Ten wariat coś tam bazgrze...

Magdalena Machowska
opublikowano: 2004-11-26 00:00

„Bronię się, bronię swej godności i dlatego maluję” — mówiła Jadwiga Budzisz–Buynowska. To częsty motyw twórców z kręgu art brut.

O tym, co robił Edmund Monsiel, jakie było jego prawdziwe życie dowiedziano się dopiero po jego śmierci w 1962 r. Rysunki ołówkiem — tysiący twarzy i oczu na kartkach papieru — „odkrył” i pokazał publicznie psychiatra Jan Mitarski, który zauważył: „Świat Monsiela — to w dużej mierze nie tylko świat jego fantazji, lecz również chorobliwych, rzeczywistych przeżyć. (...) W jego mniemaniu rzeczywiście tysiące oczu obserwuje nieustannie nasz świat i tysiące rąk grozi, ostrzega i wskazuje. On sam jest tylko narzędziem Boga, a twórczość jego jest wyrazem posłannictwa bożego. Wynika to jasno z licznych inskrypcji na rysunkach, pisanych językiem patetycznym, wzorowanym na Piśmie św.”.

Ludwik Zimmerer wnikliwie dopowiedział: „Owszem, przerażające oczy u Monsiela są dokumentem jego choroby — ale i też dość realistyczną wizją naszego świata, w którym bynajmniej nie tylko oko opatrzności na nas patrzy. I te same rysunki są prócz tego wszystkiego jeszcze zwierciadłem naszej własnej psychiki, która podejrzewa podglądanie i podsłuch nawet w momentach, kiedy żywy duch się nami nie interesuje”.

Prawdziwą rzeczywistością artysty była mała izdebka w zrujnowanym młynie, w której samotnie mieszkał; tam zapisywał zrytmizowane apele i rysował wizje, które miały nawrócić ludzkość. Zachowało się około 500 rysunków; na odwrocie kartki zapisywał apele — ostrzeżenia, by ludzie byli dobrzy i by zaniechali wojen. 500 dzieł, zaliczanych do nurtu art brut.

Samotność i wspólnota

Bronisława Piprek... Jeden z jej obrazów trafił na wystawę ekspresjonistów. Mimo uznania z ich strony, zdruzgotała ją opinia, wyrażona przez młodego artystę ze Śląska: że jej obrazy to kicze. Dopiero po kilkunastu latach znów wzięła pędzel do ręki. Nie dowierzała słowom. „Słowa są przewrotne. Ważna jest myśl... Ale kiedy się ma myśl nie z książki, nie z podręcznika? Może raz na rok, raz na dwa lata... albo wcale. Myśl to objawienie. Czasem sądzę, że człowiek żyje, by tylko jedną myśl wypowiedzieć”.

Wielu chorujących psychicznie maluje i rzeźbi z potrzeby wyrażenia swoich lęków i obsesji. Sztuka często ratuje ich przed rozgoryczeniem, samotnością, degradacją społeczną. Jest często jedyną formą wyrażenia, wypowiedzenia siebie. Noemi Madejska, psycholog, autorka „Malarstwa i schizofrenii” pisze: „Ich obrazy obfitują w symbole, tak czasem zgęszczone, że bez znajomości klucza-komentarza przestają być czytelne. Wpisane w obrazy obłęd, gorzka samotność, cierpienie, lęki stają się dla widza odkrywaniem innego świata, a dla chorego wyrażeniem siebie, i formą komunikowania o sobie światu. (...) Malarstwo chorych na schizofrenię jest jakby ich przesłaniem do świata zdrowych (...). Obnaża chorobę i przez zastygłą w obrazach dziwną i obcą rzeczywistość pokazuje jej bolesną prawdę. Jest jej dokumentem”.

Głowy

Edward Sutor wywieziony na przymusowe roboty do Niemiec trafił do obozu, gdzie był nieludzko katowany. W 1943 r. znaleziono go na dworcu w Krakowie. Na szyi miał zawieszoną tabliczkę z imieniem i nazwiskiem. Nic nie pamiętał. Zaopiekowała się nim jego starsza siostra — i to jej twarz ma wiele z rzeźb Sutora. Artysta dręczące go koszmary i pragnienia wyrażał w kilkunastocentymetrowych i półtorametrowych rzeźbach z kamienia, drewna, piaskowca. Skojarzenia ze sztuką: prehistoryczną, grecką, indyjską, meksykańską, afrykańską, deformacja i ekspresja, podkreślanie cech seksualnych postaci — to cechy twórczości Sutora. Kiedyś powiedział siostrze, że rzeźbi głowy, bo własną gdzieś zgubił i nie może znaleźć... Mimo biedy nie sprzedawał swych prac. Zmarł w 1984 r.

Na Bożą chwałę

Maria Wnęk (ur. w 1922 r.) mieszka w kobierzyńskim szpitalu. „Świat wiary i rzeczywistość przenikają się w jej życiu i twórczości, potęgowane halucynacjami, omamami, poczuciem nieustannego zagrożenia” — pisze o jej chorobie i twórczości Aleksander Jackowski.

Maria Wnęk jest przekonana o misji, jaką ma spełnić jej malarstwo, ma szerzyć prawdy, które słyszy w sobie: „aby się chwała Boża po całym świecie rozchodziła”. Często rewers obrazu opatruje komentarzem. Architektura, kwiaty, sceny z życia, ale przede wszystkim treści religijne i jej przeżycia są tematem jej prac.

Malarka rozpoczyna pracę nad obrazem od napisania „życiorysu”. Obraz nieopisany uważa za nieskończony. Po prawej stronie życiorysu umieszcza przestrogi i polecenia boskie, do których głoszenia wybrał ją Bóg (odwrócić się od wszystkich grzechów, zaprzestać toczyć wojny, modlić się dużo). Wynika to z jej przekonania, że moralizujące teksty są równie ważne jak sam obraz i malowanie. Artystka najczęściej przedstawia Matkę Boską, Pana Jezusa i własne życie, w które czasami wkraczają — w cudowny sposób — święci. Często ten sam temat maluje w różnych wersjach. Postacie z wyraźnie zaznaczonymi oczami obrysowuje pogrubionym konturem. Jasnymi kolorami znaczy dobroć, wierność i miłość, a ciemnymi — cierpienie i dramatyczne sytuacje. Wie, że „jest słynna po całym świecie”.

Talent nie na sprzedaż

Stanisław Zagajewski miał 2 lata, gdy matka porzuciła go pod drzwiami kościoła — w 1927 r. Tułał się po domach dziecka, domach pomocy społecznej, potem mieszkał w nieopalanej komórce, aż zamieszkał we Włocławku — w godziwych warunkach. Zaczął od rzeźbienia w surowej glinie niezwykłych ptaków. Zdobił je „palemkami” z drutu, guzików i koralików. Ptaków nie chciał sprzedawać: „nie po to Pan Jezus dał mi talent, żebym go sprzedawał”, ale rozdawał je dzieciom. Dzięki pomocy zachwyconych jego rzeźbami ludzi dostał pracę w Zakładzie Ceramicznym we Włocławku.

Odtąd zaczęły powstawać większe, wielofiguralne kompozycje: ołtarze (liczące 150-250 elementów), Mater Dolorosa, Chrystusa biczowanego. Skojarzenia? Gaudi i hiszpański barok. Ekspresyjne, konwulsyjnie poskręcane postacie, maski, pawie, fantazyjne zwierzęta, ogromne oczy, barwne kwiaty-niekwiaty i ptaki, jakich oko ludzkie nie widziało — to świat Zagajewskiego. Artysta wyznał Ewie Korulskiej: „Moja praca jest zagadkowa. Tu trzeba tylko szukać, to jest zagadka, rebus. Dość często śnią mi się zarośla, w tych zaroślach jakieś potwory, paszcze jak się rozwierają, smoki. To wszystko przedstawiłem w rzeźbach i do dziś przedstawiam. Jak byłem młody, to mi się twarze śniły. Z Bliskiego Wschodu. Postać piękna, twarz-maska diabła. Teraz to już nie mam tych snów. Dlatego, że jak człowiek tworzy, pracuje, to nie myśli. Jak się nie pracuje, to człowiek dość często myśli. (...) Rzeźba w glinie polega na dodawaniu. Glina rośnie, rzeźbiąc w glinie nakleja się, jak jaskółka. Ale twarz, która cierpi, odczuwa ból, strach — taka twarz nigdy nie będzie piękna. Jak zamknięta, spokojna, to boleści nie widać.”

Egzotyczny kwiat

W książce „Cela. Odpowiedź na zespół Downa” Anna Sobolewska w mądry sposób rozlicza się z mitami o zespole Downa. O obecności sztuki w życiu ludzi upośledzonych pisze tak: „Poszukiwanie znaczenia i sensu istnienia jest fundamentalną potrzebą ludzką, ważniejszą niż poszukiwanie przyjemności lub władzy. (...) Można być twórczym, nawet mając trudności z myśleniem logicznym. Świadomość upośledzenia rodzi często chęć przekroczenia własnych ograniczeń. Dlatego twórcza droga jest tak pomocna w budowaniu poczucia własnej wartości i zdobywania zaufania do samego siebie.”

Malarstwo Tomka Sitkowskiego chorego na zespół Downa nie jest terapią czy rozrywką: to forma ekspresji jego osobowości. Oprócz malowania muzyka jest dla niego źródłem największej radości i najsilniejszych przeżyć. Jego ojciec mówi: „Tomek żyje tylko obrazami i dźwiękami. Swój świat ma i już. Zrobiliśmy mu cieplarnię i wyrósł taki egzotyczny kwiat”.

Koniec i kropka

Adam Dembiński/Dębiński — rocznik 1943 — mieszka w DPS w Brwilnie koło Płocka. Od zawsze malował i rysował. W 2000 r. jego prace wysłano do Bydgoszczy na Ogólnopolski Konkurs Malarski im. Teofila Ociepki (I nagroda). Maluje, posługując się charakterystyczną kreską. Czasami rozedrganą. Każda praca zaczyna się od graficznego szkicu, który potem wypełnia inny kolor lub ta sama barwa co i szkic. Tematy: zwierzęta domowe, sceny i postaci z życia wsi, wiejscy muzykanci, instrumenty muzyczne, sceny religijne oraz ukochane konie. Są też militaria oraz sporo tematów erotycznych. Posługuje się kredką pastelową, olejem, temperą, akwarelą, markerami. Maluje na papierze, płótnie, desce. Marek Konarski, jego opiekun artystyczny, zauważa: „Jego pracy towarzyszy ogromny wysiłek fizyczny. Rysując, musi pokonać bariery, jakie stwarza jego ciało. Natomiast prace powstają lekko i pewnie bez szukania właściwej formy, jakby kształty przedmiotów były oczywiste, wpisane w materię kartki czy blejtramu”.

Beata Jaszczak — pomysłodawczyni kolekcji Oto Ja — dodaje: „Pamiętam pierwszy namalowany przez niego obraz. To był okręt, piękny, w centralnym miejscu płótna; pewność kreski i użytego koloru. A po chwili pewność Adama, że to koniec, że nie ma nic do dodania”.

Dylesia

Halina Dylewska mieszkała w Domu Pomocy Społecznej w Zakrzewie, przyjaciele mówili na nią „Dylesia”. Na plenerach malowała kilka obrazów dziennie, od rana do późnego wieczora stojąc przy sztaludze. Niesłysząca i niema, była jednak celnym krytykiem twórczości kolegów. Podczas jednego z plenerów zwróciła uwagę na prace Adama Dembińskiego. Za każdym razem, gdy kończył rysunek, okazywała mu swą aprobatę, śmiejąc się i klaszcząc. Początkowo malowała farbami wodnymi na kartonie, później olejami na płótnie. Pojawiający się w pracach wręcz obsesyjnie temat byków sugerował dramatyczne przeżycie z dzieciństwa. Wiele lat tematyka jej prac była niezmienna, zmieniała się natomiast ich kolorystyka. W niektórych okresach przeważały barwy pastelowe, w innych silnie skontrastowane. Kolekcję prac nieżyjącej „Dylesi” można obejrzeć w płockiej galerii Oto Ja.

Cyfra po cyfrze

Konrad Kwasek (ur. w 1958 r.) lubi pisać cyfry, zwłaszcza daty, maluje kalendarze i długie rzędy liczb. Ale przede wszystkim wypowiada się w rzeźbie. Ciekawy jest na przykład cykl „Przytuleni” — postacie dwóch lub trzech osób: matki z dzieckiem, mężczyzny i kobiety. Drewniane figurki o wys. 30-37 cm o chropowatej, surowej fakturze, maluje kolorowymi farbami, co przydaje im urody. Przez wiele lat w jego rysunkach i rzeźbach pojawiała się postać Eriki — kobiety, która podczas odwiedzin w domu rodziców, przytuliła go i okazała serdeczność.

Konrad nie słyszy i nie mówi, jest w lekkim stopniu upośledzony umysłowo. Po pobycie w szkole dla dzieci głuchych podjął pracę w zakładzie pracy chronionej. Robota — klejenie kopert, zbijanie domków dla ptaków — paliła mu się w rękach: by tylko szybciej malować i rysować. Artysta mieszka i tworzy w Szczecinie.

Henryk Żarski (ur. w 1944 r.) przyjechał do Polski w transporcie dzieci wywiezionych podczas wojny do Niemiec. Z sierocińca trafił do DPS w Pakówce koło Leszna. Przez wiele lat nie mówił. Kiedy miał 46 lat, jego talent dostrzegła plastyczka Irena Okamfer. Żarski zaczął się otwierać, a uznanie innych dało mu poczucie akceptacji. Z dumą mówi o sobie: „Jestem artystą malarzem”. Najczęściej posługuje się temperą i pastelami. Fantazyjne prace pulsują kolorami. Kombajn na jednym z obrazów to fantastyczny stwór, który żyje własnym życiem i ma do wykonania tajemniczą misję, która wykracza poza zbieranie zboża. Jego prace znajdują się w Muzeum Sztuki Nieprofesjonalnej w Radomiu, w Muzeum L`Art Brut w Lozannie i w zbiorach prywatnych.

Całkowita szczerość

„Sztuka chorujących psychicznie, nawet najbardziej osobista i wizyjna, jest przystępna, gdyż posługuje się znanymi powszechnie schematami i archetypami, których znaczenie drzemie w powszechnej świadomości i podświadomości. Całkowitą szczerość — odczuwamy jako naiwność, brak hamulców. Motywem każdej twórczości jest posłanie, przestrzeganie przed złem, ukazywanie dobra i piękna. Różnice tkwią w szerokości poglądów, realności i logice wizji, społecznej przydatności przesłania i w jakości środków przekazu” — tłumaczył profesor Ksawery Piwocki. Należy jednak pamiętać, że sama choroba talentu nie tworzy, lecz może go ujawnić, spotęgować siły kreacyjne, nadać piętno niepowtarzalnej oryginalności. Ludwik Zimmerer ostrzegał przed niebezpieczeństwem traktowania tych twórców jako ukochanych dziwolągów, sprawców cudownie groteskowych anegdot, jako „innych” — tylko nie jako ludzi mających nam coś do powiedzenia.

Nie pogardzajmy. Nie głaszczmy. Po prostu: posłuchajmy.