Reforma od protestu do protestu

Adam Sofuł
opublikowano: 2007-05-18 00:00

O sytuacji w służbie zdrowia mówi się z zasady przy okazji kolejnych, skądinąd coraz bardziej regularnych, lekarskich protestów. Scenariusz jest za każdym razem podobny — lekarze domagają się podwyżek, minister odpowiada, że podwyżki już były, albo będą później, a tak w ogóle medycy powinni się udać ze swoimi żądaniami do Narodowego Funduszu Zdrowia. Zmieniają się ministrowie, zmienia się skład komitetów protestacyjnych, padają nowe pomysły na reformę służby zdrowia, bez zmian pozostaje jedna konstatacja — pieniędzy na służbę zdrowia jest za mało. Nie zmienia się również związane z tym pytanie: Skąd je wziąć? Odpowiedź jest tyleż prosta co brutalna: z kieszeni pacjentów. Żaden najlepszy nawet minister nic innego nie wymyśli.

Gdy zaczyna się dyskusja o wprowadzeniu odpłatności za niektóre usługi medyczne, podnosi się larum — że uboższa część społeczeństwa nie będzie miała dostępu do służby zdrowia. Ba, jeszcze w ostatniej kampanii wyborczej liderzy rządzącej obecnie formacji straszyli wizją karetek pogotowia, których załogi będą rozpoczynać akcję reanimacyjną od pytania o książeczkę czekową. Tymczasem — przypomnijmy po raz kolejny — bezpłatna służba zdrowia jest mitem. Polacy finansują ją przez rosnącą z roku na rok składkę na NFZ, ale też przez wykupywanie coraz popularniejszych pakietów ubezpieczeniowych prywatnych firm. Teza o tym, że Polacy wzdragają się przed wyłożeniem większych pieniędzy na służbę zdrowia, jest nie do końca prawdziwa.

Prawdziwym problemem jest zarządzanie tymi pieniędzmi. Nieraz na naszych łamach opisywaliśmy prywatne placówki służby zdrowia, które podpisują umowy z NFZ i potrafią nie tylko nie popaść w wielomilionowe zadłużenie, ale nawet zarobić. Ale to dlatego, że pilnują kosztów. I nie oznacza to oszczędzania na sprzęcie medycznym lub na personelu. Po prostu każdą wydawaną złotówkę oglądają kilka razy, bo wiedzą, że w razie kłopotów nie mogą — jak w ostatnich latach wielu ich kolegów z publicznych placówek

— liczyć na oddłużenie. Dlatego nadzieje można wiązać z dopuszczeniem na rynek prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych — czego minister Zbigniew Religa nie wykluczał — bo ubezpieczyciele będą pilnować, czy ich pieniądze nie są trwonione. Drugim koniecznym elementem jest koszyk gwarantowanych świadczeń medycznych.

Dla ministra zdrowia nadchodzi test prawdy. Kilka tygodni temu zapowiedział, że projekt koszyka trafi pod obrady rządu pod koniec czerwca. Za miesiąc zweryfikujemy te zapowiedzi. Ich realizacja może być końcem ministra Religi lub początkiem rzeczywistych zmian w sektorze ochrony zdrowia. Jeśli rząd nie odważy się tego kroku uczynić, będziemy mieli do czynienia z coraz częstszymi strajkami lekarzy, z coraz większą ich emigracją. Jedynymi zadowolonymi będą prywatni ubezpieczyciele, którzy już coraz śmielej oferują nowe produkty jako alternatywne dla niewydolnego systemu finansowanego z publicznych pieniędzy.

Możesz zainteresować się również: