Czytasz dzięki

Sprzedawca w roli ambasadora

opublikowano: 22-03-2020, 22:00

Odzieżówka stanęła przed trudnym wyzwaniem. Jak radzono sobie z nim w Azji? Ekspert z Divante dzieli się doświadczeniami tamtejszych firm

Możecie organizować streamingową prezentację ubrań, pokaz mody online, modowe konsultacje na czacie — to tylko kilka porad polskiej firmy Divante dla branży odzieżowej na przetrwanie trudnego okresu pandemii. Działająca na kilku kontynentach polska spółka wspiera firmy w rozwijaniu skrzydeł w handlu elektronicznym. Klientów ma też w Azji, gdzie handel detaliczny — inny niż sklepy spożywcze i apteki — jako pierwszy zmierzył się z osłabieniem sprzedaży wynikającym z pandemii koronawirusa.

— Naturalną reakcją ludzi w obliczu kryzysu jest zakup artykułów pierwszej potrzeby: żywności i leków. Nikt nie myśli o zakupie wiosennej kurtki lub butów, ale jest to okres przejściowy — prognozuje Tomasz Karwatka, prezes Divante, firmy wspierającej handel detaliczny w internecie.

Dodaje, że w Chinach i Hongkongu sprzedaż spadła odpowiednio o 50 i 10 proc. Najbardziej jego zdaniem narażona na straty branża odzieżowa ma jednak szanse na przezwyciężenie trudności. Antidotum jest aktywna działalność w internecie.

— Na przykładzie Chin widzimy, że po pierwszym uderzeniu i spadku sprzedaży niemal we wszystkich branżach, przychodzi czas pewnej stabilizacji i robienia zakupów, w tym także odzieżowych. Konsumenci uzmysławiają sobie własne mniej podstawowe potrzeby. Nie mogą pójść do sklepu, zakupy przenoszą się więc do internetu — mówi Tomasz Karwatka.

Ocenia, że tak zwana faza zakupowa następuje po dwóch, trzech tygodniach od rozpoczęcia kwarantanny.

— Myślę, że w przypadku Polski czeka nas to dopiero za dwa tygodnie, bo obecny tydzień uważam za pierwsze siedem dni szoku, kiedy dociera do nas, że wszystko jest zamknięte, a większość firm pracuje zdalnie — mówi Tomasz Karwatka.

W jaki sposób dać znać w internecie, że firma istnieje?

— Azjatyckie firmy wykorzystały potencjał swoich pracowników, którzy ze względu na zamknięte sklepy zostali w domu, bez pracy. W modelu azjatyckim pracownicy stają się ambasadorami marki. Na własnych social mediach wrzucają informacje o marce i zachęcają do zapoznania się z jej ofertą. Nie jest to jednak agresywny marketing. Nazwałbym to szczerymi, nienachalnymi postami, w których pracownik — prywatnie twój znajomy — informuje, że ze względu na koronawirusa nie może pracować, ale sklep wciąż ma ubrania w sprzedaży, więc jeśli chcesz, możesz tu zajrzeć. Myślę, że tego rodzaju szczery apel zadziała o wiele lepiej niż bezosobowe marketingowe narzędzia — uważa prezes Divante.

Dodaje, że marki wzorem branży gamingowej mogą sprzedawać „preordery”, czyli projekty ubrań, których nie ma jeszcze fizycznie w magazynach, ale pojawią się już wkrótce. Klient w takim wypadku poza pierwszeństwem zakupu ma też nieco niższą cenę, a przedsiębiorstwo zapewnia sobie płynność finansową. Co w przypadku sklepów, które nie mają sklepów online?

— Te dwa tygodnie wykorzystałbym na ich stworzenie. Nawet jeżeli nie działają jeszcze w internecie, mogą w szybki sposób, za małe pieniądze, stworzyć prostą stronę online i wrzucić własnoręcznie zrobione zdjęcia produktów. Polacy są solidarni, jeżeli będą wiedzieć, że sklep z ich sąsiedztwa walczy o przetrwanie, to nawet jeżeli niczego nie kupią, podzielą się tą informacją ze swoimi znajomymi — uważa Tomasz Karwatka.

W trosce o morale pracowników, którzy z dnia na dzień zostali pozbawieni zajęcia, sugeruje, aby pracodawca znalazł im zastępcze. Proponuje przekształcenie sklepów stacjonarnych w centra logistyczne, a sprzedawców w dostawców, którzy w czasie kwarantanny mogą dostarczać ubrania z półek sklepowych do klientów.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Dominika Masajło

Polecane