trzy liczby: 10 dni i 31 dziennikarzy z 16 państw Europy Środkowej i Wschodniej. Tak chiński rząd zaplanował wyjazd studyjny, na który w maju wydelegował mnie „Puls Biznesu”. Pierwszego dnia chiński urzędnik szeptem potwierdził, że w czerwcu prezydent Xi Jinping odwiedzi Polskę. — A tuż przedtem Serbię — dodał, co okazało się nowością dla siedzącej obok dziennikarki z Serbii. Ostatniego dnia, w Pekinie, bankietowe kuluary przyniosły ważkie uzupełnienie.

— Jeśli chodzi o Europę, to chiński prezydent był w tym roku tylko w czeskiej Pradze, a teraz wybiera się do Belgradu i Warszawy. Nawet nie zahaczy o Europę Zachodnią. To znaczący wybór — przekonywał mnie polski dyplomata. Obie informacje spięły klamrą szalony rajd po prowincjach, fabrykach, plantacjach i luksusowych hotelach. No bo po co Chińczykom ta logistyczna harówka? Po to, żeby dobrze wydać pieniądze. U nas, czyli w Europie Środkowej i Wschodniej.

Piwo po chińsku

Jak już zapraszać, to po to, by ugościć. W tym nasi gospodarze, czyli Sekretariat ds. Współpracy Chin z Krajami Europy Środkowej i Wschodniej (w skrócie: ds. grupy „16+1”), nie mają sobie równych. Zaczęli od uderzenia ciepłym i wilgotnym powietrzem Kantonu, miasta w najbogatszej chińskiej prowincji Guangdong, położonej na południu kraju, w sąsiedztwie Hongkongu. Droga z lotniska pozwoliła nam oswoić się z powietrzem, ale wtedy dojechaliśmy do hotelu White Swan, pierwszego w historii Chin obiektu, który zdobył pięć gwiazdek. I znów uderzenie. — Ty też robiłeś zdjęcia w pokoju? — pytaliśmy się nawzajem przy kolacji.

Dla dziennikarza z Europy, który na koszt własnej redakcji nocuje w hostelach, a na zaproszenie Komisji Europejskiej w brukselskich Ibisach, White Swan był szaleńczo luksusowy. Z okna pokoju na 20. piętrze widziałam morze wieżowców, z wanny — telewizor, a z ekranu komputera — cały internetowy świat, bez ograniczeń. Byłam już gotowa uwierzyć, że internetowe blokady w Chinach to mit, ale wtedy poszliśmy na wieczór do pubu. Tam do sieci społecznościowych nie miałam dostępu. W żadnym z kolejnych hoteli też go nie było. Pierwszy wieczór w pubie wskazał mi jeszcze jeden obszar, do którego Europejczyk może nie mieć dostępu. Dziennikarka z Bułgarii, od trzech lat ucząca się chińskiego, próbowała zamówić piwo. Szło opornie, po angielsku nie szło w ogóle, a udało się na migi. Ja, po roku nauki języka, nie umiem się nawet przedstawić tak, by Chińczyk zrozumiał. Na blokady internetowe są sposoby, na naukę chińskiego również. Ale ile to zachodu!

Samochód w 58 sekund

W Kantonie wylądowaliśmy nieprzypadkowo, bo miasto i cała prowincja wiążą z naszym regionem Europy potężne plany. Na briefingu prasowym mówił o tym Yu Yunzhou, dyrektor generalny Komitetu ds. Rozwoju i Reform prowincji Guangdong. — Trzynasty plan pięcioletni dla naszej prowincji przewiduje współpracę z krajami Europy Środkowej i Wschodniej. W grę wchodzą przede wszystkim: rozwój mocy produkcyjnych, produkcja przemysłowa oraz obszar nauki i technologii. Chcielibyśmy też współtworzyć np. specjalne strefy ekonomiczne w waszych krajach — mówił Yu Yunzhou. Może to nie konkrety, ale też nie banał. Guangdong to pierwsza prowincja w Chinach, która otworzyła się na świat. W efekcie jest dziś gospodarczym numerem 1 w kraju, z PKB odpowiadającym za 11 proc. produktu całych Chin. Dla Europy ma zaś potężne zachęty. Jedną z nich obejrzeliśmy — to specjalna strefa ekonomiczna Nansha Free Trade Zone.

Jest gigantycznym portem morskim, na którego terenie zainwestowały już zachodnie firmy (m.in. Panasonic i Osram). Plan prowincji zakłada też rozkręcenie nowego morskiego szlaku, dzięki któremu towary wyruszałyby w drogę w strefie Nansha, a kończyły trasę na Bałtyku. Kanton pochwalił się także firmą Guangzhou Automobile Group, należącą do państwa, ale notowaną na giełdzie i rozwijająca się na podstawie planów pięcioletnich. Fabryka piękna, nowa, okolona trawnikami. Składanie samochodu trwa w niej 58 sekund, a proces produkcyjny jest widowiskowy — przynajmniej dla kogoś, kto nigdy nie był w fabryce samochodów.

— Nie miałaś wrażenia, że malowali przed waszym przyjazdem trawniki? — pytał mnie już w Polsce kolega z redakcji. Nie, nie miałam takiego wrażenia, ale przyjmowali nas z atencją. Po fabryce oprowadzał nas interesujący inżynier, a kiedy poprosiłam o wizytówkę, okazało się, że to szef firmy na Europę, dyrektor Yang Xiaoling.

— Do których krajów w Europie już sprzedajecie? — pytam. — Jeszcze nie sprzedajemy, ale to nasza przyszłość. Na razie mamy podpisaną umowę z dystrybutorem w Azerbejdżanie. Mówię po rosyjsku — mówił z dumą Yang Xiaoling.

Huawei bez Lewandowskiego

Druga fala oszołomienia czekała nas w Shenzhen, kolejnym mieście w prowincji Guangdong, przylegającym niemalże do Hongkongu. Majowa wilgoć sprawiała, że kiedy wychodziłam z klimatyzowanego hotelu, okulary słoneczne zachodziły mi parą jak lustro w łazience. Wilgoć nie przeszkodziła jednak Shenzhen stać się najmodniejszym miastem w Chinach, co wiem z chińskiej komedii romantycznej, którą obejrzałam jeszcze w samolocie. Dopiero na miejscu dowiedziałam się jednak, że 16-milionowa metropolia jeszcze 30 lat temu była wioską rybacką. — A co my osiągnęliśmy przez nasze 26 lat od przemian? — pytał na boku siwy dziennikarz z Węgier, wyraźnie pod wrażeniem chińskich osiągnięć. Wioska się rozrosła, bo to w Shenzhen chiński rząd postanowił przeprowadzić eksperyment z otwarciem na świat.

— To miasto imigrantów. Spoza Shenzhen pochodzę ja i wszyscy moi przyjaciele. To jeden z powodów, dla których rozwija się tu dziś tak wiele firm wysokich technologii — przekonywał nas przy obiedzie urzędnik miasta Shenzhen. Dlatego Shenzhen nazywane jest chińską Doliną Krzemową. Centralę ma tu m.in. Huawei, który jest trzecim producentem smartfonów na świecie i osiąga 60 mld USD przychodów rocznie. Do campusu Huawei pielgrzymują fani technologii z całego świata, pojechaliśmy tam i my. Campusu wprawdzie nie zobaczyliśmy, może z powodu ulewy (szkoda, bo mają ponoć własny uniwersytet, mieszkania dla pracowników i obiekty sportowe), ale Glenn Schloss, wiceprezes Huawei odpowiedzialny za komunikację, z energią przeprowadził nas przez showroomy.

— To nie jest fabryka, tu się myśli — podkreślał Glenn Schloss. Huawei szczyci się wydatkami na badania i rozwój. W 2014 r. było to 6,6 mld zł, co plasuje chińską firmę przed Apple’em czy Facebookiem. W 2020 r. firma chce wejść na rynek z technologią 5G. Z ciekawostek: Huawei ma rotacyjnego prezesa. Trzej członkowie zarządu zmieniają się na tym stanowisku co pół roku. Ciekawy pomysł, ale czy skuteczny?

— W 2015 r. przychody wzrosły o 37 proc., a zysk o 32 proc. — stwierdza Glenn Schloss. Druga ciekawostka Polaka nie ucieszy. Nie znalazłam w Chinach ani jednego billboardu z Robertem Lewandowskim, polskim piłkarzem, który w Europie jest gwiazdą reklam Huawei. Doskonale widoczne są zaś reklamy ze Scarlett Johansson, utalentowaną amerykańską aktorką, a także z gwiazdorem z filmu „50 twarzy Greya”.

Pojazd na polskie mrozy

W chińskiej Dolinie Krzemowej zahaczyliśmy też o siedzibę BYD, producenta baterii i pojazdów elektrycznych. Na chwilę, a szkoda, bo chętnie porozmawiałabym tam dłużej. Po pierwsze dlatego, że o BYD było w Polsce głośno ok. dwóch lat temu, kiedy firma walczyła w przetargu na dostawę elektrycznych autobusów dla Warszawy. Przetarg wygrała, ale sprawa skończyła się w sądzie i BYD ostatecznie zlecenia nie dostała (choć testowe pojazdy warszawskich pasażerów woziły). Po drugie dlatego, że z pojazdami elektrycznymi wielkie nadzieje wiąże ostatnio polski rząd. Polska chce budować w tym obszarze kompetencje, więc ciekawe, jak widzi to gracz bardziej dojrzały.

— Transport miejski odpowiada za 30 proc. zanieczyszczeń w miastach, mimo że stanowi tylko 2 proc. ruchu. Dlatego np. celem Shenzhen jest całkowita elektryfikacja transportu miejskiego do końca 2017 r. — mówił John Gabarra, oprowadzający nas po zakładzie spec od komunikacji w BYD.

W showroomie pokazał nam jednak nie autobusy, ale auta elektryczne. Przekonywał, że mogą ujechać nawet 420 km na jednym ładowaniu. — A co, jeśli jest strasznie gorąco? — dopytywał dziennikarz z Bośni i Hercegowiny. — Upał to taki sam czynnik jak mróz, a o efekt mrozu byliśmy ciągle pytani np. w Polsce. Odpowiedź jest taka, że zasięg wtedy nieco się pogarsza, ale pojazd nadal jest interesujący — tłumaczył John Gabarra. Jest też trzeci powód, dla którego warto bliżej przyjrzeć się BYD. Firma buduje fabrykę na Węgrzech. Będzie do niej dostarczać chińskie elementy oraz składać z nich baterie i autobusy.

— Taka fabryka to sposób na cła importowe. Będzie pracować na potrzeby naszych europejskich klientów — nie krył John Gabarra. A oto kolejna ciekawostka z Shenzhen: John Gabarra to już drugi na naszej drodze, po Glennie Schlossie z Huawei, nie-Chińczyk odpowiedzialny za komunikację. Jest Brazylijczykiem, od 5 lat mieszkającym w Chinach, Glenn Schloss to zaś Australijczyk, od 20 lat mieszkający w Azji. Ciekawe przykłady kariery.

Wszyscy chcą na Węgry

Wszystkie pomysły logistyczne chińskich gospodarzy były udane, ale jeden w szczególności. Wożeni byliśmy po kraju autokarem, dzięki czemu — np. w drodze z Shenzhen do Nanchang — mogliśmy żegnać wzrokowo piękne fabryki i lasy żurawi wieżowych, a witać nieuporządkowane osiedla i mniej zadbane zakłady produkcyjne. Nanchang, leżące nad rzeką Jangcy, to miasto w prowincji Jiangxi, biedniejszej od Guangdong. Pieniędzy w Jiangxi mają może mniej, ale nie ambicji. Do inwestowania zachęcał nas (a raczej firmy z naszego regionu) wicegubernator Liu Changlin.

— Mamy bogaty wachlarz zachęt inwestycyjnych, np. zniżki na zakup ziemi — podkreślał wicegubernator. — Czy polskie lub środkowoeuropejskie firmy interesują się inwestycjami w Jiangxi? — dopytywałam.

— Zbyt rzadko, ale słyszałem coś o polskiej fabryce helikopterów — odpowiedział Liu Changlin. Dopiero po powrocie do Warszawy odnalazłam informacje o inwestycji producenta śmigłowców PZL Świdnik w Jiangxi. Mocnym punktem wizyty w Nanchang okazała się firma Lianovation, specjalizująca się w oświetleniu typu LED, stosowanymi w zwykłych jarzeniówkach, i w smartfonach. To jedna z trzech największych firm w tym sektorze w Chinach.

— Jeżdżę często do Europy. Kiedy jestem w restauracji w Wiedniu lub gdzieś na Węgrzech, często widzę nasze produkty — mówił Jiang Guozhong, główny inżynier w Lianovation. Skoro jest w Europie popyt, to jest też miejsce na produkcję. Lianovation okazała się drugą na naszej trasie firmą (po BYD), która otwiera fabrykę na Węgrzech.

— Naszemu rządowi od lat bardzo zależy na inwestorach z Azji — objaśnił dziennikarz z Węgier. Pomysł na fabrykę też jest taki jak w BYD: zakład będzie składać elementy wyprodukowane wcześniej przez Lianovation w Chinach. — Nasze produkty mają charakter podstawowy, są mniej zaawansowane niż to, co oferują europejscy konkurenci. Dlatego istotne są koszty produkcji, które w Europie są o wiele wyższe — tłumaczy Jiang Guozhong. Kolejna firma z branży LED, Lattice Power, w Europie nie planuje ekspansji, bo woli Indie i Amerykę. Chętnie jednak się od Europy pouczy. — Jesteśmy bardzo otwarci i wiemy, że wasze firmy są lepsze np. w zarządzaniu.Dzielcie się z nami doświadczeniami — mówiła Queena Wang, menedżerka w Lattice Power.

Porcelana za setki tysięcy

Nie samym biznesem chińska dusza żyje, co okazało się zbawienne dla tych dziennikarzy, którzy przyjechali na rajd z kamerami i aparatami. O ile z fabryki samochodów materiały mieli atrakcyjne, o tyle z briefingów czy firmowych showroomów — nieszczególne. Szczęśliwie po Nanchang czekała nas widowiskowa wyprawa na ryżowe pola w Wuyuan, zaraz potem — plantacja herbaty, a po niej — fenomenalne dwa dni w Jingdezhen, mieście słynącym z produkcji porcelany. — Nie wydaje ci się, że ten samolot jest porcelanowy? — pytał tuż przed odlotem do Pekinu kolega, któremu dwa dni z porcelaną dały w kość. Mnie akurat porcelana zachwyciła. Tak pięknych waz nie widziałam nigdy, tak wysokich cen — też nie. Moja faworytka wśród waz kosztowała blisko pół miliona juanów, czyli 300 tys. zł. Porcelana to sztuka, ale też biznes. Zaprezentowało nam się kilka firm z tego sektora, a wśród nich m.in. producent pieców do wypalania porcelany, atelier dla artystów, a także — w co nie mogłam uwierzyć — firma adaptująca stare budynki fabryczne na lofty i galerie sztuki.

Po rewitalizacji budynki wyglądały jak Soho Factory na warszawskiej Pradze, szalenie europejsko. Poza tym jest w Jingdezhen uniwersytet wyspecjalizowany w zagadnieniach związanych z porcelaną. Żaden z producentów porcelany nie wiąże jednak przyszłości z Europą. — Mamy sporadyczne zamówienia z Europy, ale sprzedajemy głównie na rynek wewnętrzny i do Japonii — wyjaśniał menedżer jednej z firm. Japończycy chętnie kupują chińską porcelanę, ale są klientami trudnymi, bo lubią perfekcję.

Tymczasem chińska technika opiera się na ręcznej pracy artystów, tworzących dzieła niepowtarzalne, czasem niedoskonałe. Nie każde nadaje się więc na rynek japoński. Z pól ryżowych i plantacji herbaty zapamiętałam, niestety, mniej. Zmęczyło mnie powietrze, gorące i wilgotne. Widzowie w Czarnogórze też zobaczą z tych miejsc tylko urywki, bo kamerzyście z tego kraju padł sprzęt. Zalały go strumyczki potu.

Chiński Staszek pisze po polsku

Wreszcie Pekin, punkt kulminacyjny, z powietrzem ciepłym i suchym, jak w Europie. Najwięcej sobie obiecywałam po spotkaniu w chińskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych, tymczasem ciekawsza okazała się poranna sesja w państwowym China Radio International (CRI).

— Dzień Dobry, jestem Staszek — przywitał mnie Chińczyk pracujący w polskiej sekcji tego państwowego giganta medialnego. Poznałam też Ludmiłę, Agatę, Ewę i Leona, wszystkich narodowości chińskiej. Taki zwyczaj — Chińczycy przybierają europejskie imiona, bo ich własne trudno Europejczykom zapamiętać. Polski dział liczy 10 osób, a wszystkie przeszły przez wydział polonistyki uniwersytetu w Pekinie. Mówią po polsku bardzo dobrze, a w pisaniu pomaga im dwójka Polaków. Piszą po polsku o tym, co słychać w Chinach, bo to ważne dla zagraniczego wizerunku kraju. Po sąsiedzku siedzi dział węgierski, zatrudniający aż 20 osób.

Dlaczego więcej niż w naszym? Nikt nie wie. Dziennikarze w CRI mają radio, piszą do gazet (np. do LOT-owskiego magazynu „Bursztyn”), piszą na portale, działają też poprzez Facebooka. Kiedy o tym ostatnim usłyszał kolega z Estonii, wystrzelił z pytaniem. — Jak to możliwe, że w kraju blokującym amerykańskie sieci społecznościowe CRI z nich korzysta? — pytał na briefingu. — Działamy za granicą i wykorzystujemy te kanały, które są popularne na świecie — odpowiadał spokojnie Sun Yufeng, wiceszef departamentu Rosji i Europy Wschodniej w CRI.

Potem dostałam karteczkę: „Dopytaj, proszę, jak mamy sobie odblokować Facebooka”.

Zapytałam. — Można sięgnąć po VPN — odparł Sun Yufeng. I tak dostaliśmy oficjalne wskazówki, jak obchodzić chińskie blokady internetowe. Żaden ze ściągniętych przez nas VPN-ów jednak nie zadziałał, a kiedy napisałam o tym na blogu na Dyskusja.biz, dostałam e-mailem kolejne wskazówki. Nie pomogły. Kto chce w Chinach pracować i korzystać z sieci, musi się solidnie przygotować.

— Brak Google’a czy Facebooka w ogóle Chińczykom nie przeszkadza. Mają swoją wyszukiwarkę, bezkonkurencyjną w przeszukiwaniu materiałów po chińsku. Mają też własne, prężne sieci społecznościowe. Za Google’em tęskni ułamek społeczeństwa, który może sobie poradzić za pomocą VPN — wyjaśnił mi później jeden z europejskich dyplomatów.

Na spotkanie z ekipą z chińskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych warto jednak było czekać. Otworzył je polskojęzyczny Wang Wengang, doradca sekretariatu ds. grupy 16+1. Sypnął konkretami (wywiad na str. 8) i anegdotami. — Kiedy pracowałem jeszcze w Polsce, moja córka, w wieku kilku lat, mówiła po polsku. Nagrałem ją nawet kamerą. Dziś dwudziestolatka prosi, by jej przetłumaczyć, co wówczas mówiła — opowiadał mi Wang Wengang, sam mówiący doskonałą polszczyzną.

Poznać się i zarabiać

W Pekinie zakończyliśmy rajd po Chinach, który na razie ma mocne pierwsze miejsce na liście moich zawodowych doświadczeń. O paru sprawach nie napisałam. Biznesowy reportaż nie zostawia miejsca np. na kulinaria, a były ważnym punktem programu. Ostrygi, ślimaki, kurze łapki i kaczka po pekińsku — wszystko rozpływało się w ustach. Ryż wjeżdżał jako danie ostatnie, po deserze. Bo to najtańsza potrawa, jak nam wyjaśniono. Chińska sztuka podejmowania gości to temat na osobny reportaż.

Wspomnę tylko, że przed biznesową podróżą do Chin warto przygotować sobie przemówienie. Jako dziennikarze wygłaszaliśmy je po kolei, niemal codziennie, w rozmaitych okolicznościach: na bankietach, kolacjach, w salach plenarnych i ogrodach. Mogłabym też opowiadać o towarzyszach podróży. O gwieździe telewizji z Bułgarii, celebryckim fotografie z Łotwy, antyamerykańskim dysydencie z Węgier czy wielbicielce czasów sowieckich, przedstawiającej się: „jestem z Rygi”.

Nie zapominając o pani Huo Yuzhen, specjalnej doradczyni ds. grupy „16+1”, byłej ambasador w Czechach i Rumunii, która z gracją zarządzała naszym rajdem. Taki mini-Erasmus dla dorosłych. Spisałam też kilka anegdot. Złośliwe? Może pomogą polskim i chińskim biznesmenom we wspólnym zarabianiu pieniędzy. — Wyjazd jest po to, byśmy się w ramach grupy „16+1” lepiej poznali — podkreślała często Huo Yuzhen. Z tą myślą reportaż zaczęłam i kończę.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Magdalena Graniszewska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy