Samobój pogrążył indeksy

Adrian Boczkowski
opublikowano: 12-06-2008, 00:00

Mocne spadki na GPW to raczej skutek zawodu i strachu niż czynników globalnych

Coraz częściej słyszymy od komentatorów i specjalistów, że polska giełda nie zasłużyła na tak surową przecenę, jakiej doznała w tym roku. Nasze indeksy spadają dużo szybciej niż zachodnie, choć gospodarka bardzo szybko się rozwija, a nasze banki nie mają problemów ze złymi kredytami. Owszem, korekty po długiej hossie nie można było uniknąć. Ale paniki — jak najbardziej.

Za spadki niewspółmierne do sytuacji naszej gospodarki odpowiadamy głównie my i nasze emocje. Polscy inwestorzy oderwali od ziemi wyceny akcji w 2007 r. Teraz równie emocjonalnie ich się pozbywali. Najpierw jesienią, a do kulminacji wyprzedaży doszło w I kwartale. Indywidualni gracze są tak wystraszeni, że trudno ich namówić nawet do selektywnych zakupów.

Styczniowy zjazd indeksów o jedną piątą zszokował indywidualnych inwestorów, a nawet zarządzających funduszami inwestycyjnymi. WIG20 odbił się jednak od 2,8 tys. pkt i można było liczyć na korektę wzrostową. Nic więcej nie wchodziło w rachubę, bo sytuacja na globalnych rynkach temu nie sprzyjała. Kolejne odsłony kryzysu sektora finansowego w USA oraz obawy o głęboką recesję za oceanem i spowolnienie w Europie hamowały popyt na akcje. Względna stabilizacja indeksów w Stanach pozwoliła na częściowe odrobienie strat nad Wisłą. WIG20 osiągnął w połowie lutego 3,1 tys. pkt.

Później doszło do kolejnej fali spadkowej, wywołanej gorszymi od spodziewanych danymi z amerykańskiego rynku pracy oraz informacjami o kurczących się zamówieniach w przemyśle i spadku sprzedaży detalicznej. Sugerowało to, że recesja w USA jest faktem. W pierwszej połowie marca nowojorski indeks Dow Jones osiągnął dołek. W ślad za nim poszedł WIG20, który zatrzymał się na 2741,73 pkt. Wówczas pojawiły się prognozy, że najgorsze za nami.

Kolejna korekta wzrostowa wyniosła indeks polskich blue chipów znów na ponad 3 tys. pkt, jednak w pierwszej połowie kwietnia zwyżki ustąpiły miejsca spadkom, a GPW zaczęła dryfować w trendzie bocznym. WIG20 wahał się od 2850 pkt do 3050 pkt. Słabość naszego parkietu, którą najlepiej ukazuje gasnący handel akcjami, nie pozwalała rosnąć kursom. Nie pomogły nawet podnoszone do „przeważaj” rekomendacje dla polskich akcji, wydawane przez tuzów finansowego świata (Morgan Stanley, Citigroup, Unicredit CAIB), czy oficjalne, choć wstępne, dane zza Atlantyku o braku recesji w USA. Brak kapitału na GPW i odwrót drobnych inwestorów od rynku kapitałowego w Polsce nie pozwoliły rosnąć naszym indeksom w ślad za zachodnimi. Dow Jones systematycznie zyskiwał od marcowego dołka do połowy maja (w sumie ponad 10 proc.), a nasz indeks największych spółek falował przy mizernych obrotach.

Słabość warszawskiego parkietu mocno uwidoczniła się w ostatnich dniach. Gdy indeksy amerykańskie mocno urosły w czwartek, u nas w piątek sprzedawano akcje z powodu rosnącego bezrobocia za oceanem i drożejącej do 140 dolarów za baryłkę ropy. Co prawda w piątek giełda w USA też mocno spadła, ale polskie indeksy kontynuowały zjazdy także w poniedziałek i we wtorek. Amerykańskie już nie. Wtorkowe spadki zostały u nas wyolbrzymione, a główne indeksy GPW osiągnęły nowe roczne minima. WIG20 otarł się o 2,7 tys. pkt.

Kłopoty gospodarcze mają głównie dotknąć USA. Polscy inwestorzy widzą już ten kryzys u nas. Analiza techniczna jest obecnie dużo bardziej przydatna niż fundamentalna.

Okiem optymisty: Andrzej Stec

Pięć argumentów przeciw spadkom

1. Z przewartościowania do niedowartościowania

„Giełda rzadko odzwierciedla rzeczywistą wartość spółek. Akcje przez 90 proc. czasu są przewartościowane lub niedowartościowane” — to giełdowe powiedzenie. I trudno się z tym nie zgodzić, widząc drastyczne wahania na GPW w ostatnich latach. Rozpoczęta w ubiegłym roku przecena i ostudzenie rozgrzanych głów inwestorów były bardzo potrzebne. Spadki są jednak mocno przesadzone. Bez problemu można znaleźć spółki, wciąż korzystające z szybkiego wzrostu gospodarczego, a mimo to przecenione nawet o 80 proc. (nie mam na myśli tych, które nadużywają zaufania inwestorów). Liczne perełki mają zdrowe fundamenty, dobre perspektywy i zarządzających, a przede wszystkim zdolność zarabiania pieniędzy, które niezainwestowane mogą trafić do akcjonariuszy przez dywidendę czy skup akcji. Powinny one szybko odrobić straty, gdy tylko uspokoi się sytuacja na świecie. O powrót indeksów na szczyty będzie jednak niezmiernie trudno, przynajmniej w najbliższych dwóch latach. Trzeba zauważyć, że polskie spółki na ogół najszybszy rozwój mają za sobą.

2. Atrakcyjne prywatyzacje

Zbliża się fala prywatyzacji przez giełdę. Bardzo atrakcyjnych z punktu widzenia drobnych i zagranicznych inwestorów. Chodzi m.in. o spółki energetyczne, warszawską giełdę czy BGŻ. Prywatyzacje mogą odciągnąć uwagę i pieniądze inwestorów od rynku wtórnego. Ale tylko na chwilę. W dłuższym okresie IPO państwowych firm powinny ożywić parkiet i zaowocować napływem nowych inwestorów. Szansę na to zwiększyłaby też udana, kończąca się właśnie, prywatyzacja ZA Tarnów, lepsza kampania promocyjna IPO państwowych firm i opusty dla drobnych inwestorów.

3. Mocna gospodarka

Polska gospodarka wciąż ma się dobrze. Rosną inwestycje (w tym finansowane przez Unię Europejską) i konsumpcja. Powinno to z nawiązką zrekompensować coraz większe problemy eksporterów. Do pełni szczęścia brakuje jeszcze niższej inflacji i niższych stóp procentowych. Według prognoz wielu analityków i resortu finansów, ten proces zacznie się po wakacjach. Na razie nie sprawdzają się też prognozy pesymistów, którzy wieścili recesję w USA, a nawet w Europie. Gospodarka za oceanem rozwijała się w I kwartale w tempie 0,9 proc., a w strefie euro 2,2 (licząc r/r).

4. Bliski przełom w TFI

Od listopada zarabiający coraz lepiej Polacy więcej oszczędności z krajowych funduszy inwestycyjnych wycofują, niż wpłacają. Przerzucają się na bezpieczniejsze inwestycje. W ostatnich trzech miesiącach saldo umorzeń nie odbiegało od poziomów z ostatnich lat. Wciąż brakuje jednak kupujących. Do przełomu nie trzeba dużo — jakiś 1 mld zł. Aby tak się stało, wystarczyłaby chociaż kilkutygodniowa poprawa koniunktury na giełdzie. O nią jednak trudno, zwłaszcza wobec wciąż dużej niepewności na rynkach zachodnich. Może więc wystarczy kampania reklamowa, do której po cichu przygotowują się krajowe TFI. „Zarządzający stoją z boku i nikt nie chce się wychylić. Jeden patrzy drugiemu na ręce” — mówił niedawno publicznie jeden z doradców inwestycyjnych.

5. Własna intuicja

Nigdy nie walcz z trendem. To znane przysłowie maklerów. Ale jest też takie, które sugeruje zakupy, kiedy nikt już o nich nie mówi, a dziennikarze piszą o bessie (sytuacja podobna do tej sprzed roku, kiedy media nagminnie używały słowa hossa). To drugie jest mi obecnie bliższe. Wystarczy rzut oka na parkiet, a zwłaszcza panujący marazm i ogólne zniechęcenie inwestorów do akcji. Duże zmiany kursów (nawet o 10 proc.) spółek o kapitalizacji 100-300 mln zł wywołują pojedyncze zlecenia warte zaledwie 3-5 tys. zł.

Okiem realisty: Kamil Zatoński

Pięć powodów, by nie walczyć z bessą

1. Ryzyko stagflacji

Stagflacja to połączenie wysokiej inflacji z wysokim bezrobociem. Niebezpieczeństwo takiego rozwoju wypadków rośnie zwłaszcza za oceanem. Przypomnijmy — z podobnym zjawiskiem amerykańska gospodarka borykała się w latach 70., w czasie kryzysu naftowego. Spowolnienie gospodarki i rosnąca inflacja obserwowane są też w gospodarkach strefy euro. W tej sytuacji władze monetarne nie będę mogły stymulować wzrostu gospodarczego obniżaniem stóp procentowych. Wręcz przeciwnie — liczyć się należy raczej z podwyższaniem ceny pieniądza.

2. Drożejąca ropa

Cena surowca nie będzie rosła w nieskończoność, ale tak szybko nie szła w górę jeszcze nigdy. Na początku roku za baryłkę płacono 100 dolarów, a kilka dni temu prawie 140 dolarów. Roczny wzrost cen ropy przekracza nawet 100 proc. Zanim dojdzie do spadku popytu (może do niego dojść w takich krajach, jak Indie czy Indonezja, gdzie sprzedaż paliw jest subsydiowana) i być może w konsekwencji wygaszania wzrostów, gospodarka światowa przeżyje jeszcze niejeden wstrząs.

3. Słabe lub słabnące wyniki polskich spółek

Presja po stronie kosztów (wynagrodzeń, surowców, kosztów finansowych), a także niekorzystne relacje walutowe powodują, że wyniki wielu spółek nie spełniły nadziei pokładanych w nich w czasie hossy. Tymczasem większość walorów wciąż wyceniana jest bardzo wysoko, a niskie średnie wartości, np. wskaźnika cena do zysku, czy niższe od jedności relacje ceny do wartości księgowej tylko zaciemniają prawdziwy obraz fundamentów większości firm.

4. Słabość krajowych funduszy

Upajanie się rezultatami gospodarki z minionego kwartału (PKB wzrósł o 6,1 proc.) jest naiwne, bo — co oczywiste — giełda wycenia przyszłość. Tymczasem inflacja i prognozy inflacyjne są wysokie, co niweluje skutki wzrostu dochodów gospodarstw domowych. Dostęp do kapitału dla firm staje się utrudniony. Drożeją kredyty, zdobyć kapitał od inwestorów giełdowych to obecnie nie lada sztuka. To się będzie stopniowo przekładać na zmniejszające się inwestycje.

5. Słabnące tempo wzrostu polskiej gospodarki

Kapitał, wycofany z funduszy, nie powróci do nich dopóty, dopóki trend wyraźnie się nie zmieni na wzrostowy. Przypomnijmy — najwięcej pieniędzy płynęło do towarzystw funduszy inwestycyjnych w ostatniej fazie hossy. Nie pomogą zaklęcia zarządzających: im większy optymizm bije z ich słów, tym bardziej można podejrzewać, że pali im się grunt pod nogami.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Adrian Boczkowski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu