Niespełna rok temu kurs franka flirtował z poziomem 4 zł. Po jesienno-wiosennych perturbacjach covidowych jeszcze na początku czerwca franka można było kupić za nieco ponad 4,05 zł. Od tego czasu notowania helweckiej waluty poszły w górę o przeszło 20 groszy, w ubiegłym tygodniu zbliżając się do 4,29 zł. Czyli najwyższych wartości od listopada, kiedy to rynki finansowe euforycznie zareagowały na informacje o pierwszych szczepionkach przeciwko Covid-19.
Trzy warstwy frankowych kłopotów
W naszym kraju „temat frankowy” jest specyficzny, ponieważ rosnące notowania szwajcarskiego pieniądza podbijają zadłużenie z tytułu kredytów mieszkaniowych spłacanych przez ponad 400 tys. polskich gospodarstw domowych. Warto więc przyjrzeć się, z czego wynika ostatnia podbitka kursu CHF/PLN.
Po pierwsze, jest to kwestia po części lokalna. Od czasu grudniowych interwencji walutowych Narodowego Banku Polskiego nasza waluta spisuje się zauważalnie słabiej niż waluty innych rynków wschodzących. Polityka utrzymywania słabego pieniądza widoczna jest w kursie euro do złotego, który od tego czasu nie spada poniżej 4,45 zł, trzymając się przedziału 4,45-4,67 zł.
Po drugie, od kwietnia frank zyskuje względem samego euro. W tym czasie kurs EUR/CHF spadł z przeszło 1,11 do 1,07 franka za euro, osiągając najniższe wartości od listopada. Im niższe są notowania pary euro-frank, tym helwecka waluta jest mocniejsza względem euro. I po trzecie, od czerwca frank zaczął zyskiwać nawet do umacniającego się na całej linii dolara amerykańskiego.
Czy to koniec zakładu o reflację?
Aprecjacja franka wydaje się być trochę nie na miejscu. Szwajcarska waluta jest obok jena japońskiego czy amerykańskich obligacji skarbowych uznawana za klasyczną „bezpieczną przystań”. Czyli aktywo finansowe pożądane w czasach rynkowych turbulencji czy kryzysów gospodarczych lub geopolitycznych. Tymczasem ostatnie tygodnie i miesiące stoją pod znakiem wyraźnego „risk-on” na rynkach finansowych. Giełdowe indeksy w Nowym Jorku i Frankfurcie biją historyczne rekordy. Wzrost PKB w największych gospodarkach globu jest dwucyfrowy. Cały świat odrabia covidowe straty, czego przejawem jest potężny popyt konsumpcyjny i bardzo wysoka inflacja cenowa. Wydawałoby się, że w takich warunkach mało kto szukałby bezpiecznych lokat dla kapitału.
A jednak. Bo zyskuje nie tylko frank, ale też amerykańskie obligacje skarbowe. I tak do końca to nikt nie wie, dlaczego tak się dzieje. Hipotez jest kilka. Najpopularniejsza mówi o tym, że część inwestorów boi się wariantu Delta i powrotu pandemii jesienią. Wraz z nowymi mutacjami chińskiego koronawirusa może powrócić niszcząca gospodarkę polityka lockdownów, grożąc kolejnym krachem na rynkach finansowych.
Inni wskazują na fakt zwalniającego wzrostu gospodarczego. Po dynamicznym ożywieniu z wiosny coraz więcej wskaźników makroekonomicznych zaczyna rozczarowywać. W dół idą więc prognozy ekonomistów. Na przykład jeszcze rok temu rynkowy konsens zakładał, że tegoroczny wzrost produktu krajowego brutto Niemiec sięgnie 5 proc.. Obecnie mediana prognoz w bazie Bloomberga wskazuje na wzrost tylko o 3,3 proc. Wskaźniki PMI po osiągnięciu historycznych maksimów zaczynają się obniżać, sygnalizując spowolnienie tempa wzrostu aktywności ekonomicznej. Za sprawą „kłusującej” (bo jeszcze nie galopującej) inflacji mocno pogorszyły się nastroje konsumentów w USA. Część analityków twierdzi wręcz, że to oznacza koniec reflacyjnego zakładu na rynkach, który przez ostatnie miesiące wynosił w górę ceny akcji i surowców.
W tym kierunku idą analitycy banku Goldman Sachs. Ich zdaniem trwające od kilkunastu tygodni umocnienie franka jest efektem zamykania zbytnio „zatłoczonych” pozycji na spadek wartości franka, masowo otwieranych w pierwszych trzech miesiącach tego roku. Zakłady na spadek notowań helweckiej waluty były jednym z przejawów gry pod reflację, czyli przyspieszenia inflacji cenowej.
- Wraz z tym jak percepcja rynku odwraca się z reflacji w stronę bardziej zachwianego ożywienia, zatłoczone pozycje znalazły się pod presją. Uważamy, że dane sugerują, że niedawna siła franka jest zapewne napędzana tą dynamiką – twierdzi Zach Pandl , szef strategii walutowych w banku Goldman Sachs.
Na rynku nie brak jednak głosów przeciwnych. Cześć ekonomistów zwraca uwagę na fakt, że Szwajcaria z inflacją CPI od dekady utrzymującą się poniżej 1 proc. może stać się „bezpieczną przystanią” w sensie antyinflacyjnym. W końcu lepiej ulokować kapitał we franku, którego siła nabywcza spada w tempie 1 proc. rocznie, niż w euro tracącym ponad 2 proc. rocznie, nie mówiąc już o dolarze zżeranym obecnie przez inflację CPI przekraczającą 5 proc. w skali roku.
W rezultacie nawet przy mocno ujemnie oprocentowanym franku (-0,75 proc.) stopa realna (czyli po uwzględnieniu inflacji) dla CHF może się okazać wyższa niż dla euro, dolara czy funta. A to byłby czynnik przemawiający za aprecjacją franka nawet w oderwaniu od bieżącego sentymentu na rynkach finansowych.
Wszyscy oglądają się na SNB
Doszliśmy już do takiego miejsca, w którym na rynku zaczynają się pojawiać obawy przed zmasowanymi interwencjami walutowymi ze strony Szwajcarskiego Banku Narodowego. Wszyscy przecież dobrze pamiętają ubiegłoroczną wiosnę, gdy SNB dokonywał potężnych interwencji walutowych sprzedając franki za euro, aby zatrzymać spadek kursu EUR/CHF. Gotowość do takich operacji od lat jest wpisana w komunikaty helweckich władz monetarnych, które nie chcą dopuścić do nadmiernego i zbyt gwałtownego umocnienia franka wobec euro.
Mówi się, że SNB w ostatnich tygodniach był aktywny na rynku walutowym.
– Zaskakujące ruchy w górę na EUR/CHF oraz EUR/USD mogą być sygnałami, że SNB powrócił na rynek – uważa Jeremy Boulton, rynkowy analityk Reutersa.
W ekonomicznym żargonie mówi się, że rynek może „przetestować funkcję reakcji” SNB. Pierwszą – i najbardziej oczywistą – linią obrony Szwajcarów może być poziom 1,07 na parze euro-frank. Poziom ten testowany jest już od tygodnia.
Ale wiosną 2020 roku SNB wytoczył ciężkie działa dopiero przy poziomie 1,05. Tam też może znajdować się nieoficjalna „podłoga” dla notowań EUR/CHF. Póki co są to jednak czyste spekulacje. Wydaje się, że dopiero jakaś poważniejsza korekta na rynkach akcji i globalny wzrost awersji do ryzyka sprowadziłby kurs EUR/CHF do poziomów z marca i kwietnia ’20.
Frank a sprawa polska
Gdy wiosną 2020 kurs EUR/CHF spadł do 1,05, frank na polskim rynku kosztował 4,38 zł. Teraz do tego poziomu brakuje nam ok. 10 groszy. Co musiałoby się stać, aby cena franka w Polsce pobiła zeszłoroczny covidowy szczyt? Przy eurofranku notowanym w pobliżu obecnych poziomów (ok. 1,07) wybicie koronawirusowego szczytu nie grozi nam nawet przy euro po 4,67 zł (to wieloletnie maksimum z marca 2021). Sytuacja się jednak skomplikuje, jeśli kurs EUR/CHF spadnie w okolice 1,05. Wtedy już przy kursie euro rzędu 4,60 zł ryzykujemy nowe maksimum na parze frank-złoty. Bardzo źle robi się dopiero poniżej tej wartości. Wtedy nawet przy złotym mocniejszym niż obecnie cena franka w Polsce ustanowiłaby nowy rekord. Na to się jednak w najbliższym czasie nie zanosi. A przynajmniej nie bez jakiś poważnych zawirowań na rynkach. Z euro tańszym niż 1,05 franka mieliśmy do czynienia jedynie przez kilka miesięcy po pamiętnym „frankogeddnie”.