Aby propozycje przedstawione w środę na forum Parlamentu Europejskiego przez Ursulę von der Leyen, przewodniczącą KE, stały się wspólnotowym prawem – muszą zostać przyjęte jednomyślnie przez rządy 27 państw członkowskich. Wersja wyjściowa absolutnie się takiej zgody nie doczeka, dosłownie od pierwszych godzin rozpoczął się w różnych unijnych stolicach festiwal zgłaszania zastrzeżeń oraz wniosków o rozłożenie restrykcji w czasie. Najłatwiej przychodzi oczywiście zgodne nakładanie sankcji personalnych na wysokich funkcjonariuszy kremlowskiego reżimu, wojskowych oraz np. na postać tak szkodliwą, jak moskiewski patriarcha Cyryl, który idąc na pasku Kremla błogosławi w cerkwi zbrodnie wojenne w imię wartości chrześcijańskich. Państwa UE bardzo chętnie zakażą także emisji na obszarze wspólnoty dużym rosyjskim nadawcom.
Schody ostro pod górę zaczynają się natomiast przy uzgadnianiu odcinania się od rosyjskich dostaw surowców energetycznych. KE zaproponowała całkowity zakaz importu ropy – w ciągu pół roku surowej, a do końca 2022 r. produktów rafinowanych. Wspólnota sprowadza z Rosji około 25 proc. zużywanej ropy naftowej, oczywiście z rozbiciu na państwa ten wskaźnik wychodzi bardzo różnie. UE miałaby wyeliminować wraże węglowodory w sposób uporządkowany, który pozwoliłby zabezpieczyć alternatywne trasy dostaw i zminimalizować wpływ embarga na światowe rynki. Państwa najbardziej uzależnione – do których należą m.in. nasi partnerzy wyszehradzcy, Węgry i Słowacja – uznają jednak krótki kalendarz za nierealizowalny i od razu żądają przedłużenia dla nich terminów przynajmniej do końca 2023. Zarzucają projektowi KE, że energetyczny odwrót niby uporządkowany może przekształcić się w powtórkę militarnej ewakuacji Zachodu z Afganistanu. Zwracają także uwagę na radykalną różnicę w sytuacji państw wielkich i oddalonych od Rosji oraz małych, położonych bardzo blisko i do tego pozbawionych dostępu do morza, co jest okolicznością o ogromnym znaczeniu.

Rząd Polski pozycjonuje się na lidera sankcyjnego frontu, ale również mamy miękkie podbrzusze, które chronimy. Tym wątkiem bardzo niewygodnym wizerunkowo jest kupowanie rosyjskiego LPG. Przy niedawnej nowelizacji ustawy PiS nie dopuściło do wpisania tego paliwa na czarną antyrosyjską listę. Wiadomo przecież, że LPG zasila samochody, a także służy w gospodarstwach domowych wszędzie tam, gdzie nie dociera gaz sieciowy. Tylko około 20 proc. LPG produkujemy w kraju, natomiast 65 proc. importujemy z Rosji. Wyeliminowanie tego źródła potrwa miesiące lub wręcz lata — dopiero wtedy dopisanie LPG do ustawy stanie się realne. W obecnej sytuacji rynkowej zaprzestanie importu uderzyłoby w kilka milionów odbiorców. Dlatego Polska zasila i będzie jeszcze zasilała płatnościami Kreml, na szczęście nie rublami. Stanowisko unijnych rządów – w tym także polskiego – potwierdza, że w kwestii sankcji energetycznych państwa w pierwszej kolejności kierują się oczywiście interesami własnych obywateli. W sektorze gazu dla gabinetu niemieckiego jest przynajmniej bardzo trudne zaprzestanie odbioru gazu ziemnego bałtyckimi rurami Nord Stream 1, zaś dla polskiego — sprowadzania skroplonego LPG. Jedyną różnicą jest skala finansowa, za płatności niemieckie kremlowski agresor może sfinansować oczywiście wielokrotnie więcej śmiercionośnego arsenału, niż za polskie.
