SafeKiddo. Zaprogramowani, by pomóc rodzicom

Partnerem publikacji jest SafeKiddo
opublikowano: 2022-08-17 12:56
zaktualizowano: 2022-08-22 09:10

Firma, choć z wizją, ale bez własnych przychodów, nie przebije szklanego sufitu. Na szczęście jestem bardzo cierpliwym człowiekiem - opowiada Marcin Marzec, twórca SafeKiddo, najpopularniejszej aplikacji chroniącej dzieci w internecie.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

Nie będzie przekłamaniem, jeśli powiem, że pomysł na SafeKiddo przyniosło samo życie?

Marcin Marzec: Rzeczywiście, potrzeba zwykłego rodzica ewoluowała do poważnego biznesu (śmiech). Był rok 2014, mój syn wchodził w wiek nastoletni i dostał pierwszego smartfona. Były to czasy świetności Microsoft Phone’a. Okazało się, że w jego system nie wbudowano żadnego narzędzia kontroli rodzicielskiej, który blokowałby niepożądane treści, np. pornografię lub narkotyki. Rynek parental control był mocno rozdrobniony, np. dla systemu Android były jakieś aplikacje, ale nie działały za dobrze.

Budując SafeKiddo, stworzyliśmy masę technologii, które są przydatne z punktu widzenia zarówno dziecka, jak i dorosłego. Dziś możemy już samodzielnie dostarczać rozwiązanie takie jak CyberTarcza, dlatego teraz jednym z priorytetów jest nasza własna usługa NetFocus. Za jej pomocą zabezpieczamy każde urządzenie, które łączy się z firmową siecią bezpośrednio w sieci operatora, bez konieczności instalowania jakiejkolwiek aplikacji.

Marcin Marzec
twórca SafeKiddo, najpopularniejszej aplikacji chroniącej dzieci w internecie

Pracowałem wtedy w Microsofcie. Doradzałem telekomom i mediom w sprawach bezpieczeństwa korporacyjnego. Uznałem, że mogę taką aplikację przygotować, ale schody zaczynały się przy komercjalizacji. Dlatego poprosiłem o pomoc telekomy. Dzięki pracy w Microsofcie spotkałem się z prezesem jednej z największych firm telekomunikacyjnych w Polsce. Mój pomysł go zaintrygował. Zaczęliśmy szkice od kilku pytań: „Czego rodzic oczekuje od usługi?”, „W jaki sposób nasz system powinien działać?” itp.

Pierwsze miesiące funkcjonowania SafeKiddo były czasem badania rynku?

Ta historia ma pełno zwrotów akcji. Operator zapytał rynek, czy nasz pomysł ma szansę powodzenia. Okazało się, że są chętni na tego typu usługę. Dostaliśmy zapytanie ofertowe. Nagle mały start-up z Polski znalazł się na tej samej półce co giganci technologiczni. Przy czym matka-korporacja poprosiła swoje europejskie oddziały, aby odpytały wszystkich partnerów ds. bezpieczeństwa. Temat zrobił się duży. SafeKiddo trafił na shortlistę z austriacką firmą, która wdrażała cyber security w Niemczech. Ostatecznie przegraliśmy, ale nie miałem żalu. Widać nie byliśmy jeszcze gotowi. Firma, choć z wizją, ale bez własnych przychodów, nie przebije szklanego sufitu. Na szczęście jestem bardzo cierpliwym człowiekiem.

Czyli ta lekcja nie poszła na marne?

Biznes bywa przewrotny. Uznaliśmy, że nic się nie stało. Mieliśmy przecież gotowe rozwiązanie, które potrzebowało jedynie wdrożenia. Zrobiliśmy więc woltę i zaangażowaliśmy nasze siły w rynek B2C. Przyznam szczerze, że do końca nie byłem do tego przekonany. Cały czas szukaliśmy chętnego operatora, chcieliśmy jednak wysłuchać, co klienci mają do powiedzenia na temat SafeKiddo. Był to strzał w dziesiątkę. Dostaliśmy ogromny feedback. I okazało się, że użytkownicy chcą płacić za usługę, która rozchodzi się pocztą pantoflową. Logowali się rodzice z Australii, Stanów Zjednoczonych, ale wszystkich przebiła wtedy Rosja. I choć wciąż utrzymujemy rozwiązanie B2C, nie jest to główne źródło naszych przychodów.

Pierwszym poważnym operatorem, który zainwestował we współpracę z SafeKiddo, był Orange. Jak do tego doszło?

To był rok 2016. Miałem dobre kontakty z tamtejszym działem IT. Nie byli jednak specjalnie zainteresowani SafeKiddo: „Wygląda to fajnie, ale...”. Kluczem do sukcesu okazało się spotkanie z działem marketingu. Pomysł z miejsca ich zachwycił. Mimo że dobijały się do nich światowe firmy, oni uznali nasz model za najlepszy.

Co was wyróżniało na tle takich tuzów?

Duże firmy nie lubią dopasowywać się do indywidualnych potrzeb klientów. My wręcz przeciwnie.

Dzięki współpracy z Orange lawina ruszyła?

Tak. W 2017 r. pomagaliśmy Polkomtelowi w projekcie eTornister. To zintegrowana platforma edukacyjna, która umożliwia dzieciakom korzystanie z podręczników i ćwiczeń w wersji cyfrowej. Tablet zawierał także lektury, encyklopedie, gry edukacyjne.

Cieszę się, że mogliśmy w tym pomóc. Polkomtel poprosił nas o przygotowanie zabezpieczeń. Uczniowie nie mogli wejść na każdą stronę. Polkomtel przekazywał nam wcześniej numery seryjne tabletów. Dziecko po powrocie do domu włączało urządzenie, a ono przez kartę SIM łączyło się z SafeKiddo, które informowało: „Hej, taka jest twoja polityka bezpieczeństwa”. Wszystko po to, aby pierwszy kontakt dziecka z tabletem był jak najłatwiejszy.

Wśród naszych osiągnięć jest także usługa ochrony mobilnego internetu, czyli mechanizm wykrywający zagrożenia płynące z internetu bezpośrednio w sieci operatora telekomunikacyjnego i blokujący je, zanim dotrą do komputera czy smartfona, wdrożony wspólnie ze światowymi gigantami cybersecurity u polskiego operatora telekomunikacyjnego.

Według niektórych danych tylko w 2019 r. CyberTarcza zablokowała 11,5 mln prób wejścia na strony phishingowe i ochroniła 2,5 mln klientów przed działaniem złośliwego oprogramowania.

W tej usłudze nie trzeba nic instalować, ona jest dostępna od razu w sieci operatora. Nikt nie wierzył, że uda nam się to zrobić, ale daliśmy z siebie wszystko, pracowaliśmy od rana do wieczora, aby projekt był gotowy. Ale ja lubię taki stres.

To kolejny krok w rozwoju spółki?

Budując SafeKiddo, stworzyliśmy masę technologii, które są przydatne z punktu widzenia zarówno dziecka, jak i dorosłego. Dziś możemy już samodzielnie dostarczać rozwiązanie takie jak CyberTarcza, dlatego teraz jednym z priorytetów jest nasza własna usługa NetFocus. Za jej pomocą zabezpieczamy każde urządzenie, które łączy się z firmową siecią bezpośrednio w sieci operatora, bez konieczności instalowania jakiejkolwiek aplikacji. Wyjątkowe w NetFocus jest to, że zabezpiecza urządzenia w sieci operatora (on-Net) oraz kiedy połączą się z dowolną siecią WiFi (on-Device).

To już ten moment, kiedy możecie przebierać w ofertach?

Tak trochę jest. Ostatnio wahaliśmy się, czy przyjąć propozycję współpracy od dużego telekomu z Gruzji, ale w końcu uznaliśmy, że rozpoczniemy tę współpracę.

SafeKiddo to już firma międzynarodowa.

Nasze rozwiązania parental control wdrażaliśmy m.in. w Europie Środkowo-Wschodniej, ale także w Wietnamie, Laosie i krajach afrykańskich.

Różnice kulturowe wpływają na działalność SafeKiddo?

Tak, zespół musiał poznać inne modele sprzedaży. Np. w Polsce i Europie dąży się do tego, by usługa była prosta i zrozumiała dla klienta. Kiedy z Orange przygotowaliśmy trzy plany, to mało kto mógł się w tym połapać. Szybko doszliśmy do wniosku, że to nie działa, dlatego oferujemy jeden produkt, który ma wszystko. Z kolei w Azji jest odwrotnie. Tam mamy pięć planów i nie da się przekonać klientów do unifikacji.

Osobna kwestia to negocjacje biznesowe. Kiedyś mieliśmy taką sytuację, że nasi partnerzy zamilkli na długie tygodnie, ponieważ uraził ich mail od koleżanki, którego treść była - jak na ich standardy - zbyt bezpośrednia. Europejczycy już tak mają, że lubią się chwalić, że na czymś się znają. W Azji jest odwrotnie. Potrzeba dyplomacji i docenienia partnera.

Na waszej stronie widnieje zdanie: „Pamiętaj, że to tylko narzędzia, które Ci pomogą. Ważne jest, aby edukować swoje dziecko i rozmawiać z nim o prawidłowym korzystaniu z technologii”. Czyli nie reklamujecie SafeKiddo jako remedium na wszystko?

To byłoby kłamstwo. Dajemy rodzicom narzędzia, a od świadomości rodzica zależy, jak z tych narzędzi skorzystają. Robimy tyle, ile jesteśmy w stanie. Sprytne dziecko może zawsze spróbować obejść zabezpieczenia, ale rodzic zawsze jest o tym informowany. Tylko od niego zależy, co dalej z tym zrobi. Najlepsza rada, jaką mogę dać brzmi: „Porozmawiaj ze swoim dzieckiem”.