Tata w Malmie

Wojciech Surmacz
opublikowano: 20-02-2004, 00:00

Francuska pasja, włoska gorączka i polska ambicja. Tak potężny ładunek emocjonalny rozsadza od środka prezesa Marbota! Po dziecku numer 3 musiał pójść na całość...

W Malborku piętnastostopniowy mróz mocno szczypał w nos. Ze skromnego biurowca szybkim truchtem do fabryki. Na twarzy Rajmunda Fortuny, wiceprezesa zarządu Malmy, błąkał się uśmieszek:

— Pan pytał, czy się nie boję, że Marbot sprzeda firmę? Na pewno nie! — rzucił przez ramię.

— Co Pan taki pewny?

— Panie, przecież on tak kocha makaron, że sobie makaroniarnię kupił. W życiu tego nie sprzeda! Zapraszam do środka…

Produkt kultury

Włoski dziennik „Corriere della Sera” z 19 października 2003 roku: Luigi Veronelli — kulinarna wyrocznia Włoch — poświęca felieton polskiemu makaronowi Malma. Kserokopia tekstu — wszystko po włosku, ciężko zrozumieć. Michel Marbot, właściciel i prezes spółki Malma, przekonuje, że Veronelli wynosi jego pastę pod niebiosa. Aż trudno uwierzyć — Włoch wychwala polskie kluski? Coś tu nie gra. Marbot się zarzeka, że nie wywierał wpływu na dziennikarza — stary wyga, 40 lat w zawodzie, nie było szans.

Dom Francuza, na Starym Żoliborzu Oficerskim w Warszawie. Jadalnia, solidny stół, sześć krzeseł, dwa nakrycia. Gosposia pyta, czy podać bulion czy może zupę cytrynową. Pan Marbot chce bulion.

— Jaki makaron Pan produkuje: polski, włoski czy francuski?

— Voila! To jest polski, zdecydowanie! Ale to makaron, który należy do najszlachetniejszy tradycja neapolitańska — gorący bulion tonie w żołądku prezesa.

Do stołu podchodzi młodzieniec koło dwudziestki. Przedstawia się (po polsku): Jacques Marbot. Krótka wymiana zdań (po francusku), ojciec daje 50 zł.

— Trochę Pan ma wydatków…

Jakby nie słyszał, z uśmiechem na twarzy, kontynuuje o swoich makaronach. Kupuje od niego sam Don Alfonso (Alfonso Iaccarino) — najlepszy szef kuchni południowych Włoch. Sprzedaje też Alainowi Ducasse z Paryża, nominowanemu w tym roku przez amerykańską prasę do tytułu najlepszego kucharza na świecie!

Mówi, że jego firma chce być najlepsza jakościowo. Dlatego do produkcji makaronów używa najlepszej na świecie pszenicy durum — z Kanady. Europa Zachodnia i Ameryka Północna to rynki docelowe.

Na stole ląduje drugie danie: krwista polędwica w sosie winnym, do tego „wstążki Ani”. Prezes Marbot proponuje czerwone wino.

— Według „Newsweeka” (nr 17/03), kilka miesięcy po wejściu do Unii na polskim rynku makaronów może się zwolnić obszar wart nawet 200 mln zł rocznie — wyeliminowani zostaną drobni wytwórcy. Kto zajmie ich miejsce?

— Oczywiście, my się też nastawiamy, jak najbardziej. Polska się robi coraz bardziej otwarta, nowoczesna… Nasi konsumenci za 10 lat nie będą jeść makaron z miękkiej pszenicy. Mogę wziąć jako przykład rynek niemiecki, na którym jeszcze 30 lat temu 60 proc. makarony produkowano z miękkiej pszenicy — jak w Polsce. A teraz wszystko mają z twardej semoliny. My jako producent spróbujemy rozwijać ten segment — makaron po neapolitańsku. Ale trzymamy też duży noga w tradycja polska, robiąc makaron jajeczny (6 świeżych jaj) i pierogi świeżych. Czy pan próbował nasze pierogi?

— Nie.

— Pierogi są dobry… — popijając trunek, bierze telefon — wystukuje numer pomocy domowej.

— Allo! Pan Lucjan? Pan Lucjan, czy mógłby Pan teraz kupić i przyniesieć do domu pierogi? Allo! Paczka ruskie z Malma! — zamawia.

Nie mija kwadrans i na stole ląduje półmisek z gorącymi pierogami. Pycha.

— Pan wybrał jednak makaron, jako…

— Też jako produkt kultury. Nigdy się nie zastanawiałem, jak zarobić milion dolarów, zawsze myślałem jaki produkt, który mi się podoba, mogę robić dobrze. Pierogi są typowe danie, które Polska wniesie do Unii. Wie pan, Europa to kontynent smaków — edukuje swobodny prezes.

Deser — miseczka wybornych czereśni w kompocie. Obłęd. Uroczy Michel Marbot nie milknie. Klaruje, że kiedy człowiek pochodzi z zagranicy i mieszka w Polsce, to ma zawsze wolę budowy mostu ze światem. Dla niego to bardzo ważne.

— Kupując Malbork, nigdy nie myślałem, że będę działać tylko na północ Polski, potem sprzedać firmę, kupić Mercedesa i tak sobie żyć. Od początku chciałem zbudować most z tego Malborku do Nowego Jorku. Dobrze? — uśmiech nawet na moment nie znika z jego twarzy.

Obiad się skończył.

Fabryka papy

To była pierwsza prywatyzacja kapitałowa w Polsce. 21 kwietnia 1991 roku podpisano umowę kupna-sprzedaży. Zakład wyceniono na 24 mld starych zł, Michel Marbot nie mógł ponoć dać więcej niż 13 miliardów. W końcu wspólnie z żoną Anną zapłacili miastu za malborską makaroniarnię 1,25 mln USD, ponadto zobowiązali się do utrzymania zatrudnienia i zainwestowania 10 mln USD w ciągu 2 lat. Pieniądze na zakup i modernizację pochodziły z pożyczek udzielonych przez: Credit Lyonnais Investment, Wspólnotę Europejską, Bank Handlowy, Bank Gospodarki Żywnościowej, Credit National i Fundusz Europejski. Prezes Marbot wspomina, że na wyjazd do Polski i produkcję makaronu namówił go śp. Jerzy Turowicz, naczelny „Tygodnika Powszechnego”. Przyjeżdżał, do greckiej rezydencji Marbota, odpoczywać po obradach Okrągłego Stołu. Nie mniejsze zasługi ma też ponoć teściowa — Helena Alberta Mauberg z domu Potocka (córka Romana Potockiego).

W poznawaniu polskich realiów pomagali mu kuzyni żony: Henryk Woźniakowski, minister w rządzie Mazowieckiego, prezes wydawnictwa „Znak” (członek rady nadzorczej Malmy), oraz Krzysztof Zanussi. Tygodnik „Profit” (nr 04/02) skomentował to tak: salonowe kontakty otwierały Marbotom drzwi gabinetów polityków i biznesmenów.

— Pomagałem, bo po pierwsze był mężem mojej kuzynki, a po wtóre, Polska u progu przekształceń własnościowych potrzebowała menedżerów z know-how i kontaktami — tłumaczył się „Profitowi” Woźniakowski.

Michel Marbot już na wejściu zapewnił sobie rozgłos. W otwarciu zmodernizowanej fabryki uczestniczyła Danuta Wałęsowa. Prezydentowa została matką chrzestną nowo powstałej firmy o nazwie… Danuta SA. W mediach zawrzało — pojawiły się pogłoski, że Wałęsowie mają udziały w spółce Marbotów. Ale ani prezydent, ani prezes publicznie nie odpierali ataków.

Prezes Marbot uważał, że tylko winni się tłumaczą, więc milczał. Dzisiaj wyjaśnia, że nazwał spółkę Danuta, bo to najbardziej polskie imię kobiece, jakie zna i łatwo się wymawia. Nigdy nie miał nic wspólnego z rodziną prezydenta Lecha Wałęsy, chociaż bardzo go szanuje. I dodaje, że wtedy w uroczystym przecięciu wstęgi wzięła udział jeszcze jedna osoba o bardzo znanym nazwisku. Nie, nie ma na myśli Jana Krzysztofa Bieleckiego, ówczesnego premiera, który też był. Chodzi o Philipe’a de Gaulle’a, syna Charles’a de Gaulle’a. Pan Marbot imieniem sławnego generała nazwał malborski zakład.

— Pytałem moje robotników, jak będziemy nazywać ten nowy budynek? Oni mówili: pan jest Francuzem, niech będzie de Gaulle! Zadzwoniłem do ojca i zapytałem: czy to możliwe? On mówi: nie ma mowy, de Gaulle napisał w testamencie, że nie wolno dawać jego nazwisko w żaden interes prywatny! — wspomina Francuz.

Ale po wielu staraniach zaprzyjaźniona z Marbotami rodzina de Gaulle’ów — w drodze wyjątku — udzieliła pozwolenia. Philipe de Gaulle do dzisiaj śle listy Michelowi Marbotowi z zapytaniem: „Jak tam fabryka papy?”

Dwa lata po inwestycji w Malborku, w ramach Danuty, Marbotowie wykupili zakłady zbożowe we Wrocławiu. W tym czasie zainwestowali w Polsce w sumie 25 mln USD. W 1995 roku do spółki dołączył włoski potentat makaronowy Barilla, ale w rękach polsko-francuskiego małżeństwa pozostał pakiet większościowy: 57 proc. Marbotowie, 37 proc. Barilla i 6 proc. Credit Lyonnais („Rzeczpospolita” z 6.09.1995 r.). W roku 1996 Michel Marbot posiadał już spółki w St. Petersburgu, Orenburgu, Pradze i udziały w dużym młynie na granicy Rosji z Kazachstanem.

Szorstkie zakusy

26 stycznia 2004 r. (cztery dni po wizycie w domu prezesa Malmy) w Malborku. Na dworcu PKP czekał kierowca, odbierał Serge’a Racha, dyrektora generalnego Malmy od czterech miesięcy.

W samochodzie zaczyna się rozmowa:

— Pan zdaje się z innej branży?

— Tak. Ale pracowałem większy czas moje życze profesjonalne na food. Oszem lat w Unilever. Najpierw w Europie — Hamburgu, Madrytu. To było Magnum, Solero, Calippo. Potem, kiedy był duże możliwości dla młody ludzi w starym DDR, miałem swój mały region koło Rostock. To był duży sukces i w lat ‘92 zaproponowano mi, czy nie chcę robicz taki market dla Algida w Warszawie. I tak pracowałem dla Algida do lat ’95, potem bardzo krótko w Eastbridge… — samochód wjechał do Malmy.

Spory plac. Vis-á-vis bramy wjazdowej, nowy zakład produkcyjny — średniej wielkości. Na lewo cztery maszty z zaciągniętymi flagami w barwach: Polski, Francji, Włoch i Unii Europejskiej. Po prawej biurowiec (PRL-owski prostokąt). Szybko do środka, bo zimno. W budynku oszczędnie, schludnie. Powitała nas przesympatyczna Alina Żołnierkiewicz, asystentka prezesa Marbota. Pracuje tu już 10 lat. Dojeżdża z Gdańska — jakoś się przyzwyczaiła.

— Podobno był pan u prezesa w domu? Widział pan jego córeczki? — pyta zatroskana.

— Niestety nie.

— Wielka szkoda, są przeurocze! Żeby pan widział, jak one się cudownie bawią, jak się sobą zajmują, opiekują, jakie są samodzielne… No coś niesamowitego! — pani Alina nie może wyjść z zachwytu.

W pokoiku pani Żołnierkiewicz Serge Rach oczekiwał na dalsze pytania (nie ma zbyt wiele czasu — zaraz będzie negocjował z Metro AG).

— Michel Marbot zatrudnił Pana, żeby zawojować rynek niemiecki?

— No najpierw jestem Niemcem. Pracowałem i żyłem w Niemiec. Znam tam dobrze ludzi. Rynek niemiecki jest blisko, kultura jest blisko. Niedawno byliszmy w Berlinie i okazało szę, że polskie „pirogen” są tam znane, bardzo dobre. Mamy fabryka pierogów we Wrocławiu i kiedy będzie otwarta granica, to będzie szybszy do Berlina niż do Warszawy — dyrektor Rach musi kończyć.

— Dlaczego się Pan zdecydował na pracę w Malmie?

— Ze względu olbrzymi potencjał firmy, no i właszczyczel. Podziwia jego makaronowa pasja, wizje, konsekwencja. Jest mocny! — kadzi Rach.

Po rozmowie ze świeżym dyrektorem przyszła pora na najbardziej doświadczonego szefa w Malmie. Rajmund Fortuna, wiceprezes zarządu, pracuje tu od ponad 35 lat! Opowiedział historię firmy. Wytwórnię uruchomiono w 1962 roku. Najpierw halę z 4 liniami, potem w latach 70. zainstalowano kolejne 3 linie i wówczas zakład stał się największym tego typu w Polsce. Od 1975 r. makaroniarnia podlegała Wojewódzkiemu Przedsiębiorstwu Przemysłu Zbożowo-Młynarskiego w Elblągu. W roku 1989 zyskała pełną samodzielność, potem nastał Marbot…

— Zachowywał się jak typowy, zachodni kapitalista?

— Nie, nie… To było wejście bardzo przyjazne, ale z precyzyjnie zarysowanym planem dalszego rozwoju. Już wtedy wiedzieliśmy, że nie będziemy robić byle czego — prezes trochę się krępuje.

Zapytany o błędy Michela Marbota, ociąga się, wreszcie cedzi, że wybrana strategia była trudna w realizacji. Bo nie jest łatwo produkować dobry, drogi makaron, kiedy obywatele są biedni.

— Życie nie jest łatwe — rozluźnia się Rajmund Fortuna.

— A gdyby tu nagle w przyszłości pojawili się Włosi i chcieli kupić fabrykę…

— Nic z tego!

— Skąd ta stanowczość?

— Stąd, że myśmy przez pewien czas współpracowali z Barillą.

— I mieli zakusy, żeby kupić Malmę?

— Oj! Mieli, mieli.

Do fabryki. Wewnątrz szwajcarskie maszyny sterowane komputerowo. Dwie potężne linie produkcyjne. Krótko: wielkie rury, z których na końcu wylatuje makaron.

Co za chłopiec

Michel Marbot urodził się 29 października 1957 r. we Włoszech. Jego ojciec był Francuzem pochodzenia greckiego, urodzonym w Libanie — pochodził z rodziny oficerów. W czasach II wojny światowej jako 17-letni chłopiec blisko współpracował z Charles’em de Gaulle’em. Potem długo był dyrektorem wielkiej firmy francuskiej we Włoszech. Ponoć uwielbiał klimat śródziemnomorski. Jego matka jest w połowie Greczynką, ale wywodzi się z rodziny bardzo francuskiej — z Normandii. Sam Michel Marbot uważa się za Francuza żyjącego w Polsce na modłę neapolitańską. „Newsweek Polska” (nr 17/03) napisał o nim: „z wykształcenia historyk, z zawodu bankowiec, z zamiłowania kucharz (…)”.

— Bo ja jestem z edukacji historyk, prawo i nauki polityczne. To mi pozwoliło iść do administracja francuska. Tam w pewnym momencie pracowałem w gabinecie ministra handlu zagranicznego. Miałem 22 lata i to był bardzo dobry punkt obserwacji. Pilnowaliśmy wszystkie kontrakty powyżej 100 mln USD, którzy podpisywali eksporterzy francuscy co potrzebowali pomocy rządu. Poznałem bardzo szybko największych szefów przemysłu francuskiego i potem pracowałem w Renault. Tam robiłem w auditingu — wspomina z przejęciem prezes Malmy.

Z Renault wszedł w świat czysto finansowy — do Credit Commercial de France. Tam otrzymał posadę szefa greckiego oddziału.

— Nasz bank miał duże problemy w Grecji, a ja miałem tam fantastyczne kontakty. Wysłano mnie, bym je wykorzystał. To była dobra misja, dużo sukcesów! — podkreśla pan Marbot.

Następnym krokiem w jego karierze była prywatyzacja wytwórni makaronu w Malborku. Pracownicy, którzy go wtedy zobaczyli po raz pierwszy, do dzisiaj go nie rozgryźli.

— Myślałam sobie: co za chłopiec? On chce kupić nasz zakład? Nie wierzyłam! Ale kupił. Najgorsze, że minęło 12 lat, a on się wcale nie zmienia! Cały czas taki młody i obrotny. Ciągle gdzieś jeździ, lata, zmienia, kupuje. Jak tak można?! To chyba adrenalina, bo nie wiem, jak to inaczej nazwać? Ale jemu to w końcu wyjdzie bokiem, musi wyjść. To jest niemożliwe! — stara pracownica malborskiej Malmy nie może wyjść z podziwu.

Michel Marbot nie zaprzecza i mówi, że dzięki Bogu ma zdrowie, a trzeba mieć go bardzo dużo, żeby robić tak dobry makaron jak Malma. Opowiada, że na początku, przez pierwszy rok, spędzał w polskich pociągach po 3 dni pod rząd i musiał jeszcze pracować, dobrze się czuć.

— A trzy nocy w PKP to nie jest łatwo! Chociaż to dobra reklama dla nich, że jednak można wytrzymać — śmieje się prezes Marbot.

Prowadzi dosyć regularny tryb życia — wcześnie kładzie się spać, by wstać zawsze wypoczętym. Dba również o dyscyplinę w jedzeniu. Nie je byle czego, zachowuje smak do testowania pożywienia.

— Na przykład mam jedna dyscyplina, że rano nic nie jem — w ogóle. Obiad to moja pierwsza jedzenia dnia. I muszę to trzymać, bo jeżeli nie, to byłbym gruby i stary. Ha, ha, ha! Pracuję w żywności, muszę cały czas próbować te makarony, różne sosy… Poza tym makaron nie tuczy! — zaznacza.

Nic z tego

W maju 1997 roku znowu zaszumiało w mediach za sprawą Michela Marbota. Lubelski makaron Ekstra — produkowany przez Przedsiębiorstwa Przemysłu Zbożowo-Młynarskiego PZZ Lublin (spółka akcyjna zarządzana wówczas przez V NFI) wyróżniono godłem „Teraz Polska”. Jak to możliwe, że uhonorowano makaron (główny konkurent Malmy) jakościowo dużo gorszy od mojego! — grzmiał rozwścieczony Marbot („Rzeczpospolita” z 15.05.1997 r.).

Tak rozpoczęła się era „wojen makaronowych” na polskim rynku, których echa pobrzmiewają do dzisiaj. Prezes Marbot długo walczył o cofnięcie PZZ Lublin praw do używania „przeklętego” godła. Kiedy interwencje w urzędach nie dawały skutków, wystąpił na drogę sądową.

W marcu 1998 r. spółka Danuta złożyła pozew w Sądzie Wojewódzkim w Lublinie: oskarżyła lubelskie zakłady PZZ Lublin o niezgodne z prawdą oznaczanie produkowanych w Lublinie makaronów Ekstra i nieuczciwą konkurencję. Danuta domagała się 1 mln zł odszkodowania. PZZ Lublin nie pozostały dłużne — wniosły o oddalenie powództwa, złożyły pozew wzajemny, domagając się 100 tys. zł odszkodowania („Rzeczpospolita” z 1998.03.27.). Malborski producent zarzucał lubelskiemu, że makaron Ekstra nie jest produkowany w 100 proc. z semoliny (informacja z opakowania). Miał na to dowody — niezależne ekspertyzy.

Makaroniarze z Lublina odbili piłeczkę: „makaron jajeczny z Malborka nie jest produkowany ze świeżych jaj (informacja z opakowania), tylko z chłodzonej masy jajecznej” — doszli do tego drogą dedukcji. Poza tym zrobili badania i wyszło im, że w makaronie Malma znajduje się za dużo pierwiastków metali ciężkich.

Tego było już za wiele! W ferworze walki Michel Marbot wystąpił do sądu z wnioskiem o aresztowanie makaronu Ekstra w celu zabezpieczenia dowodów przestępstwa! W tym czasie urzędowe podjazdy Danuty akurat przyniosły efekty: 29 września 1998 r. makaron lubelski Ekstra stracił godło „Teraz Polska” („Rzeczpospolita” z 1998.09.30). Niestety niełatwo znaleźć gdziekolwiek informacje o finale sporu w sądzie. Sam prezes Marbot — pytany, jak to się skończyło — odpowiada lekko poirytowany:

— No tak to się skończyło, że nic z tego nie wyszło. Taki proces mógł trwać nawet 15 lat, a oni zmienili recepturę i zdjęli informację, że robią makaron ze 100-proc. semoliny — durum. To była nieprawda! Nie można oszukiwać konsumenta! To jest niemożliwe!

Po drugiej stronie barykady też trudno o konkrety.

— Pamiętam, że po tym całym zamieszaniu Tomasz Towpik, jeszcze za prezesury w lubelskiej wytwórni makaronów, prezentującej się już jako Lubella SA, chciał się z Marbotem dogadać, spotkać i wspólnie działać przeciw innym nieuczciwym producentom, którzy farbowali makaron. Ale Marbot zignorował go. To wszystko — relacjonuje były pracownik Lubelli.

Tomasz Towpik, obecnie prezes Lentexu, raczej niechętnie wspomina tamte czasy.

— Na temat pana Marbota? Spotkałem go tylko raz. Trwało to krótko. Bardzo powierzchowny kontakt, nie chciałbym się wypowiadać — ucina.

W marcu 2003 r. 75 proc. akcji spółki Lubella SA zakupił wadowicki Maspex. Nowy właściciel też niechętnie się wypowiada:

— Chce pan rozmawiać o Malmie? O, to pomylił pan numery! — żartuje Dorota Liszka, rzecznik prasowy Maspexu. Ale zaraz dodaje:

— A tak poważnie, to powiem szczerze, że nie chcę rozmawiać o konkurencji, bo po co? Za to mogę panu przesłać ciekawe materiały.

Niestety, mniej więcej w czasie, gdy Michel Marbot wykłócał się w Polsce o zawartość semoliny w semolinie, nastąpił krach na rynku rosyjskim. Wszystkie zagraniczne spółki córki Danuty zlikwidowano, z Polski wycofała się Barilla. Ale francuski prezes nie zasypiał gruszek w popiele!

Znalazł nowych akcjonariuszy: Bank Handlowy i Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju (EBOR) — objęli wspólnie 57,6 proc. akcji jego spółki. Wkłady dwóch udziałowców podwyższyły o około 15 mln USD kapitał akcyjny. Marbot mówił wówczas, że takie wsparcie kapitałowe pomoże mu w umocnieniu pozycji na polskim rynku, umożliwi modernizację wrocławskiej fabryki i ekspansję eksportową na rynki skandynawskie („Rzeczpospolita” z 1998.03.06.). Rok później zainwestował… w pizzę. We Wrocławiu powstała spółka Malma Pizza SA. Za 6 mln USD uruchomił linię do produkcji pizzy mrożonej. Udziałowcami byli Danuta i European Renaissance Capital, amerykański fundusz inwestycyjny.

Ale na tym nie skończyły się biznesowe wariacje szalonego Francuza. W styczniu 2002 roku całą Europę zelektryzowała wiadomość, że Sophia Loren reklamuje polski makaron Malma. Włoskie dzienniki pisały o zdradzie narodowej, polskie dociekały: za ile?

Sam zakup mediów na kampanię z udziałem Sophii Loren pochłonął 2,5 mln zł. Ale gaża gwiazdy pozostała tajemnicą. Chodziła plotka, że dostała 500 tys. USD. Z wiarygodnych źródeł wiemy, że mniej więcej połowę tej kwoty. Rok 2002 nie kończy się jednak dla Michela Marbota tym wydarzeniem. 13 września 2002 roku amerykański koncern Pillsbury sprzedał Danucie — za około 5 mln USD — 100 proc. udziałów w spółce Pillsbury Polska (producent pierogów). To była dobra okazja, by w końcu zmienić nazwę firmy z Danuta na Malma. Pod jednym — nowym szyldem działa teraz 5 zakładów produkcyjnych: 4 we Wrocławiu (młyn, makarony, pizza i pierogi) i 1 w Malborku (makarony). Co ciekawe, od tej chwili pierogi stają się oczkiem w głowie prezesa. Komu się jednak wydaje, że zaniedbał makarony — jest w wielkim błędzie.

Owoce owoców

— Dzień dobry.

— Dzień dobry… Jaaa… — stałem jak wryty, nie mogłem wykrztusić z siebie słowa. Blond podlotek śmiało patrzył mi prosto w oczy. Dziewczynka zamknęła drzwi i z zaciekawieniem się przypatrywała. Przechyliła lekko głowę w bok i jakby od niechcenia rzuciła:

— I pan tak cały czas chodzi do ludzi?

Zatkało mnie. Na szczęście pojawił się roześmiany Michel Marbot, wyszedł z gabinetu na lewo od wejścia do domu. W kilka dni po powrocie z Malborka zadzwonił z propozycją kolejnego spotkania — być może są jeszcze jakieś pytania, z chęcią odpowie. Z czystej ciekawości zgodziłem się.

— Moja córka — przedstawił aniołka.

— Będzie pan nagrywał? Bo my też się czasami bawimy, że do domu przychodzi ktoś sławny i to jestem ja — dziewczynka świdrującymi oczami przyglądała się, jak szykuję dyktafon.

— No to co byś chciała powiedzieć o tacie? — włączyłem nagrywanie.

— Że jest bardzo mądry… — lekko zbita z tropu unosiła się na palcach.

— I co jeszcze?

— Że jest bardzo miły…

— I?

— Bardzo go kocham…

— A jak masz na imię?

— Kasia — i już odleciała.

Michel Marbot i Anna Maria Mauberg wzięli ślub 28 kwietnia 1980 r. w Warszawie, mają siedmioro dzieci (Jacques — 22 lata, Constatin — 21 lat, Helene — 20 lat, Marie Athina — 17 lat, Caroline — 15 lat, Isabelle — 12 lat i Catherine — 10 lat). Pan Marbot nie udziela informacji o rodzinie, ale — mówi — jest dla niego bardzo ważna. Powtarzamy rytuał sprzed dwóch tygodni: bulion, krwista polędwica (dla odmiany w sosie grzybowym i z kopytkami — z semoliny rzecz jasna), czerwone wino, czereśnie.

— W marcu jadę do Stanów Zjednoczonych. Jestem zaproszony przez najlepszy kucharz całej Północnej Ameryki, pani Alice Waters. To ważne spotkanie. Poprzedni miesiąc nasz eksport do Stanów reprezentował prawie połowa włoskiego eksportu jako makaron do Polski — rozkręca się prezes.

— A czy można o rodzinie?

— Aaa… zaczynamy o rodzina… Ja chętnie mówię coś, ale nie za dużo. Co pan mi powie? Rodziny muszę bronić — asekuruje się pan Marbot.

— Ale ja wcalę nie chcę atakować.

— Muszę bronić w sensu przed publicznością.

— Interesuje mnie pańskie podejście…

— Do sprawy rodzinowej, tak? Jestem bardzo rodzinny, miałem duże rodzeństwo — byliśmy sześciu. U moich rodziców dziewięć na każdą stronę…

— To tradycję Pan podtrzymuje.

— Tak… Nawet było śmiesznie, bo moja babcia miała dziewięć dzieci, a jej matka trzynaście.

— Jestem pod wrażeniem.

— Rodzina jest bardzo budująca rzecz. Ktoś kiedyś zapytał mojego dziadka: „ile pan ma dzieci”? On na to: „dziewięć”. „Pan jest na pewno bardzo bogaty” — usłyszał. „Każde dziecko przynosi nowe pieniądze” — powiedział wtedy mój dziadek. Myślę, że to prawda i kiedy patrzę w osobiste życie, to każde dziecko był nowa wyzwania. Zaczynałem jako urzędnik państwowy i już po dziecku numer 3 nie było mowy tak zarabiać. Musiałem wyjechać za granica, potem budować własna firma, żeby cała ta rodzina utrzymać. Rodzinę lubię bardzo. To jest cel w moim życiu, to jest serce mojej pracy. Praca dla rodziny, a nie rodzina dla pracy. Dla mnie to jest sens wszystkiego. Mam 60 najbliższych kuzynów (synów i córek braci i sióstr mojej mamy) — nie licząc ich żon i mężów!

— Potęga!

— I moja babcia miał 16 lat, kiedy został matka pierwszy raz, 36 lat kiedy był babcia, 54 lata był prababcia, 80 lat był praprababcia i jak umarł — miał sto potomków — owoców swoich owoców!

— Czyli na pierwszym miejscu rodzina, ale zaraz po niej makaron?

— W sumie można tak powiedzieć, ale to dla mnie jedność. Dlatego, że makaron traktuję bardziej jako pasja, która pozwoli żyć mojej rodzinie, a nie jako biznes. Miałem lata koszmarne, był czas że 25 proc. moich obrotów to były same odsetki do banków, druga 25 proc. to była amortyzacja, ale żyjemy — cudem!

— Jak te procenty wyglądają teraz?

— Dużo, dużo... Nasza firma ma dużo długów, ale jesteśmy bardzo solidni! Mamy superdobry produkt!

— A czego się Pan najbardziej obawia?

— Długo się bałem o moje zdrowie, bo myślałem: jeżeli zginę, co się jutro stanie z moja rodzina? Dzisiaj już tak nie jest, bo myślę, że moje dzieci są dorosłe. Poza tym mam bardzo dobry management. Dyrektor generalny jest z Niemiec (żona Polka), dyrektor eksportu jest chiński (żona Polka). Nowoczesna firma musi mieć wizerunek otwarty. Chcę utrzymać zaufanie moich partnerów finansowe. To dla mnie najważniejszy rzecz — żeby oni mi nadal wierzyli. Mam nadzieję, że będę na poziomie ich zaufania cały czas. To jest dla mnie walka każdego dnia.

Majstersztyk

Pewien pan, który przez wiele lat zajmował się polską branżą makaroniarską od strony marketingowo-reklamowej, pokusił się o ocenę obecnej kondycji spółki Malma.

— W akademickiej skali 2-5? Sprzedaje się na 5! W ogóle wizerunek zewnętrzny ma na 5. Ale gdyby tak od wewnątrz do tej firmy zajrzeć… Pan Marbot to bardzo uroczy, miły i medialny człowiek — świetny PR-owiec. On ma zawsze wielkie plany i wspaniałe pomysły. Tyle że nie wiadomo, jak to wszystko finansowo wygląda. Szczerze? Dziwię się, że jeszcze nie zbankrutował. To jest jakiś majstersztyk — nasz ekspert jest pełen podziwu.

— Ale muszę panu powiedzieć, że innego makaronu nie kupuję. To rzeczywiście świetny produkt z najlepszej mąki — nie ma w nim ani krzty oszustwa — dodaje na koniec.

Być może dlatego Michel Marbot nie traci rezonu. Właśnie znów szykuje niespodziankę. Co nowego? Wszystko! Makarony Malma totalnie zmienią wygląd. I uwaga! Nowy design zaprojektował nowojorczyk, architekt Massimo Vinelli, autor wizerunków m.in.: Benettona, American Arlines, Cinzano, Lancii, Forda, szaty graficznej „New York Timesa”. Malma w nowym stylowym wydaniu pojawi się na półkach w marcu.

Pan Marbot w swoim gabinecie ma już pierwsze próbki. Oczy mu błyszczą, jakby miał przed sobą największe skarby. Delikatnie dotyka opuszkami palców.

— To one… Tylko ciiichooo… niech pan nikomu nie mówi. To będzie hit! Hit! Hit!

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Wojciech Surmacz

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu