Przewaga mała, ale się utrzyma

opublikowano: 18-10-2011, 00:00

Gry powyborcze

Koalicyjne targi rządowe na dobre dopiero się zaczynają. I wcale się nie zdziwimy, jeśli konkretny kształt resortów oraz ich personalną obsadę poznamy dopiero… 22 listopada, gdy nowy gabinet ustawi się w szeregu naprzeciwko prezydenta Bronisława Komorowskiego po odbiór nominacji. Pragmatyka życia politycznego podpowiada jednak, że nawet po najmocniejszym napinaniu liny i puszeniu partyjnych piór koalicjanci w końcu się dogadają.

Prześledzenie losów rządowych koalicji III Rzeczypospolitej odkrywa ciekawe zjawisko. Otóż od wejścia w życie obecnej Konstytucji RP, czyli do roku 1997, liczba mandatów w Sejmie, którymi rząd dysponuje na początku kadencji, z kolejnymi wyborami systematycznie maleje. Paradoksalnie jednak owa większość startowa (teoretycznie wymagane jest poparcie co najmniej 231 posłów) absolutnie nie przekłada się na trwałość koalicji.

1997. Na początku rząd dysponował aż 264 mandatami, w tym Akcja Wyborcza Solidarność (AWS) miała 202, a Unia Wolności (UW) — 60. Do tego trzeba doliczyć 2 mandaty Mniejszości Niemieckiej (MN), która z założenia wspiera każdy rząd, z wyjątkiem skróconej kadencji 2005-07. Jednak w 2000 r. po kolejnym rządowym pęknięciu wicepremier Leszek Balcerowicz wyprowadził UW z koalicji, potem AWS rozleciała się od środka i mniejszościowy gabinet Jerzego Buzka do końca kadencji ledwie się dotoczył.

2001. Gabinet ruszał z 260 mandatami. Komitet koalicyjny Sojuszu Lewicy Demokratycznej z Unią Pracy (SLD-UP) zdobył 216 miejsc i musiał dobrać 42 mandaty Polskiego Stronnictwa Ludowego (PSL). 2 głosy MN to standard. Jednak w 2003 r. zdenerwowany dualizmem PSL premier Leszek Miller wyrzucił koalicjanta, potem sam musiał odejść, a mniejszościowe dzieło z musu dociągnął do końca kadencji Marek Belka.

2005. Trójczłonowa koalicja startowała z poziomu 245, na co składało się 155 mandatów Prawa i Sprawiedliwości (PiS), 56 Samoobrony oraz 34 Ligi Polskich Rodzin (LPR). Finał dobrze pamiętamy — premier Jarosław Kaczyński obie polityczne przystawki wyrzucał, znowu przyjmował, zjadał, aż wszystko skończyło się skróceniem kadencji.

2007. Koalicja miała 241 głosów, w tym Platforma Obywatelska 209, PSL 31, no i swój 1 głos dodała MN. Taki układ przetrwał całe cztery lata. Wszystkie ważne głosowania objęte umową koalicyjną (nie dotyczyło to innych tematów) rząd wygrywał.

2011. Arytmetycznie koalicja jest jeszcze słabsza niż cztery lata temu. Rusza z poziomu tylko 236, w tym PO dysponuje 207 posłami, PSL wprowadziło ich 28, a stabilny 1 mandat powtórzyła MN.

Z systematycznego topnienia przewagi płynie dla koalicjantów jeden generalny wniosek. Otóż nawet partyjni wodzowie muszą sobie uświadomić, że w ustroju parlamentarno-gabinetowym oba te składniki są równorzędne. Tymczasem w kończącej się kadencji na przykład Donald Tusk i Waldemar Pawlak należeli do zdecydowanych liderów poselskich nieobecności na głosowaniach. Jeśli chcą uniknąć w nowym Sejmie przykrych niespodzianek, będą musieli się pogodzić z okolicznością, że są nie tylko premierami, lecz również posłami.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu