Podwieczorek u kapelusznika

Alina Treptow
opublikowano: 2012-12-07 00:00

Porthos, jeden z trzech muszkieterów, nadal walczy — na polskim rynku kapeluszy. Współczesnym kardynałem Richelieu są producenci z Chin.

Świata nie zmienisz, ale kapelusz możesz — głosi napis nad wejściem do manufaktury kapeluszy, słynnych „moherów”, kaszkietów i czapek Porthos. Obdrapany szary budynek na terenie Akademii Obrony Narodowej w warszawskim Rembertowie zniechęca. Ale tylko na chwilę, bo wnętrze przenosi do innego świata — mieszanki przedwojennej Warszawy, PRL-u, świata mody, krawiectwa i żeglarstwa. Jest półmetrowe popiersie Stalina (z podpisem „destylator idei”), w korytarzu stoją zastępy zabytkowych maszyndo szycia i… skrzynia umrzyka, znana miłośnikom przyśpiewek żeglarskich i szantów. Są też przedwojenne żelazka, maczuga, złote popiersie zakute w dyby, muzeum naparstków...

Podczas każdej wizyty u polskiego specjalisty od kapeluszy odkrywa się nowy zaułek, urządzenie czy ozdobę. Jest jednak coś, a dokładniej ktoś, łączący te nietuzinkowe rzeczy: Ryszard Wrzesiński, właściciel i prezes Porthosa. Porthos we własnej osobie — bo tak go nazywają przyjaciele.

— Ryszard Wrzesiński. Który z zagranicznych znajomych to wymówi? — retorycznie pyta właściciel firmy Porthos.

Biznes rodzinny

O sobie mówi: muzyk, żeglarz i kapelusznik (kobiety projektujące kapelusze to modystki). Odziany w mundurek licealista ze Słupska grał na perkusji. Wojażował z kolegami, muzykował i podbijał serca dzierlatek w miasteczkach, klubach i wiejskich domach kultury. Poza szkołą powstał drugi zespół, który objeżdżał jazzowe kluby Wybrzeża. Jego kolegą z ekipy był gitarzysta Ryszard Kaczmarek związany później z Czerwonymi Gitarami. Ryszard Wrzesiński pożegnał się z muzyczną karierą, ponieważ nie chciał być średniakiem. Porzucił hulaszcze życie muzyka dla kapeluszy, z którymi był za pan brat. Od dziecka. Rodzicie zostawili mu biznes kapeluszniczy w Słupsku, a sami wrócili do stolicy, by oczarować warszawiaków kapeluszami od Wrzesińskich. Wtedy historia zatoczyła koło.

Przed laty ze stolicy wyjechała Maria Wrzesińska, matka Porthosa, od której wszystko się zaczęło. Była znaną modystką, a jej pasja przerodziła się w rodzinny biznes. Ale od początku. Jest 1945 r. Powojenna rzeczywistość zmusiła małżeństwo Wrzesińskich do opuszczenia ukochanej Warszawy. Zaczęła się tułaczka. Pierwszy przystanek — Giżycko, miasto, w którym urodził się Ryszard. Nadal wspomina opowieści matki o dziewięciopokojowym mieszkaniu, które tam zajmowali, i o założonej przez rodziców fabryczce cukierków w oficynie. Nie było jednak cukierkowego zakończenia, ponieważ fabrykę znacjonalizowali i młode małżeństwo ruszyło dalej w Polskę. Był Wrocław, Jelenia Góra, Cieplice, Szczecin i Szczecinek — oficjalne miejsce narodzin kapeluszniczego biznesu.

Profesjonalna pracownia Marii Wrzesińskiej powstała w 1949 r. Rzuciła dla niej pracę księgowej. Później był Słupsk i ostatni przystanek — Warszawa, która, ze swoimi elegantkami, przyjęła córkę marnotrawną z otwartymi ramionami.

— Mamie udało się zdobyć wiele klientek, które przyjeżdżały z całego kraju i nie tylko. Pamiętam, jak przed laty salon, mieszczący się wtedy przy obecnej al. Jana Pawła II, odwiedziła Paloma Picasso i wyszła z kilkunastoma naszymi kapeluszami — wspomina Ryszard Wrzesiński, który zamieszkał w Warszawie kilka lat przed tym wydarzeniem.

Szlakiem manufaktur

15 lat temu udało się kupić Krawiecką Spółdzielnię Pracy Żoliborzanka i produkcja ruszyła pełną parą. Już nie był to zakład modystki, lecz manufaktura. Są rzędy pań naszywających ozdoby, jest pan Mirosław, który dba, by kapelusze Porthosa miały odpowiednie kształty. Dzisiaj pracownicy mogą spać spokojnie, ale ponad sto lat temu nie cieszyliby się ani długim życiem, ani opinią poważnych obywateli. W XIX w. przy produkcji filcu, z którego robi się kapelusze, wykorzystywano azotan rtęci, który prowadził nawet do maniakalnych zaburzeń osobowości (stąd postać Szalonego Kapelusznika z książki Lewisa Carrolla „Alicja w Krainie Czarów”). Taki zwariowany biznes. Polska firma też ma wiele bzików. Pozytywnych. Co jakiś czas właściciel zabiera pracowników szlakiem kapeluszy dla biednych i bogatych.

— To podróż po manufakturach naszych europejskich rywali. Jeździmy, by podpatrzeć, jak pracują zakłady we Włoszech, Lichtensteinie, Francji i Szwajcarii — wymienia Ryszard Wrzesiński. Czy konkurencja nie boi się konkurencji? Ryszard Wrzesiński tłumaczy, że to nie europejskich, lecz chińskich rywali boją się wszyscy. Zalew beretów, kapeluszy i czapek z Państwa Środka jest największą bolączką Porthosa (i nie tylko jego). Dodaje jednak, że muszkieter z utworu Dumasa też przeżył niejedno.

— Polski Porthos nie ugnie się przecież przed Chińczykami — puentuje Ryszard Wrzesiński.

Możesz zainteresować się również: