Andrzej Duda bardzo nie lubi, gdy jego macierzysta partia bez uzgodnienia stawia go pod terminową ścianą i oczekuje podpisu natychmiast. W absolutnej większości wypadków jednak okazuje się wiernym wychowankiem i usługę podpisową dla PiS wykonuje przed czasem. Nie wolno oczywiście zapominać, że mniej więcej raz na rok robi partyjnym kolegom zaskakujący kawał wetowy, a nawet trybunalski. Pakiet ustaw, ukończonych przez Sejm w miniony czwartek, potraktowany został jednak bez niespodzianki ekspresowo. Wpłynęły do kancelarii w piątek 10 marca, na weekend Andrzej Duda poleciał do Krakowa, zaś po powrocie od razu w poniedziałek 13 marca podpisał cztery najpilniejsze. Jedna to bardzo oczekiwana wiatrakowa, ustalająca 700 metrów jako minimum odległości nowych siłowni od zabudowań, inną zaś jest obszerna nowelizacja kodeksu wyborczego. Notabene informacja o podpisach została z niepojętych powodów przetrzymana i upowszechniona dopiero we wtorek.
Dla kodeksu pilność podpisu, której będzie towarzyszyła publikacja w Dzienniku Ustaw lada godzina, jest ważna kalendarzowo. Nowelizacja co do zasady – poza niektórymi przepisami technicznymi – wejdzie w życie po upływie 14 dni od ogłoszenia, czyli mniej więcej w… prima aprilis. Kalendarz wyborczy wystartuje formalnie najpóźniej 14 sierpnia 2023 r., do tegoż dnia prezydent musi wydać postanowienie o zarządzeniu wyborów do Sejmu i Senatu. Niemal na pewno wybierze datę 15 października, minimalne jest prawdopodobieństwo następnej niedzieli – 22. Zgodnie z linią orzecznictwa TK z lat 2006, 2009 i 2011 – istotne zmiany w prawie wyborczym mogą wchodzić w życie najpóźniej pół roku przed wyborami, przy czym nakaz legislacyjnej ciszy dotyczy startu kampanii, a nie dnia wrzucania głosów do urn. Jakkolwiek by liczyć – nowelizacja powinna wejść w życie najpóźniej 14 lutego, zatem niekonstytucyjne spóźnienie wyniesie mniej więcej półtora miesiąca.
Władcy bronią tezy, że wszystko jest w porządku, ponieważ TK ustalił półroczny bufor dla „istotnych” zmian reguł wyborczych, a obecne takie nie są. Nowelizacja rzeczywiście nie dotyka tematów ważnych dla samej klasy politycznej, takich jak np. przeliczanie głosów do Sejmu na mandaty, progi wyborcze, granice okręgów do Sejmu i Senatu, konstrukcja list sejmowych etc. Ustawa jest jednak ogromna, wprowadza wiele zmian dotyczących żywotnych interesów podmiotu absolutnie najważniejszego, czyli nas – wyborców. Widocznie władcy uznali, że 30-milionowy elektorat nie jest podmiotem konstytucyjnie „istotnym” i może być traktowany przedmiotowo.
Właśnie kalendarzowy spór zdominował kodeksowe starcie między Sejmem a Senatem. Opanowana przez opozycję druga izba odrzuciła nowelizację z definicji jako spóźnioną, w ogóle nie wchodząc w jej ogromne meritum, natomiast pierwsza w rewanżu odrzuciła odrzucenie także bez jakiejkolwiek dyskusji. Taki przebieg rozgrywki wykluczył nawet hipotetyczne poprawienie kodeksu, w którym znajdują się przepisy oczywiście niekonstytucyjne – choćby dyskryminacja Polaków w dostępie do głosowania korespondencyjnego w zależności od wieku (progiem jest 60 lat) czy demograficzna nieproporcjonalność okręgów do Sejmu, przecież wybory do tej izby zgodnie z Konstytucją RP muszą być proporcjonalne (do Senatu nie). Paradoks polega na tym, że forsując kodeksowe zmiany w ekspresowym tempie PiS popełniło grzech… zaniechania i w ogóle nie tknęło kilku dawnych przepisów błędnych, których poprawienie byłoby dla interesów rządzącej partii niekorzystne.

