Trzej piloci balonowi z Białegostoku pasje, marzenia, obserwacje scalili w solidny biznes. Tak solidny, że ich marka to dziś w Europie potentat.
W baloniarskim światku krąży powiedzonko: „Jak cię robią w balona, unoś się”. Znają je Andrzej Ćwikła, Lech Podbieło i Władysław Bohojło (współwłaściciele białostockiej firmy Tent): elita sportu balonowego w Polsce. Zaczęli od wykonania pierwszego w powojennej Polsce balonu, skończyli — na razie — na dmuchanym Shreku, który przysiadł na Galerii Centrum. O ich firmie mówi się, że jest w stanie nadmuchać wszystko, co podsunie wyobraźnia...
Marzą dziś tylko o jednym — reprezentować Polskę w tegorocznych zawodach Gordona Bennetta. Mają szansę na zwycięstwo.
Przypadki pionierów
W 1975 roku studiowali pedagogikę w Białymstoku. Wtedy tylko ocet nie był na kartki. Pomysł mieli śmiały: zbudować balon, by wskrzesić przedwojenne tradycje polskiego baloniarstwa.
Kiedyś Polska była w światowej czołówce tego romantycznego sportu, zdobywając — po trzech zwycięstwach w zawodach Gordona Bennetta — puchar na własność. Polska Ludowa nie przepadała za przedwojennymi baloniarzami, a za balonami w szczególności — może dlatego, że bez trudu można było nimi przelecieć za zachodnią granicę.
— Sporządzenie balonu w czasach „gospodarki kartkowej” samo w sobie było wyzwaniem. I walką. Zdobyliśmy stare przedwojenne rysunki i dokumentację. Bawełnianą tkaninę kupiliśmy w Bielawie. Trzeba ją było jednak zagumować. Wówczas było to możliwe jedynie w zakładach w Grudziądzu. Gdy tam trafiliśmy, usłyszeliśmy: najszybciej — to może za 5 lat... Wtedy poszliśmy do zakładowego ZMS, by nam to kilkaset metrów tkaniny zagumowano w czynie społecznym... Działacze, owszem, zgodzili się, ale sprawa się ciągnęła miesiącami. W końcu pan Bolek, majster z gumowni, zaoferował się, że za flaszkę zrobi nam to w dwa dni. Dotrzymał słowa. Po ustalonym terminie już jechaliśmy z gotowym materiałem — do bieliźniarek z fabryki Bielmo, szyjącej pościel i bieliznę: z 440 kawałków zszyły nam czaszę balonu — wspomina Andrzej Ćwikła.
— Ale to była dopiero połowa problemów... Jakimś cudem udało nam się kupić w Katowicach 8 metrów rury stalowej bez szwu, potrzebnej na tzw. obręcz nośną, łączącą czaszę balonu z koszem. Pamiętam, jak wieźliśmy ją do wygięcia w Gliwicach... tramwajem. Żeby jakoś wsadzić ją do wagonu, trzeba było otwierać lufciki i tak nią cyrklować, by motorniczy nie dostał w głowę, nie mówiąc już o pasażerach. I tak jechaliśmy z tą rurą — z 6 przesiadkami — wspomina Władysław Bohojło.
W czerwcu 1978 roku balon był wreszcie gotowy. Pojawił się jednak problem — nie potrafili na nim latać. Trzeba było zrobić licencję. Gdzie? Wtedy — tylko w aeroklubach.
— Wówczas, by latać na czymkolwiek, trzeba było należeć do jednego z aeroklubów. To były wtedy paramilitarne instytucje, którymi rządzili emerytowani pułkownicy, niechętni wszelkim nowinkom i trzymający rekę na kasie. No to się zbuntowaliśmy i założyliśmy własny studencki klub balonowy, działający poza strukturami aeroklubów. Pierwszy taki klub w Polsce, a zarazem wyłom prawny, bo wtedy partia chciała wszystko kontrolować. Do tego zaczęliśmy zarabiać na reklamach — w czasach, gdy sponsoring był u nas jeszcze całkowicie obcym słowem — mówi Ćwikła.
— Żeby latać, nie wystarczyło mieć balon, potrzebne były pieniądze. Trochę dał nam rektor filii UW w Białymstoku, trochę Jan Wejchert, wówczas właściciel firmy polonijnej Konsumprod. On też załatwił nam pierwszą reklamę na balon — z firmy Head. Na nasz klub i obozy szkoleniowe nie pożałował pieniędzy Aleksander Kwaśniewski, ówczesny prezes komitetu sportu i turystyki. Za pieniądze Zbigniewa Wróbla, wtedy — prezesa Almaturu, kilka lat później zrobiliśmy drugi balon — relacjonuje Ćwikła.
„Tak” Fidela
W roku 1978 Ćwikła zobaczył plakat z balonem obwieszonym flagami całego świata. Fidel Castro zapraszał do siebie na Festiwal Młodzieży Studenckiej. Czemu i tam nie polatać? — pomyślał, choć do tego momentu wzniósł się balonem raptem raz. Towarzysze z Komitetu Centralnego orzekli: jedźcie — i wkrótce na Kubie pojawił się balon z Białegostoku. Zgodę wydał sam Fidel — dał nawet baloniarzom do dyspozycji osobisty helikopter.
— Pozornie wszystko szło gładko. Ale... Wpierw ambasador Kuby w Polsce starał się nas zniechęcić, twierdząc, że na Kubie nie ma gazu. Potem aż 17 ministrów musiało wydać zgodę na nasz lot... — mówi Podbieło.
— Kubańczycy panicznie bali się skandalu: że polecimy na Florydę, dlatego drobiazgowo uzgadniali z nami trasę przelotu. Nie wiedzieli, że balon ma to do siebie, że i tak się skieruje, gdzie wiatr go poniesie. No i tuż po starcie zaczęliśmy lecieć ku Florydzie. Skończyło się na wodowaniu, ale cośmy się strachu najedli, to nasze — śmieje się Ćwikła.
Po powrocie zorganizowali w Białymstoku pierwsze międzynarodowe zawody balonowe. Przyjechało kilkanaście załóg z Europy Zachodniej. No, no... Nad Polską Ludową latały balony z Zachodu, a świat dowiedział się, że Polacy mają balon i umieją na nim latać. Posypały się zaproszenia — na międzynarodowe zawody, na mistrzostwa Europy i świata.
Sukcesy
W 1983 r. trójka z Białegostoku była ekipą techniczną polskiej załogi Makne/Cieślak, startującej w zawodach Gordona Bennetta, która zajęła I miejsce.
— Do Paryża pojechaliśmy starą nysą, co dla wszystkich było największym przeżyciem... Cudem dojechaliśmy i jeszcze zdobyliśmy puchar — opowiada Ćwikła.
Białostocki balon startował i w Japonii. Na mistrzostwach Australii Bohojło zajął II miejsce. Z czasem, gdy kluby balonowe w Polsce zaczęły się mnożyć, załoga Ćwikła, Bohojło, Podbieło mistrzostwa kraju zdobywała raz za razem.
— W 1988 r. startowaliśmy w mistrzostwach Australii. Wczesnym rankiem lecieliśmy nad Canberrą biało-czerwonym balonem z napisem Białystok. Polacy jadący autostradą do pracy byli tak zaskoczeni, że po prostu stawali na autostradzie, nie mogąc uwierzyć w to, co widzą. Powstał gigantyczny korek. Wielu jechało za nami — po wertepach, na przełaj, w tumanach kurzu. Dla nich byliśmy wtedy jedynym skrawkiem polskości — wspomina Bohojło.
— W Delhi zmienił się wiatr i — żeby nie wlecieć w korytarz powietrzny — musieliśmy lądować w terenie. Wypatrzyliśmy z góry dogodne miejsce. Już na ziemi podbiegli do nas żołnierze i wycelowali z karabinów. Wylądowaliśmy na obszarze ambasady Pakistanu... — dodaje Ćwikła.
— Najśmieszniejsze są reakcje mieszkańców. Niedawno wylądowaliśmy na jakimś polu. Podbiegł chłop z widłami i kazał płacić za to, że latamy po jego niebie i gnieciemy mu trawę na łące. Ludzie zaczęli cenić swą własność — śmieje się Podbieło.
— A gdy w Japonii wylądowaliśmy na polu, podbiegła Japonka z herbatą i zaprosiła nas do domu — dorzuca Bohojło.
W 2002 r. trójka założycieli Tenta wzniosła się balonem na 9600 m, bijąc rekord Polski w locie wysokościowym. Dotychczas, nikt — prócz Hermaszewskiego, polskiego kosmonauty — nie wzbił się tak wysoko.
— Lecieliśmy 1,5 godziny. Na tej wysokości mróz sięga 50 stopni. Nie było tlenu. Na 8000 metrach zgasł nam płomień i zaczęliśmy spadać jak kamień. Na 5 tysiącach udało nam się zapalić go ponownie.
Po wylądowaniu niemal dosłownie czułem krzywiznę ziemi... — przypomina sobie Ćwikła.
Dziś już nie ma w Polsce klasycznych balonów gazowych, na hel czy gaz ziemny. Były zbyt skomplikowane. Start zajmował 8 godzin. Teraz lata się na prostych, na ogrzane powietrze, ale to nie to samo... Jest ich w Polsce prawie 100 — niby sporo, ale w USA wznosi się ich w przestworza 7 tys., a w Niemczech — prawie tysiąc.
Skarlały King Kong
— Dzięki balonom zwiedziliśmy kawał świata. Sporo widzieliśmy, sporo podpatrzyliśmy. Często na zawodach oglądaliśmy małe reklamowe balony. Pomyśleliśmy, że skoro tam ludzie płacą za taką reklamę, to i w Polsce znajdą się chętni. Spróbowaliśmy — mówi Ćwikła o pomyśle na ich firmę.
W 1992 roku założyli w Białymstoku pierwsze w Polsce przedsiębiorstwo, zajmujące się produkcją profesjonalnych balonów reklamowych. Tyle że na początku lat 90. w Polsce balony kojarzyły się wyłącznie z lataniem, a nie reklamą.
— Trochę się pośpieszyliśmy — o jakieś 3 lata... Pierwszych sztuk długo nie mogliśmy sprzedać — mówi Podbieło.
Pierwszym klientem był Almatur.
— Pamiętam jak dziś, w jakich nerwach sprzedawaliśmy ten balon Almaturowi. Jeden z nas rozmawiał z Wróblem, a drugi dyskretnie balon podtrzymywał, by nie upadł. Z czasem jednak się podszkoliliśmy! — Ćwikła ujawnia kulisy pierwszej transakcji.
— Jak przed laty walczyliśmy o to, by latać, tak później toczyliśmy boje o to, by produkować. Zrobienie balonu nie było wówczas proste, bo wszystko trzeba było „organizować”. Producenci nie chcieli z nami rozmawiać, gdy składaliśmy zamówienie na 100 m tkaniny. Na 10 km — a to i owszem! — dodaje Podbieło.
Z czasem coraz łatwiej było przekonać polskie firmy do własnego balonu reklamowego. Efekt śnieżnej kuli. I zachodnie firmy uwierzyły, że w Polsce można zrobić balon reklamowy. I to dobrze.
— Ludzie z Pepsi wpierw twierdzili, że tylko w Ameryce potrafią robić balony reklamowe. Zrobiliśmy im kilka próbnych. Byli zaskoczeni, że w ogóle ktoś w Polsce jest w stanie coś takiego zrobić, do tego lepiej niż w USA i o połowę taniej. Natychmiast zamówili kilka sztuk — mówi Bohojło.
Dziś Tent to jednen z największych i najbardziej renomowanych producentów reklamowych balonów w Europie. Ich klientami jest m.in.: Orlen, JVC, Castrol, Philips, Goodyear, Fiat, Coca-Cola. Z niewielkiego zakładu na przedmieściach Białegostoku wyszło już prawie 10 000 balonów.
Dmuchany 20-metrowy King Kong, wspinający się na Pałacu Kultury i Nauki, był pierwszym z serii nietypowych i śmiałych projektów, których wykonania podjął się Tent.
— Była druga w nocy, gdy ktoś zadzwonił, krzycząc: „King Kong się spuszcza!”. Natychmiast obudziłem Władka i Leszka i wybiegliśmy przed hotel. Rzeczywiście... Z wiszącej na Pałacu Kultury dmuchanej małpy uciekało powietrze, a lewa noga prawie cała sflaczała. Pełni najgorszych przeczuć pognaliśmy na XIV piętro. Okazało się, że sprzątaczka wyjęła z gniazdka wtyczkę dmuchawy, pompującej powietrze w gigantyczny balon. Tylko to? Jakże nam wtedy ulżyło! — wspomina Ćwikła.
— Nigdy dotychczas nie robiliśmy podobnego giganta, ale lubimy wyzwania. Dlatego, gdy zadzwonili do nas z agencji reklamowej, czy damy radę zrobić King Konga, bez wahania potwierdziliśmy, tylko że termin za krótki — kontynuuje Podbieło.
Potem pojawiła się kolejna oferta: gigantyczny 14-metrowy Shrek, siedzący na dachu Galerii Centrum, wcześniej — 20-metrowy but Reeboka, wiszący na budynku Uniwersalu, olbrzymia tarantula, pełzająca po fasadzie hotelu Metropol i 17-metrowej wysokości święty Mikołaj dla Finów.
— Z tarantulą mieliśmy trochę śmiechu, bo klient uparł się, żeby wyglądała jak prawdziwa, i nalegał, by jej zrobić dmuchane włoski na całej powierzchni. Na szczęście udało nam się wybić mu z głowy ten pomysł. Teraz ten pająk krąży po całym świecie. Podobno wisiał w Nowym Yorku, Brukseli i Paryżu... — mówi Bohojło.
— Najtrudniejszy był Shrek i Reebok, bo ich powierzchnia była nadrukowana wzorami, dlatego wszystkie kawałki gigantycznego balonu musiały przylegać do siebie co do milimetra — wyjaśnia Ćwikła.
— Najpierw zrobiliśmy model z plasteliny. Szycie Shreka zajęło nam tydzień. Ważył 250 kg! Do Warszawy zawieźliśmy go w bagażniku samochodu osobowego... — tłumaczy Podbieło.
Gordon Bennett!!!
— Chcemy, jak przed laty, zrobić klasyczny balon gazowy, by wystartować w najbliższych zawodach Gordona Bennetta. Ten, który mamy, jest dziurawy i niewiele da się na nim przelecieć — mówi Ćwikła.
Podobny balon kosztuje ponad 150 tys. zł. Mają wszystko — oprócz czaszy.
— Brakuje 70 tysięcy złotych na materiał, z którego sami czaszę uszyjemy — mówi Podbieło.
Jeżeli uda się zdobyć te pieniądze, polski balon wystartuje w przyszłym roku. Powinien, bo Polacy wielokrotnie brali udział i zwyciężali w zawodach Gordona Bennetta.
— Liczę, że znajdzie się ktoś, kto — w zamian za reklamy na balonie — nam pomoże. Puchar Gordona Bennetta to prestiżowa, elitarna impreza, transmitowana w Europie i na całym świecie — mówi Ćwikła.
Gabinet szefa Tentu przypomina małą galerię. Na ścianach, obok fotografii kolorowych balonów zawieszonych nad biebrzańskimi bagnami i pustynią Negev, wiszą trzy dziecięce rysunki. 6-letni Tomasz i 7-letni Michał, synowie Ćwikły, na niebie widzą tylko balony, a każdy różni się od pozostałych szczegółami znanymi tylko dla fachowców. Chcą latać — i będą, jak ojciec i jego przyjaciele z Tentu, dla których baloniarstwo to nie tylko pasja i biznes. To także polska tradycja.
