Pierz pieniądze w Brillo

opublikowano: 14-09-2017, 22:00

Pudełko z dykty. Pudełko z dykty na wzór opakowania proszku do prania. Pudełko z dykty na wzór opakowania proszku do prania za 3,3 mln USD

Powtarzalność jak z taśmy — powtarza się roześmiana twarz Marilyn Monroe i twarz wdowy po Kennedym, jedna po drugiej, jakby nie były obrazem niczyjej żałoby, tylko niebiesko- -czarnym wzorkiem. Andy Warhol wiedział, jak wytknąć popularnym mediom ich dokuczliwą nachalność, epatowanie dramatycznymi ujęciami do tego stopnia, że widzowie zobojętnieją na ich widok.

Zwielokrotniał zdjęcia tragicznych samochodowych wypadków i pustego elektrycznego krzesła — jak wzorzyste kosteczki — ale powielał też widok znanej Amerykanom puszki z zupą czy proszku Brillo. Robił to z odmiennych powodów, a na rynek trafiały kolejne serie, bo powtarzalność nie dotyczy tylko motywów, ale przede wszystkim jego przewrotnego medium, grafiki. Odbitki przedstawiają niby to samo, tylko że jedna kosztuje kilka tysięcy, a druga ponad 100 mln USD. Czasem artysta tworzył też przestrzennie, jak w przypadku mnóstwa identycznych pudełek z dykty — jedno z nich, kupione za kilkaset dolarów, sprzedano parę lat temu za kilka milionów. Zawrót głowy — ekscytują się jedni, zawracanie głowy — kiwa reszta, patrząc na zdjęcie pudełka.

Podawaj synowi konserwy

Najlepsze ujęcie tego konkretnego pudełka pochodzi z czyjegoś domu — obiekt stoi na wzorzystym dywanie, zasłanym ręcznikiem, oddzielającym dzieło od niemowlęcia. Jego rodzice kupili pudełko w nowojorskiej galerii pod koniec lat 60., ale z czasem sprzedali, nabywając w zamian obraz malarza, który dość szybko zmęczył się ówczesną sceną artystyczną.

Dziecko rosło w zmieniającym się domu kolekcjonerów, ale już jako dorosły człowiek postanowiło wrócić do pudełka — kręcąc film dla HBO — i prześledzić, jak zmieniała się na rynku jego cena. Jak podaje Lisanne Skyler, autorka dokumentu, jej ojciec kupił „Brillo” za 1 tys. USD (3,6 tys. zł) od handlarza, który zapłacił wcześniej 200 USD (711 zł). Później pudełko zmieniało właścicieli kilka razy, trafiając m.in. do wyjątkowo wpływowego marszanda Charlesa Saatchiego, który sprzedał je za 43,7 tys. USD (155 tys. zł). W latach 90. odkupił je za tę samą cenę kolejny pasjonat, a w 2010 r. to właśnie z jego kolekcji praca trafiła na aukcję, żeby kto inny mógł wydać na nią 3,3 mln USD (11,7 mln zł). Jak podają analitycy Artnetu, ceny pudełek z tej serii rosły tak bardzo, że ich zestawienie z wynikami S&P 500 stawia indeks w żałosnym świetle — to niby taka właśnie jest ta sztuka, która miała być jak z supermarketu, dla każdego? Warhol swoje studio nazywał w końcu fabryką, a oprócz wystawiania surowej diagnozy mediom i społeczeństwu, solidnie zadrwił też z całego napuszonego, artystowskiego środowiska. Chcąc pokazać, że sztuka nie musi być czytelna i dostępna wyłącznie dla wąskiego grona z zadartym nosem, poustawiał aż po sufit pudełka „Brillo” — oto dzieła, za 200 USD, jak brane z półki w sklepie.

Oprócz proszku w formie przestrzennej, bohaterką tej rewolucji była też puszka zupy, którą Warhol ustanowił tematem swojej wystawy w 1962 r. Każdy z 32 smaków Campbell’s Soup był wtedy wyceniony na 100 USD, jednak tylko sześć wiszących na ścianie egzemplarzy sprzedano — resztę kupił sam właściciel galerii, na czym nie był stratny, bo w połowie lat 90. otrzymał za tę kolekcję 15 mln USD (53 mln zł).

Mimo że teraz nie byłoby prosto iść w jego ślady, w samą puszkę wciąż da się zainwestować, chociażby 20 września, na londyńskiej aukcji grafik. Sygnowana odbitka ma estymację 8-12 tys. GBP (38-57 tys. zł), co od razu rodzi dwa pytania: dlaczego aż równowartość nowego auta i dlaczego nie równowartość wieżowca w centrum miasta. Dlaczego w ogóle ta zupa, pytał „New Yorker” — Warhol mógł uwielbiać ją za to, że matka podawała mu ją zawsze w ramach obiadu, i nienawidzić, z tego samego powodu.

Falsyfikat jak kostka Rubika

Rzadko coś wiadomo, bo rynek grafiki jest podręcznikowym przykładem asymetrii informacji. Nie wiemy zazwyczaj, od czego dokładnie zależy cena, nie rozróżniamy technik, za to z wyjątkową częstością wyrażamy obawę, że odbitka nie jest oryginalna.

W samą puszkę wciąż da się zainwestować, chociażby 20 września, na londyńskiej aukcji grafik. Sygnowana odbitka ma estymację 8-12 tys. GBP (38-57 tys. zł).

Patrząc na taką puszkę z zupą w katalogu aukcji, widzimy właściwie wyłącznie zdjęcie, na podstawie którego autentyczności nie potwierdziłby sam Warhol, nawet gdyby był zupełnie trzeźwy — ocena oryginalności tych grafik to po prostu trudniejsza układanka. Parametry, które muszą być zgodne, to m.in. numer egzemplarza, wielkość nakładu, format pracy, rodzaj papieru i tuszu, miejsce umieszczenia sygnatury, datowanie, oznakowania warsztatu, o jakości wykonania nie wspominając.

Przykładowa wielkoformatowa podobizna Liz Taylor zadatowana na lata 70. nie będzie prawdopodobnie oryginalna, bo aktorkę Warhol uwieczniał na początku, kiedy nie eksperymentował jeszcze z większymi arkuszami. Kiedy licytujemy wspomnianą zupę w Sotheby’s, otrzymamy certyfikat poświadczający, że wszystkie te elementy są zgodne — podobnie w przypadku Marilyn Monroe wycenianej do 7 tys. GBP (33 tys. zł) czy „Krzyku” inspirowanego obrazem Muncha z estymacją do 90 tys. GBP (425 tys. zł).

Znowu trzeba wrócić do parametrów — twarz Marilyn Monroe to jeden z symboli rynku prac Warhola, ale akurat ta odbitka jest z serii o nieznanym nakładzie, który dodrukowano na okoliczność wystawy. Mierzy niecałe 18 cm, więc jest też mała, natomiast „Krzyk” jest unikatowy, bo w tej kombinacji brązu i czerni powstał tylko jeden, ponadmetrowy egzemplarz, co znacząco wpływa na jego cenę. Użyteczność, jaką miałyby przestrogi dla inwestujących w Sotheby’s, nie jest wobec tego wysoka, bo to w końcu nie wyprawa w gęstą mgłę — prawdziwe wyzwania czekają na kupujących w kraju.

Sygnatura z zaświatów

Co powiedziałby inwestor na pracę wielkiego Picassa albo Dalego czy Chagalla — i to z podpisem — za jedyne kilka, może kilkanaście tysięcy złotych? Intuicja podpowiada, że to w Polsce gratka, ale może właśnie dlatego z apetytem na wzrost wartości trzeba uważać, bo cena grafiki zwykle zależy również od tego, czy w procesie produkcji uczestniczył w ogóle autor. Magnetyczne nazwiska Dalego czy Chagalla pojawiały się przecież nierzadko na stosie pustych, niezadrukowanych jeszcze kartek, bo artyści sygnowali prace, których nawet nie musieli oglądać.

Nazwisko Picassa było jeszcze śmielsze, bo udało mu się zagościć na stercie grafik już po jego śmierci, kiedy to córka malarza postanowiła sygnować dodruk własnoręcznie, wiedząc, że w ocenie ekspertów grafika z podpisem ojca może być na rynku warta dwa razy więcej. Nic w tym złego, a cena kilku tysięcy złotych może i być stosowna, ale ważne, żeby Kowalski wiedział, że wydaje na ładną dekorację, ale z nikłą perspektywą zarobku. Na rynku grafik zdobić wnętrza da się przy tym bez umiaru, bo nasze kilka tysięcy złotych możemy wydać nawet na zdjęcie obrazu wydrukowane na papierze — czyli na reprodukcję, ale przy użyciu szlachetnie brzmiących wysokojakościowych technologii.

Chwalebne, że i w tej dziedzinie nastąpił postęp, jednak kupując takie cyfrowe dzieło, warto dopytać, jak powstało i czy czasem nie tak wysokojakościową metodą, że nawet sygnatura ołówkiem nie ściera się gumką. Dodrukowane serie po śmierci artysty miewają też drukowane podpisy — a nie byłoby przecież kłamstwem, tylko może półprawdą, że cenowa okazja z drukarki to w pewnym sensie również „dzieło wielkiego Picassa”. Andy Warhol powiedział raz ze szczerej miłości do pieniędzy: w bardziej rozwiniętych społeczeństwach niż nasze na ścianach wisiałyby banknoty, a nie obrazy. Pseudografiki, za które rozwinięte społeczeństwo przepłaci, byłyby od tego gorsze nawet przy wysokiej inflacji.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Weronika Kosmala

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Pierz pieniądze w Brillo