Rywalizacja ma także pozytywne strony

ET
opublikowano: 04-12-2008, 00:00

Prezesi mniejszych banków, choć nie są zwolennikami wojny na depozyty, sugerują, że wcale nie musi być taka szkodliwa.

Kazimierz Stańczak

dyrektor generalny Polbank EFG

Wojna na depozyty nie wybuchła dlatego, że ktoś chciał ją wywołać. Wysokie oprocentowanie oddaje realny koszt uzyskania pieniądza na rynku. Odwoływanie się do stawki WIBOR i LIBOR nie jest właściwe, gdyż nie są to stawki równoważące podaż i popyt na rynku pieniężnym. To obiektywne zjawisko wywołane przez rozlany na świat kryzys na amerykańskim rynku kredytów hipotecznych wysokiego ryzyka. Czy wysokie oprocentowanie wyhamuje akcję kredytową? Uważam, że wyższy poziom oprocentowania depozytów może mieć wręcz korzystny skutek. Dzięki dobrej ofercie oprocentowania mamy większą niż dawniej szansę ściągnąć z rynku gotówkę, którą Polacy przechowują w domu. Pamiętajmy, że — co stanowi fenomen w UE — połowa dorosłych Polaków nie ma rachunku bankowego, a poza obiegiem kasowym w Polsce znajduje się aż 90 mld zł, czyli 8 proc. PKB. Ta ogromna kwota jest nisko produktywna lub w ogóle bezproduktywna z punktu widzenia zarówno mikro-, jak i makroekonomicznego. Zamieniając gotówkę na depozyty bankowe, zyskujemy pieniądze na finansowanie akcji kredytowej, a dla gospodarki to jest zdecydowanie najważniejsze.

Włodzimierz Kiciński

prezes Nordea Banku

Między depozytami a kredytami jest dość prosta zależność. Oczywiste jest zatem, że każdy bank próbuje zachęcić potencjalnych klientów, żeby skorzystali właśnie z jego oferty. Uważam jednak, że nie można podnosić oprocentowania w nieskończoność, istnieje przecież granica opłacalności. Jestem przeciwnikiem wojny depozytowej, gdyż nie służy ona bankom, a w długiej perspektywie także klientom.

Nordea zaproponowała 10-procentową trzymiesięczną lokatę Superhit, jednak naszym celem jest nie tylko chęć zdobycia depozytów. Chcemy zachęcić klientów do kontaktu z naszym bankiem, do sprawdzenia nas i naszej pełnej oferty. Dlatego lokaty Superhit nie można założyć przez internet. Zależało nam, żeby klient osobiście przyszedł do naszej placówki, przekonał się, kim jesteśmy i co możemy mu zaoferować w znacznie zwiększonej, bo liczącej ponad 130 placówek, sieci.

Michał Handzlik

wiceprezes Getin Banku

Z całą pewnością dobrze byłoby, gdyby wojna na depozyty zakończyła się. Niestety, obawiam się, że to nie będzie takie proste. Fundamentalnym problemem jest brak dostępu do innych źródeł finansowania. Z pewnością obniżenie rezerwy obowiązkowej czy możliwość postawienia w zastaw papierów komercyjnych poprawiłyby sytuację płynnościową banków. To pierwszy krok w kierunku normalności. Jednak mam wątpliwości, czy doprowadzi to do drugiego kroku, czyli upłynnienia całego rynku pieniężnego. U podstaw wojny na depozyty leży brak zaufania między bankami, którego — mimo podjęcia różnych działań — nie udało się przywrócić. Podobnie może być, gdy zastosujemy kolejne instrumenty. Obawiam się, że pieniądze z rozwiązania rezerwy banki natychmiast wykorzystają nie po to, żeby ulokować pieniądze na rynku, czyli w innym banku, lecz od razu złożą na depozycie w NBP. Tak jak dzieje się teraz z każdą nadwyżką gotówki. Tu dużą rolę do odegrania mają duże banki, bez których nie ma mowy o powrocie do normalnego handlu. Na razie nikt nie chce podjąć się tego zadania.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: ET

Polecane