Trzeba ruszyć za hossą

Włodzimierz Uniszewski
opublikowano: 12-11-2007, 07:13

W ostatnich latach ponad milion Polaków opuściło kraj, chcąc otrzymać więcej za kapitał swoich umiejętności. W tym samym czasie właściciele kapitału zainwestowanego w akcje polskich spółek szybko powiększali swój majątek. Inwestorzy, uspokojeni doskonałymi wynikami, nie myśleli o przemeblowaniu portfeli, licząc na podobne zyski w przyszłości. Zjazdy polskich indeksów w ostatnich dniach sugerują potrzebę przemyślenia tej strategii. Ale nie tylko.


Warszawskie wskaźniki koniunktury w minionych 12 miesiącach też były słabsze od indeksów innych młodych giełd oraz wzorcowego dla tych rynków MSCI Emerging Markets Index (MSCI EM). Inwestorzy zagraniczni lokowali większość kapitału na giełdach Azji i Ameryki Łacińskiej. Czy polski inwestor mógłby odnieść w przyszłości większe korzyści, posyłając swój kapitał do pracy za granicą?


Długoterminowe stopy zwrotu z akcji są silnie skorelowane ze stopą wzrostu produktu krajowego brutto (PKB). Dodatkową premię można uzyskać, gdy następuje napływ znacznego kapitału na rynek o niskiej kapitalizacji w stosunku do wartości PKB. Te zależności wciąż premiują młode gospodarki. W ostatnich 10 latach indeks MSCI EM pokonał wskaźniki rynków rozwiniętych (patrz wykres). Jego średnioroczny przyrost przekroczył 12 proc. Tymczasem amerykański indeks S&P500 zyskiwał co roku średnio 5 proc, a niemiecki DAX — 7,5 proc.


Statystyka pokazuje, że szkoda czasu na szukanie większych zysków na rynkach rozwiniętych. Przy niższej stopie wzrostu gospodarczego i wysokiej kapitalizacji giełd w stosunku do PKB trudno oczekiwać tam większych stóp zwrotu niż jednocyfrowe. Co gorsza, te skromne zyski mogą się łatwo ulotnić w wyniku wzrostu wartości złotego oraz po uwzględnieniu opłat pobieranych przez fundusz. Pozostają więc rynki wschodzące. Tam nadal, mimo ryzyka głębokich korekt, można liczyć na dwucyfrowe stopy rocznego zysku w ciągu kilkunastu lat. Kraje te szybko zwiększają udział w wolumenie światowej produkcji, a ich zasoby demograficzne gwarantują dynamiczny wzrost rynku wewnętrznego i zysków firm. Ryzyko kursowe inwestowania w tamtejsze akcje jest mniejsze, gdyż waluty tych krajów wahają się w stosunku do dolara podobnie jak złoty. Dalsze osłabienie dolara nie wpłynie znacząco na wycenę tych aktywów w polskiej walucie.


Gorsze wyniki polskich indeksów, w porównaniu z emerging markets, niekoniecznie są jedynie epizodem. Wartość krajowych akcji w stosunku do PKB przekroczyła 50 proc., co może powodować, że krajowy popyt okaże się niedostateczny w stosunku do wielkości rynku, by podnosić kursy w dotychczasowym tempie. Jeśli, na co się zanosi, limity zagranicznych inwestycji OFE zostaną zwiększone, rola popytu z tego źródła może także zmaleć. Tymczasem inwestorzy zagraniczni zaczęli postrzegać nasz region jako szybko zmierzający do pełnej konwergencji ze strefą euro. Obawiają się, że poakcesyjny boom gospodarczy osiągnął właśnie fazę dojrzałą, a stopa wzrostu PKB ustabilizuje się na niższym poziomie od obecnego, szczególnie że główni partnerzy handlowi Polski, Węgier i Czech balansują na granicy gospodarczej stagnacji. Polskie akcje są z tego powodu postrzegane jako zbyt drogie.


Rośnie prawdopodobieństwo, że średnia stopa zwrotu na GPW zacznie maleć do wartości typowych dla rynków rozwiniętych. Najlepszym wyjściem wydaje się więc stopniowa alokacja pieniędzy w fundusze operujące na rynkach wschodzących. Jest to oczywiście rozwiązanie dla inwestorów akceptujących podwyższone ryzyko jako cenę za ponadprzeciętne zyski. Trzeba pamiętać, że korekty na tych rynkach sięgają 30 proc. Inwestowanie tam wymaga długofalowej strategii. Z drugiej jednak strony, jeśli nastąpi wkrótce załamanie giełdowej koniunktury, także polskie akcje, szczególnie małych i średnich spółek, ucierpią w podobnym stopniu. Głęboką przecenę warto wykorzystać do zaangażowania w fundusze emerging markets, gdzie siła odreagowania będzie zapewne większa niż na rynku polskim.


Dzięki notyfikacji w Polsce funduszy parasolowych czołowych światowych firm inwestycyjnych krajowi inwestorzy zyskali dostęp do bogatej oferty umożliwiającej inwestowanie w dowolnym zakątku świata. Fundusze te są dostępne w sieciach sprzedaży pośredników finansowych i niektórych banków. Dla inwestycji na rynkach wschodzących szczególnie atrakcyjne wydają się subfundusze zarządzane przez Franklin Templeton i HSBC. Inwestorzy pragnący zainwestować w całe spektrum młodych rynków znajdą tam fundusze odzwierciedlające benchmark w postaci indeksu MSCI EM. Bardziej selektywni mogą wybrać fundusze regionalne (np. Ameryki Łacińskiej, Azji Pd.-Wsch.) lub przeznaczone dla konkretnych krajów. Znajdą też fundusze typu BRIC, czyli obejmujące Brazylię, Rosję, Indie i Chiny.

 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Włodzimierz Uniszewski

Polecane