Podchody w PKO TFI

Grzegorz Nawacki
opublikowano: 2007-10-03 07:20

Zarządowi PKO BP nie w smak współpraca z Credit Suisse. Płacenie Szwajcarom za zarządzanie funduszami jest niezgodne z „narodową” wizją biznesu. Tomasz Bogutyn, były prezes nie chciał iść z nimi na wojnę. I musiał odejść.

19 września doszło do nieoczekiwanej zmiany na stanowisku prezesa PKO TFI, czwartego pod względem wielkości gracza na rynku funduszy inwestycyjnych. Tomasza Bogutyna zastąpił Cezary Burzyński. O ile kompetencji następcy nikt nie kwestionuje, o tyle wielu obserwatorów rynku zastanawia się, czym zawinił dotychczasowy szef. Na pewno nie wynikami.

W lutym 2006 r., gdy Tomasz Bogutyn został prezesem, aktywa PKO TFI wynosiły 6 mld zł. Do końca roku wzrosły o 2,5 mld zł. To był dopiero początek. W tym roku towarzystwo rośnie dwa razy szybciej niż rynek. Od stycznia jego aktywa skoczyły o 7,3 mld zł (+70 proc.) i dziś wynoszą 15,88 mld zł.

Pod wodzą Bogutyna PKO TFI zwiększyło udział w rynku z 8,77 do 11,43 proc. Nie tylko umocniło się na czwartej pozycji, ale — zdaniem analityków — kwestią czasu jest, kiedy przeskoczy trzecie ING, a nieco później stanie się największym TFI w Polsce.

Były prezes nie chce mówić o przyczynach rozstania z firmą.

— Nie chcę komentować tej sytuacji — ucina Tomasz Bogutyn.

Dużo bardziej rozmowne są osoby z PKO BP. Choć zastrzegają anonimowość.

— Prezes Bogutyn musiał odejść, bo nie chciał realizować polityki zarządu banku. Władze banku za wszelką cenę chcą się pozbyć Credit Suisse i zamierzają grać twardo, czasem nawet brutalnie, a Bogutyn nie chciał się w to wpisywać — mówi nasz informator.


Nie będzie Szwajcar…
PKO BP i Credit Suisse Asset Managmenet wspólnie otworzyły TFI w 1997 r. (miały po 50 proc. akcji). Do lutego 2006 r. funkcjonowało pod nazwą PKO/Credit Suisse TFI. Wówczas PKO za 55 mln zł odkupiło pakiet 25 proc. akcji od Szwajcarów. Do tej pory współpraca układała się harmonijnie. Bank zajmował się dystrybucją, a Credit Suisse zarządzał funduszami. Dlaczego zaczęło zgrzytać? Doświadczenia innych grup kapitałowych pokazały, że transfer pieniędzy klientów z depozytów do funduszy jest nieunikniony i przynosi spore zyski towarzystwom. Bankowi było nie w smak, że połowa przypadnie Szwajcarom.

— Poprzedni prezes, Andrzej Podsiadło, mówił, że jeśli pieniądze naszych klientów mają trafić do funduszy, to bank musi zachować nad nimi kontrolę. Stąd wziął się pomysł zwiększenia udziału w TFI, co się udało przeprowadzić — komentuje nasz rozmówca.

Jednak wkrótce potem Andrzej Podsiadło odszedł z banku, bo nie zgadzał się z wprowadzaniem przez PiS ludzi do zarządu. Dla jego następców kontrola nad TFI to było za mało. Credit Suisse uznany został za „pasożyta”, który nie dość, że czerpie zysk z udziału w akcjonariacie, to jeszcze zarabia na zarządzaniu funduszami.

— Przeważyła niechęć do zagranicznych inwestorów. Ten schemat tak pięknie zrealizował w PZU Jaromir Netzel, który wszedł w otwarty konflikt z holenderskim Eureko. Od prezesa Bogutyna oczekiwano podobnego działania, ale się nie godził. Dlatego musiał odejść — mówi nasz informator.

Dla władz banku, związanych z resortem skarbu, Jaromir Netzel był wzorem. Podczas rocznej kadencji tak zalazł za skórę holenderskiemu inwestorowi Eureko, że ten wycofał swoich przedstawicieli z zarządu PZU. Tym samym kontrola była tylko w polskich rękach.


Zniechęcimy ich
Dlaczego bank zamiast zwyczajnie odkupić akcje od Szwajcarów rozpoczął z nimi wojnę? Bo ci nie kwapią się do sprzedaży.

— Credit Suisse jest zaangażowany w działalność i rozwój PKO TFI od ponad 10 lat. Mamy przyjemność zakomunikować, że jesteśmy niezmiernie zadowoleni z wieloletniej współpracy z PKO BP i obecnie nie zamierzamy tego zmieniać — mówi Marcin Jarkiewicz, prezes Credit Suisse Asset Management Polska.

Nic dziwnego. TFI dosłownie z miesiąca na miesiąc drożeje. Dziś jego wartość szacuje się na minimum 1 mld zł, a górne widełki podawane przez analityków mówią nawet o 2 mld zł. Władze banku uznały, że trzeba Credit Suisse zachęcić… a konkretnie — zniechęcić do bycia w spółce. Choć oficjalnie temu zaprzeczają.

— Wcale nie dążymy do tego, by Credit Suisse wycofał się z TFI. Teraz jesteśmy w trakcie ustalania nowych warunków współpracy — mówi Rafał Juszczak, prezes PKO BP.

Głównym tematem negocjacji jest obniżenie opłaty za zarządzanie, jaką pobiera Credit Suisse. Według naszych informacji, Szwajcarzy z tego tytułu dostają około 100 mln zł rocznie. Problem w tym, że inne były uzgodnienia między akcjonariuszami. Szwajcarzy, decydując się na sprzedaż 25 proc. w lutym 2006 r., zastrzegli, że opłaty nie będą zmienione do końca 2008 r.

— Zamrożenie opłaty było jednym z warunków, który postawił Credit Suisse przy sprzedaży — twierdzi nasz informator.

Nowy zarząd niespecjalnie się tamtymi ustaleniami przejmuje. Ma argumenty za renegocjacją umowy.

— Wynagrodzenie za zarządzanie wyliczane jest jako procent od aktywów. W lutym, gdy podpisywana była umowa, TFI było dużo mniejsze. Teraz wraz ze wzrostem aktywów rośnie też wynagrodzenie dla Credit Suisse. W banku zaczęto się zastanawiać, czy nie jest zbyt duże, skoro o sukcesie rynkowym decyduje przede wszystkim sieć bankowa, a wyniki funduszy są na drugim miejscu — dodaje nasz informator.

W tym planie było tylko jedno słabe ogniwo. Co po Szwajcarach? Kto będzie zarządzał funduszami? I na to znalazła się odpowiedź, i to w ramach polityki wzmacniania polskich firm, o czym w tekście obok.