Rozmiar ma znaczenie

Karol Jedliński
opublikowano: 26-06-2007, 00:00

reportaŻ 25 razy mniejsze, a frajdy całkiem sporo. Architektoniczny świat w pigułce przyciąga marzących o spojrzeniu Statui Wolności prosto w oczy.

Show się zaczyna już na wysypanym żwirem parkingu. Nerwowe podreptywanie w miejscu, piski, rozbiegane oczy gromady dzieciaków. Albo poganiają rodziców, albo wyczekują, aż wreszcie wszyscy wytoczą się z wesołego autokaru. Potem parami do kas, wzdłuż muru z bajkowymi basztami i wieżami.

— Dwa normalne i 22 ulgowe — prosi w okienku opiekunka wycieczki.

Otwiera się wreszcie zamkowa brama i tym samym kończy się rygor.

— Jeeeeeest! — rozlega się chóralny okrzyk dzieciarni.

Biegną, każde w swoją stronę, a to do automatów z cymbergajem, a to do elektrycznych samochodów, no i tam, gdzie rozmiar ma znaczenie. Do miniaturowych budowli, jedynych takich w Polsce.

Jak dinozaury

Park miniatur Świat Marzeń w Inwałdzie stanął przy ruchliwej drodze z Wadowic do Oświęcimia. Otworzył swe podwoje ledwie kilka tygodni temu. Od tego czasu tysiące dzieci i starszych obleciały pięć hektarów pełnych atrakcji, tysiące kolejnych przyjadą, żeby troszkę posiedzieć w cieniu wieży Eiffla czy wrzucić pięciogroszówkę do minifontanny na placu św. Piotra.

— Akurat z wieży Eiffla nie jestem zadowolony. Za słabe odwzorowanie. Pewnie zrobimy nową. Za to frankofilom polecam przepiękny w każdym detalu Łuk Triumfalny — śmieje się Marek Gawęda, pomysłodawca i jeden z właścicieli parku miniatur.

Nie ukrywa, że ideę podpatrzył na Zachodzie, gdzie takie przybytki działają od lat. W Polsce były już dwa, ale oba specjalistyczne, nawiązujące do architektury regionu. W Inwałdzie stoi ponad 20 światowych perełek architektury. Patrząc na frekwencję w parku, trudno nie zadać pytania, dlaczego dopiero teraz ktoś na to wpadł.

— To trochę jak z parkami dinozaurów, ktoś musiał być pierwszy, teraz jest ich kilka. I do mnie przychodzą ludzie, pytają, co i jak, bo sami by się za to wzięli — uważa Marek Gawęda.

Czyli kwestie psychologiczne. Drugi powód wydaje się bardziej przyziemny. Inwestycje w Inwałdzie pochłonęły jakieś 4 mln złotych.

Niezły Big Ben

Dobra miniatura to misterna robota. Żeby zaprzęg na Bramie Brandenburskiej wyglądał jak żywy, potrzeba nieraz kilkudziesięciu godzin pracy. A cacek w detalu przybędzie.

— Szykując się na konkurencję, idziemy za ciosem. W przyszłym roku powiększamy park dwukrotnie. Będzie Polska w miniaturze i nowe atrakcje — zaznacza pomysłodawca parku.

Sukiennice już są, Zamek Królewski z kolumną Zygmunta właśnie jest montowany. Powstanie kościół św. Klemensa z okolic Zakopanego, zamek w Łańcucie czy klasztor jasnogórski.

— Wiele dzieci zobaczy Malbork tylko raz w życiu i to właśnie w Inwałdzie — uważa Marek Gawęda.

Zasada sprawdzi się zapewne także w przypadku Akropolu, który w parku miniatur jakby ładniejszy od oryginału. Nie widać rusztowań i hord turystów, a klimat też łagodniejszy.

Atrakcje to tutaj ważne słowo. Nauczyciele przyjeżdżają do Inwałdu z pierwszakami, bo chcą pokazać im kawałek świata, choćby w skali 1:25. Dzieci zaś pooglądają, wysłuchają przewodnika oprowadzającego po miniaturach przez trzy kwadranse, bo wiedzą, że tu będzie przyjemne z pożytecznym. Przyjemne to przejażdżka kolejką czy dmuchany zamek zjeżdżalnia.

— Wiedzę najłatwiej przyswaja się podczas zabawy — to potwierdzi chyba każdy psycholog — mówi Marek Gawęda.

Dziecko też raczej o tym wie, pewnie dlatego cierpliwie pielgrzymuje do każdej budowli. I nawet mu się podoba.

— Big Ben jest niezły, ale na samochodzikach to było dopiero — tak pewien malec relacjonował telefonicznie wycieczkę mamie, zajadając frytki, bo pizzy w połowie dnia zabrakło.

Przeciętnie odwiedzający spędzają tu od 2 do 3 godzin. Skoro jednak na bilecie ulgowym za 15 zł można szaleć do woli w elektrycznych samochodzikach czy plątać się godzinę po zielonym labiryncie, to nikogo nie dziwią sytuacje, kiedy szaleństwo potrwa pięć godzin.

— Na razie jesteśmy na etapie badania gruntu i prostowania błędów. Nie wiemy, co będzie, gdy zaczną się wakacje. Czy zamiast wycieczek szkolnych przyjedzie więcej rodzin — zastanawia się Marek Gawęda, zagłuszany przez dziecięcy gwar.

Za płotem buduje hotel i restaurację. W głowie ma trzecią część parku miniatur, poświęconą architekturze bardziej nowoczesnej. Myśli na przykład o wieżach World Trade Center. A wszystko zaczęło się jeszcze na początku lat 90., na Riwierze Włoskiej, w Rimini.

— Zobaczyłem tam Italia in Miniatura. Potem byłem jeszcze kilka razy i tak sobie gdzieś kombinowałem, żeby mieć coś takiego. Wtedy był to dość abstrakcyjny cel — nie ukrywa współwłaściciel parku.

Choć jest jeszcze przed pięćdziesiątką, przekonuje, że na biznesie zęby zjadł. Kilka razy ze szczytu spadał w dołek, jak choćby ze sklepem muzycznym. Okazał się niewypałem, melodyjną ścieżką do bankructwa. Niezrażony plajtą, zajął się, z sukcesem, sprzedażą japońskich wózków podnośnikowych w rodzinnych Wadowicach i w całej południowej Polsce.

— Doświadczenie powoduje, że nie przeraża mnie gorszy dzień w biznesie — wyznaje Marek Gawęda.

Emocje w bazylice

Troje wspólników prowadzących własne firmy w okolicy namówił do inwestycji w najprostszy z możliwych sposób, po prostu zaprosił ich do samochodu. Pojechali na wycieczkę po europejskich parkach. W 2005 r. powstała wstępna koncepcja. Zarejestrował spółkę MWD, czyli Mini World of Dreams. Najpierw rozrywkę mieli urzędnicy, kiedy Marek Gawęda złożył wniosek o pozwolenie na zbudowanie wieży Eiffla i Bazyliki św. Piotra wraz z placem.

Bazylika wzbudza chyba najwięcej emocji. Widoczna z daleka, stoi na górce, wyróżnia się wielkością. Jako jedyna zrobiona jest w skali 1:15. Na plac można wejść, na schody już nie, zagrodzone. Obok tabliczka z napisem: „Prosimy nie biegać między kolumnami”.

— Maluchy to żywioł, non stop któryś z elementów budowy wymaga doklejenia czy renowacji. Bo skoro takie realistyczne, to każdy chce dotknąć — mówi Marek Gawęda.

Ale na dzieciaki się nie złości, bo rozumie młodociane emocje, przecież o to tu chodzi. Skoro miniatura potrafi kilkaset tysięcy kosztować, to musi robić wrażenie.

— Przyglądałem się startom i historii podobnych parków na Zachodzie i nie mamy się czego wstydzić. Zaczęliśmy nawet bardziej ofensywnie niż niektóre z nich — przekonuje współwłaściciel parku.

To ma być biznes na dekady, systematycznie rozbudowywany, ograniczony jedynie kreatywnością twórców. Żywy dowód na to, że małe jest lepsze, a rozmiar ma znaczenie. n

Tkactwo, kamień i park

Inwałd to wieś położona wzdłuż linii łączącej Bielsko z Krakowem, u podnóża Ostrego Wierchu (562 m) i Wapienicy (531 m). Od zawsze stanowiła własność szlachecką. W 1318 r. Jakusz Ligęza, dworzanin królewski, zbudował tutaj drewnianą świątynię. W 1713 r. dziedzicami Inwałdu zostali Piotr Schwarzenberg Czerny i jego żona Salomea, a następnie Franciszek Schwarzenberg Czerny, który zbudował w 1747 r. kolejną świątynię. Z reszty zabytków był tu kiedyś zamek wystawiony przez ministra króla Stanisława Poniatowskiego, ale ostał się jedynie późnoklasycystyczny pałac Romerów z parkiem. Mieszkańcy żyli wtedy głównie z tkactwa i, później, z wydobycia wapiennego kamienia. Teraz na topie jest park miniatur.

Nasze niewielkie

Oprócz Inwałdu w Polsce są jeszcze dwa miejsca, gdzie można oglądać miniatury. W wielkopolskich Pobiedziskach od 1998 r. działa Skansen Miniatur z najwspanialszymi okazami lokalnej architektury. W dolnośląskich Kowarach dominują pałace, klasztory, kościoły i starówki miast dolnośląskich, np. zamek Książ czy pałace w Łomnicy i w Wojanowie.

Wielkie liczby miniatury

300

tys. zł Tyle może kosztować miniatura w skali 1:15.

3

tys. godzin Tyle czasu trzeba poświęcić, by zbudować takie cacko.

4

ha Tyle wynosi powierzchnia parku miniatur.

Italia pomniejszona

Najpopularniejszym parkiem miniatur w Europie jest Italia in Miniatura, założona w 1970 r. Powstała podobnie jak park w Inwałdzie. Właściciel firmy ślusarskiej Ivo Rambaldi w końcu lat 60. odwiedził szwajcarski park miniatur nieopodal Lugano. Od tego czasu zaczął prace nad własnym, ale lepszym. Na potrzeby pierwszych projektów zrobił ponad 6 tys. zdjęć, osobiście mierzył każdy budynek, konsultował się z uniwersytetami. Dziś jego park przyjmuje ponad pół miliona gości rocznie, normalny bilet wstępu kosztuje 18 euro. Do oglądania jest 270 miniatur w skali od 1:25 do 1:50 na 8,5 ha. Są też pojedyncze cacka, takie jak Wenecja w skali 1:5, do przepłynięcia gondolą czy 17 różnych kolejek na przejażdżki.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karol Jedliński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy