Big Mac to ulubiona kanapka ekonomistów. Nie chodzi o jej zalety smakowe, lecz o walory analityczne. To jeden z nielicznych produktów, który można kupić niemal w każdym państwie świata i wszędzie tworzony jest dokładnie w ten sam sposób z tych samych składników. Tygodnik „The Economist” od lat wykorzystuje kanapkę do tworzenia tzw. Indeksu Big Maca, czyli wskaźnika obrazującego, jaka jest aktualna pozycja poszczególnych walut (czy są przewartościowane czy niedowartościowane).



Na warsztat kanapkę biorą też ekonomiści banku UBS. Służy im do oceny realnej zamożności obywateli różnych części globy. UBS sprawdził, jaka jest obecnie liczona w Big Macach siła nabywcza mieszkańców największych miast globu. Okazuje się, że najzamożniejsi są Tokijczycy. Statystyczny pracownik po godzinie pracy dostanie wynagrodzenie, za które może kupić 6,7 kanapki. Niewiele gorzej mają mieszkańcy Nowego Jorku i Hongkongu — mogą kupić po sześć „maków”. Tymczasem mieszkańcy najbiedniejszych miast, np. Nairobi czy Caracas, żeby kupić jednego Big Maca, muszą pracować przez półtorej godziny.
— Big Mac to produkt homogeniczny w skali światowej. Takie porównanie pokazuje najlepiej, ile tak naprawdę warte są nasze pensje — tłumaczy Andreas Hofert, główny ekonomista UBS.
Warszawa na tle świata nie wygląda dobrze. Zajmuje 52. miejsce na 72 przebadane miasta. Statystyczny mieszkaniec stolicy po godzinie pracy kupi 1,7 Big Maca. Nawet w regionie wypadamy dość biednie. W Tallinie mogą pozwolić sobie na 2,1 kanapki, w Bratysławie na 1,9, a w Pradze, Wilnie i Rydze na 1,8. Warszawa jest na równi z Sofią, a wyprzedza jedynie Budapeszt (1,2) i Bukareszt (1).
Słaby wynik Warszawy to skutek dwóch czynników — poziomu cen i wynagrodzeń. Co prawda, ceny są u nas relatywnie niskie, dzięki czemu życie jest tanie. Poziom cen konsumpcyjnych to 53,7 proc. nowojorskiego poziomu. Daje nam to 57. miejsce na 72 kraje. W naszym regionie tylko w Wilnie, Sofii i Bukareszcie życie jest tańsze. Ale niskie ceny to za mało, żebyśmy byli bogaci. Musielibyśmy też dobrze zarabiać, a tak nie jest. Średnia pensja w Warszawie to tylko 23,8 proc. pensji w Nowym Jorku. Dzięki temu znajdujemy się na 51. miejscu w rankingu. Dobrze, że ta pozycja jest wyższa niż w rankingu cenowym, ale przykre jest to, że znowu wyprzedza nas większość stolic w regionie.
— Dane Eurostatu pokazują, że PKB na mieszkańca w Polsce wynosił w Polsce w 2011 r. 65 proc. średniej w Unii Europejskiej. Niska zamożność w Polsce to przede wszystkim pochodna stosunkowo niskiej wydajności pracy, wynikającej z niskiego zaawansowania technologicznego naszej gospodarki. Nadrabiamy te zaległości, ale to bardzo długotrwały proces. Minie 20-30 lat, zanim nasz PKB na mieszkańca dojdzie do średniej unijnej — mówi Jakub Borowski, główny ekonomista Kredyt Banku.
