350 mln EUR może stracić branża rolno-spożywcza, jeśli rząd nie podejmie rozmów z Unią. Cięgi zbierze resort rolnictwa i agencje.
Im bliżej przystąpienia do Unii, tym większe są obawy przedstawicieli branży rolno-spożywczej. Podczas posiedzenia Komitetu Rolnictwa i Obrotu Rolnego nie kryli zaniepokojenia zarówno możliwością zniknięcia z rynku wielu zakładów mięsnych i mlecznych, jak i niekorzystnymi dla Polski zmianami we Wspólnej Polityce Rolnej (CAP), które forsuje Unia jeszcze przed rozszerzeniem.
W rękach polityków
Przedstawiciele branży nie kryją rozczarowania zmianami, jakie proponuje Unia m.in. w kwestii kwot mlecznych czy produkcji żyta, oddzielając wielkość dopłat od produkcji. Tylko w wyniku planów zamrożenia kwoty mlecznej i tym samym mniejszych dopłat krajowi producenci mogą stracić około 350 mln EUR.
— Problem polega na tym, że naszych propozycji do reformy CAP nie popiera żaden z członków UE. W tym przypadku nie wystarczy nawet prawo głosu. Trzeba mieć większość, by nie zostać przegłosowanym — podkreśla Jerzy Plewa, wiceminister rolnictwa, odpowiedzialny za integrację z Unią.
Przedstawiciele branży doceniają protesty i zabiegi resortu mające na celu obronę krajowych producentów, ale ich zdaniem nie przyniesie to żadnych sukcesów. Dlatego postulują podjęcie zabiegów na najwyższym szczeblu dyplomatycznym.
Lokalne mięso
Nieciekawie jest też z branżą mięsną. Zdaniem Andrzeja Rudego, zastępcy głównego lekarza weterynarii, trzeba rozróżnić zakłady o dużej i małej zdolności produkcyjnej.
— Na rynku lokalnym ma szansę przetrwać od 700 do 1500 małych firm, pod warunkiem, że spełnią podstawowe wymogi sanitarne — podkreśla Andrzej Rudy.
Gorzej będzie z dużymi. Z puli 600 zakładów, które mają dostosować się do dnia członkostwa, jedynie 112 uzyskało dodatkowo od 9 do 12 miesięcy na modernizację. I nie będzie taryfy ulgowej.