Słodki mim

Jacek Konikowski
07-09-2007, 07:54

W Świdnicy pomarańcza przyjaźni się z pieprzem, chili konkuruje z sosem katalońskim, a ser pleśniowy rozjaśnia ciemną czekoladę.

Nie znosi stagnacji. Żeby nadać jej szlachetność, wpierw należy ją podgrzać, aby po chwili gwałtownie schłodzić, po czym znowu podgrzać i powtórnie schłodzić. Wtedy dopiero nabiera smaku i aromatu. Ujawnia swą naturę. W przeciwnym razie staje się wyrobem, tabliczką bez nuty fantazji.

Jacek Sikora niemal z dnia na dzień zaczął życie od nowa. W małej czekoladziarni, w małym mieście. Nie żałuje. Dzisiaj jego lokal zna każdy w Świdnicy. W Warszawie o nim mówią. Nawet znajomy z Paryża o nim słyszał.

Nie powinni, bo interes niewielki, manufaktura na kilkunastu metrach kwadratowych w kamienicy przy dworcu kolejowym. Chili konkuruje tu z sosem katalońskim z żółtek i wanilii lub z marcepanem, pomarańcza przyjaźni się z pieprzem, a ser pleśniowy rozjaśnia ciemną czekoladę. Spełnienie marzeń Jacka Sikory, mima, aktora i biznesmena. Mała czekoladziarnia. W małym mieście.

Uciec jak najdalej

Dziadek Jacka Sikory przed wojną prowadził w Łodzi piekarnię. Po wojnie ojciec otworzył w Świdnicy cukiernię. Jak słodkie może być dzieciństwo syna cukiernika?

— Gorzkie, bo nie widzi się ojca całymi dniami. A gdy go widzisz, to przy mące w masce antypyłowej, kaszlącego, z astmą, zgarbionego od pracy. Wtedy cukiernia staje się przekleństwem. Chciałem uciec od niej jak najdalej. W mój świat, w teatr, w pantomimę. W moje młodzieńcze fascynacje — mówi Jacek Sikora.

Artystycznego bakcyla złapał w podstawówce. Pierwsze recytacje, teatrzyki. I pierwsza miłość — teatr. Od ogólniaka wiedział, kim zostanie. Mimem. We Wrocławskim Teatrze Pantomimy na spektaklach Henryka Tomaszewskiego bywał częściej niż w cukierni ojca. Studia medyczne to był pomysł rodziców. Lecz w sercu tliła się wierność do teatru. Kiedy Henryk Tomaszewski ogłosił nabór do swojej szkoły teatralnej, Jacek rzucił medycynę.

— Nie dostałem się. Tomaszewski stwierdził, że choć drewno nie jestem, to wzrost za niski — wspomina Jacek.

Pierwsze łzy i młodzieńcze rozczarowanie. Wtedy sądził, że cierpienie prowadzi ku przeznaczeniu.

We Wrocławiu złapał pociąg do Warszawy. Dostał się do Studia Pantomimy przy Teatrze Żydowskim, jedynej szkoły w Polsce, gdzie uczono pantomimy. Był rok 1988. Czas zdobywania świata.

Pomyślał sobie, dlaczego nie studiować u najlepszych na świecie? Przynajmniej spróbować. Napisał prośbę o przyjęcie do szkoły Marcela Marceau w Paryżu. Po tygodniu przyszedł list z zaproszeniem na egzaminy. Wsiadł do malucha i pojechał do Paryża.

— Tym razem dostałem się bez problemu — mówi Jacek.

Był w swoim żywiole. Oprócz zajęć w szkole Marceau brał lekcje tańca klasycznego u Gerarda Wilka, a nowoczesnego u Matta Mattoksa i Petera Gossa. Chcąc udoskonalić swój kunszt, uczył się innego podejścia do pantomimy w londyńskiej Ecole de Mime Corporel Dramatique, mistrza Étienne’a Decroux, którego uczniem był Marceau.

W klasycznej szkole pantomimy aktor udaje na przykład, że wchodzi po schodach, których nie ma, gestami opisuje otaczającą go przestrzeń, tworzy ją, wiatr, schody, wysiłek fizyczny. Szkoła mistrza Decroux uczy, jak gestami wyrazić to, co dzieje się w środku.

Jacek Sikora pamięta pierwszą improwizację w szkole Marcela Marceau. Mieli pokazać osobę idącą z ciężkimi siatkami po schodach, otwierającą drzwi, wchodzącą do mieszkania, rzucającą torby etc. I pierwszą u Decroux: na scenie stół i krzesło. Na krześle wisi marynarka. I temat: pokazanie człowieka, który myśli.

— Okazuje się, że nie mając warsztatu pantomimicznego, potrafimy zagrać człowieka wchodzącego z zakupami po schodach. Wszystko udaje się pokazać gestami, ale przedstawienie człowieka, który myśli, jest niewykonalne bez dobrego warsztatu. Na nic zdaje się zastyganie w bezruchu, przewracanie oczyma, patrzenie w sufit, wzdychanie, łapanie się za głowę. Prawdziwa sztuka pantomimy polega na ukazywaniu stanów wewnętrznych — uważa Jacek Sikora.

Dorośnij, chłopie

Czuł przez skórę, że Paryż to nie jego miejsce do życia. Wrócił. Do teatru. Nie od razu. Zajrzał do Tomaszewskiego, ale jego sztuki już go nie zachwycały. Prysł dziecięcy zachwyt.

Długo nie mógł znaleźć pracy. Umiejętności nabyte w Paryżu były tak egzotyczne, że nikt nie miał pomysłu, jak je wykorzystać. Na scenie nie chciał występować, bo nie był aktorem w klasycznym tego słowa znaczeniu. Dwa lata pracował jako choreograf.

— Śmieszna praca. Czasem daje mnóstwo satysfakcji, czasem rozczarowuje i raczej dorywcza. Potrafiłem przez trzy dni zarobić półroczną pensję i przez rok szukać jakiegokolwiek zajęcia — opowiada Sikora.

Za to był częstym gościem w szkole aktorskiej. Zaglądał na zajęcia Tadeusza Łomnickiego, asystował przy jego pracy.

— Miałem przekazać jego studentom swoje umiejętności, ale tak naprawdę siedziałem i podpatrywałem wielkiego mistrza — mówi Sikora.

Zachwyt teatrem jakby przygasał. Bo jak długo tak można? Bez etatu, waletując w Dziekance. Na Konfrontacjach Teatralnych zobaczył spektakle „Żywot protopopa Awwakuma” i „Carmina Burana” teatru Gardzienice i nagle wróciła fascynacja teatrem. Na krótko. Z Gardzienicami objechał Irlandię Północną, Anglię i Walię. Jednak spektakle tego teatru to opowieści śpiewne, a czy ktoś słyszał kiedyś o śpiewających mimach?

— Wtedy pomyślałem: chłopie dorośnij, porzuć życie marzeniami, ustabilizuj się. Przestań być chłopcem, a zacznij być mężczyzną — wspomina Sikora.

Dla kogoś, kogo przez życie prowadziły muzy, takie postanowienie staje się życiowym przełomem. Następny dzień Sikora rozpoczął od przejrzenia rubryki z pracą w gazecie. L’Oreal Polska szukał logistyka.

Logistyk z korporacji

Garnitury i krawaty. Wielka zachodnia korporacja. I on, mim. Na rozmowie kwalifikacyjnej.

— Wykorzystałem swój kunszt aktorski, żeby przekonać dyrektorów, że jestem tym, kogo potrzebują. Zagrałem człowieka pewnego siebie. Ukryłem to, że nie wiedziałem nawet, co to jest logistyka. Jedyna jej definicja, jaką znalazłem, odnosiła się do wojskowości. Dlatego starałem się domyślić, jakich odpowiedzi oczekują. Udało mi się. Przyjęli mnie, bo znałem francuski i potrafiłem słuchać — opowiada Sikora.

Został logistykiem. Na krótko, bo korporacja uznała, że lepiej się sprawdzi w szkoleniach. I miała rację.

— Przygotowywaliśmy pokazy, przeglądaliśmy kolekcje. Jechałem do Paryża na sesje zdjęciowe, szukaliśmy modelek, ciekawych miejsc na pokazy, montowaliśmy muzykę. Do tego praca bez nacisku na wynik finansowy. Owszem, mieliśmy budżet, ale nie do zrobienia, lecz do wydania. Miałem racjonalnie wydawać pieniądze. Komfortowa sytuacja. Bezstresowa — uważa Sikora.

Był to najbardziej kreatywny okres w jego życiu. Mimo że aktor, człowiek sztuki scenicznej, Sikora realizował się w korporacji lepiej niż na deskach teatralnych. Świata kawałek zobaczył, bo szkolenia organizowano na każdym niemal kontynencie. Tak minęło siedem lat.

Pewnego dnia wziął ostatnią pensję i oznajmił, że odchodzi. Wszystkich zaskoczył. W korporacji miał stanowisko, spore pieniądze, dobrych szefów, wspaniałych współpracowników. Więc dlaczego?

— Byłem człowiekiem korporacji. Coraz mniej się uczyłem, a bardziej popadałem w rutynę raportów, bilansów i zestawień. Mam naturę długodystansowca, chciałem budować coś, co za 20 lat zyska realną wartość. Raduje mnie samo budowanie. Na tym polega różnica między doskonałą posadą w korporacji a własną firmą. W korporacji nie miałem poczucia, że buduję coś realnego, z czego będę mógł czerpać w przyszłości. Gdy odszedłem, wszystko zostało za mną. Stanąłem na ulicy z niczym. Jakbym wyszedł z kina po obejrzeniu filmu — relacjonuje Sikora.

Powrót do domu

Wszyscy wielcy cukiernicy nie są nimi z wykształcenia. Adam Sowa jest inżynierem, Blikle — doktorem matematyki. Jednak wszyscy wyrośli z tradycji cukierniczych. Więc dla Sikory powrót do Świdnicy nie wydawał się życiową porażką.

— Kiedy odchodziłem z korporacji, nie miałem pomysłu na czekoladziarnię. Przez trzy lata pracowałem w cukierni ojca, ale nie potrafiłem się w niej odnaleźć — mówi Sikora.

Przypadek. Miejscowi cukiernicy jechali na szkolenie do Francji. Sikora znał język. Pojechał jako opiekun. Pewnego dnia znalazł się w maleńkiej czekoladziarni bretońskim miasteczku.

— Była mikroskopijna, pracował w niej jeden człowiek, niski gruby pan w szkłach butelkowych, o zerowym uroku osobistym. Piękne kobiety z powodu jego pralinek robiły do niego maślane oczy, a on bez słów wiedział, które im zapakować. Patrzyłem na to z otwartymi ustami. I szeptałem do siebie: chcę coś takiego robić — wspomina Sikora.

Następnego dnia zgłębiał tajniki wyrobu czekolady. Wrócił do Polski. Pół roku później, w grudniu 2005 r., zamienił cukiernię ojca w czekoladziarnię. Odtąd żył tylko jednym: czekoladą. Nikt, dosłownie, nie wierzył, że mu się uda. Zwłaszcza w małej Świdnicy. Bo kto tu kupi ręcznie robione czekoladki po 150 zł za kilogram?

— Zrobiłem rozeznanie rynku. Największe firmy cukiernicze zatrudniające po kilkaset osób sprzedawały po kilka kilogramów czekoladek miesięcznie. Wyliczyłem, że obrotu zrobię jakieś tysiąc złotych miesięcznie. Czyli, że po kilku miesiącach pójdę na dno — mówi Sikora.

Popyt na praliny był kiepski. Dlaczego, skoro we Francji czy Belgii idą jak woda?

— Bo nikt nie wykreował na nie popytu w Polsce. Kiedyś komórka była u nas abstrakcją, dzisiaj mają je dzieci, to samo z ręcznie robionymi pralinami — uważa Sikora.

W kreowaniu mody na praliny pomogła mu Świdnica. W Warszawie czy Wrocławiu nikt by jej nie zauważył, w Świdnicy stała się miejską ciekawostką, wręcz ikoną miasta. Joanna Lampacka w „Skarbach Dolnego Śląska” w rozdziale poświęconym Świdnicy pisze o manufakturze Sikory.

Wyjście z cienia

Siedzimy przy filiżance czekolady przy ulicy Komunardów. W nosie kręci od aromatów. Wzrok przykuwają praliny w eleganckich tekturowych pudełkach: z chili, truskawkami, rumem, bakaliami lub czereśniami z żurawiną oraz z makiem. Ekscentryczne smaki wodzą na pokuszenie. Niepozorna z wyglądu, diamentowa Diablo zaskakuje połączeniem czekolady i chili (choć nie powinna, bo napoje czekoladowe Indian nigdy nie były słodkie, zawsze z dodatkiem ostrych przypraw). Prostokątne Desperado zdają się jeszcze większym szaleństwem — połączenie czekolady z serem pleśniowym. Wszystkie ręcznie robione. Z belgijskiej czekolady. Na zapleczu. Tam temperuje się czekoladę: podgrzewa masę do 46 stopni, po czym schładza na granitowym blacie do 27 i znów podgrzewa do 32. Żmudny proces, ale właśnie jemu pralinki zawdzięczają gładkość, kruchość i połysk. I zawsze z kakaowego tłuszczu. Dodatek jakiegokolwiek innego dyskwalifikuje prawdziwą czekoladę. Dlatego o jej jakości świadczy nie zawartość kakao, lecz tłuszczu kakaowego. W białej nie ma w ogóle kakao, a mimo to jest czekoladą, gdy robiona jest na bazie tłuszczu kakaowego. Gotową masę wlewa się do foremek. Tajemnic jest więcej. Sikora wszystkiego nie powie.

— Zaczynałem od małego pomieszczenia i jednej osoby. Dzisiaj zatrudniam siedem. Produkuję na 12 metrach, wkrótce na 500. Dwie czekoladziarnie działają we Wrocławiu, jedna w Szczecinie i od niedawna w Jeleniej Górze, otwiera się Poznań. Wszystkie jako franczyzy — mówi Sikora.

Produkuje kilkaset kilogramów pralinek miesięcznie. Dwa lata temu najwięksi produkowali raptem kilka.

Degustujemy czekoladki, jedna po drugiej. Feeria smaków. Na krótko. Bo prawdziwe praliny są jak perfumy, druga, trzecia i zmysły tracą ostrość. Po kolejnym Desperados przychodzą refleksje, że życie jest równie zaskakujące i paradoksalne jak jej smak. Sikora chciał podbić wielki świat. Nie udało się. Wrócił do Świdnicy, do cukierni, z której w młodości chciał się wyrwać. I nagle okazuje się, że stał się znany. Zaistniał. Ma nawet własny program telewizyjny „Słodki drań”.

— Dzięki magii czekolady. Wierzę, że ona zmieniła moje życie — przyznaje Jacek Sikora.

Może dlatego, że czekolada nie znosi słońca, a drzewa kakaowca długo muszą rosnąć w cieniu innych, zanim wydadzą owoce.

Jacek Konikowski (Puls Biznesu wyd. 2429, s. 30)

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Konikowski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Kariera / / Słodki mim