Można
odnieść wrażenie, że zagraniczne spekulacyjne fundusze upodobały sobie grę na
przecenę złotego, w czym „pomaga” im kwestia uwikłania polskich przedsiębiorstw
w temat opcji walutowych. Oczywiście, ogólnym tłem rozgrywki są wciąż
nienajlepsze notowania dla globalnej gospodarki i za tym idzie marne perspektywy
dla emerging markets. Jednak nawet EUR/HUF nie zdołał dzisiaj efektywnie pokonać
psychologicznej bariery 300 forintów za euro. Nie chce mi się wierzyć, aby
gwałtowne osłabienie złotego mogło zostać podyktowane spekulacjami, iż jakoby
rząd nie zdołał znaleźć obiecanych 17 mld zł oszczędności w tegorocznym
budżecie. Stan polskich finansów publicznych nie jest na tyle zły, aby miało to
skłaniać zagranicznych inwestorów do panicznych ruchów.
W tym momencie pojawia się oczywiście pytanie, co dalej. W wielu komentarzach publikowanych w ostatnich tygodniach oczekiwałem, iż osłabienie złotego zakończy się w przedziale 4,50-4,52 zł za euro i będzie mieć miejsce na przełomie stycznia i lutego b.r. Poziom ten wprawdzie został naruszony, ale …wykres notowań złotego charakteryzuje obecnie wręcz pionowa linia, co sugeruje, że mamy do czynienia z hiperbolą. Wystarczy, zatem jeden pozytywny impuls, aby sytuacja uległa gwałtownej zmianie. Na giełdzie WIG20 obronił październikowe wsparcie w rejonie 1470 pkt. Tym samym nie wykluczyłbym sytuacji, w której do piątku notowania euro spadną poniżej poziomu 4,50 zł. W przypadku franka, oznaczałoby to powrót w okolice 3,00 zł. Niezmiennie przestrzegam przed podejmowaniem decyzji o przewalutowaniu długoterminowych zobowiązań na złotówki.
Marek Rogalski
Niezależny analityk walutowy