Przedkampania w cieniu inflacji

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2022-07-13 20:00

Teorie politologiczne mówią, że kampania wyborcza rozpoczyna się już w pierwszym dniu nowej kadencji i trwa przez cały jej okres.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

W rzeczywistości bywa to bardziej uzależnione od okresu sprawowania mandatu, różnicę widać na przykładzie obu izb Kongresu USA. Izba Reprezentantów odnawiana jest w całości co dwa lata i rzeczywiście – ledwie kongresmeni rozsiądą się w fotelach, to po kilku miesiącach okrzepnięcia już czują ciśnienie kolejnych wyborów. Sześcioletni mandat w Senacie roztacza natomiast perspektywę znacznie dalszą, walka o reelekcję na dobre zaczyna się w drugiej połowie. Polski mandat w Sejmie i Senacie jest czteroletni – oczywiście mowa o kadencji planowej – i dotychczasowa praktyka III RP wskazuje na analogie raczej do amerykańskich realiów senackich. Notabene strategiczne decyzje – kto z kim wspólnie wystartuje w jakich barwach – w Polsce często podejmowane są dopiero na kilka miesięcy przed wyborami.

Sytuacja tegoroczna nie ma precedensu w parlamentarnych dziejach III RP. Klasa polityczna tak już żyje wyborami, jakby głosowanie odbywało się w październiku tego roku, a nie dopiero przyszłego. Oczywiście ogromną przewagę taktyczną w obecnej fazie ma ekipa rządząca, ponieważ wszyscy wiedzą, jak będzie nazywał się komitet wyborczy. Prawo i Sprawiedliwość zarejestruje czyste formalnie listy partyjne, nie ma mowy o żadnej koalicji. Zupełnie inną kwestią jest liczba reprezentantów przystawek, których Jarosław Kaczyński wpuści na listy. Rozgrywka o liczbę wasali oraz przydział lokat na okręgowych listach trwała będzie przez cały najbliższy rok. Ciekawe na przykład, ile miejsc w puli PiS zdobędzie w 2023 r. krnąbrna Solidarna Polska. Zbigniew Ziobro mocarstwowo marzy o co najmniej 30 szablach sejmowych i kilku senackich, Jarosław Kaczyński natomiast najchętniej sprowadziłby liczebność tej przystawki do najwyżej jednocyfrowej…

Ponad rok przed wyborami zdecydowanie wysuwa się na czoło lejtmotyw kampanii. Na imię mu – inflacja. Pierwszy raz po przemianach ustrojowych z lat 1989-90 oraz po denominacji złotego z 1995 r., to paraliżujące rozwój gospodarczy i społeczny zjawisko wróciło z taką mocą. PiS obsadziło Adama Glapińskiego na czele NBP na drugą kadencję 2022-28, a tym samym przyjęło pełną współodpowiedzialność za wypełnianie przez bank centralny zadań z art. 227 Konstytucji RP: „Przysługuje mu wyłączne prawo emisji pieniądza oraz ustalania i realizowania polityki pieniężnej. NBP odpowiada za wartość polskiego pieniądza”. W pierwszej kadencji prezes banku aktywnie współuczestniczył w fatalnym dla Polski procederze wielomiliardowego kreowania pustego pieniądza. Z tego źródła władcy finansują rozbuchane ponad stan programy społeczne, czytaj wyborcze, sprowadzające się do rozdawnictwa kasy. Niszcząca społeczeństwo inflacja oczywiście obecnie ma dwa składniki, spersonalizowane w tytule mojego komentarza sprzed dwóch miesięcy „Glapinflacja trzyma sztamę z putinflacją“. Przyjmując jej obecny poziom bliski 16 proc., wypada uczciwie rozbić oba składniki na punkty mniej więcej pół na pół. Wojna napastnicza Władimira Putina oczywiście się bardzo silnie dołożyła, ale samo rozkręcenie inflacji to czysty chów obecnych władców.

Kierowany przez Adama Glapińskiego bank centralny całkowicie zrzuca z siebie odpowiedzialność za nieskuteczność w przeciwdziałaniu inflacji, którą jedynie pogłębiła agresja Rosji na Ukrainę.
MAREK WISNIEWSKI