Uzależniony od École de Paris

  • Ewa Bednarz
26-10-2012, 00:00

Marek Roefler fizykiem został, by uciec przed wojskiem. Biznesmenem — z przypadku. A na miłość do sztuki zapadł, bo, jak mówi, kolekcjonerstwo to choroba i w dodatku nieuleczalna.

Marek Roefler, szef firmy deweloperskiej Dantex, niewątpliwie miał w życiu dużo szczęścia, ale nie udałoby mu się spełnić marzeń, gdyby nie odwaga i ciężka praca. Dziś mógłby osiąść na laurach, zająć się uzupełnianiem zbiorów swojego muzeum, które założył trzy lata temu w konstancińskiej Villi La Fleur. Ale nie zamierza żyć tylko z wynajmu biurowców.

Nietrwała miłość

Być może jego życie wyglądałoby inaczej, gdyby ostatnich wakacji przed maturą nie spędził w Anglii. Dla nastolatka wychowywanego w głębokim PRL-u był to fascynujący świat, do którego wracał, by zarabiać na życie. Zanim to jednak nastąpiło, postanowi zostać fizykiem.

— Musiałem dostać się na studia, bo bałem się wojska. Miałem pacyfistyczne poglądy i włosy do pasa, a wiedziałem, że jak nauczę się fizyki i matematyki, to zdam — śmieje się.

W zawodzie przepracował tylko trzy lata, bo z nauczycielskiej pensji nie potrafił żyć. W trakcie studiów zarabiał — imając się każdej pracy za granicą, a w kraju udzielając korepetycji. Kupił kabriolet, wynajął mieszkania i żył na luzie. Na uczelni dostał 500 zł, a wydawał kilka razy tyle.

— Wysokość pensji znacznie osłabiła moją miłość do fizyki. Nie chciałem też całe życie dorabiać za granicą, musiałem przyjąć jakiś plan na życie — wspomina.

Plan pojawił się sam. Marek Roefler poznał krawca, który miał mu uszyć ślubny garnitur. I założył z nim pierwszą firmę. Jej siedziba mieściła się najpierw w bramie przy warszawskim Nowym Świecie, a później w mieszkaniu mamy. To był początek przygody z branżą odzieżową. Być może nie zaowocowałby powstaniem koncernu, gdyby nie stan wojenny.

— To był szok. Zostałem odcięty nie tylko od dostępu do materiałów, ale i od podróży, do których zdążyłem się przyzwyczaić — mówi Marek Roefler. Ratunkiem okazała się możliwość tworzenia firm polonijnych, bo kto miał zagranicznego partnera, łatwiej dostawał paszport.

Polskie Petit Palais

Tak powstała firma odzieżowa Dantex — skrót od Dania i Tekstylia.

— To był świetny czas na rozpoczynanie biznesu. Wszystko się rodziło, wystarczyła tylko odrobina odwagi — mówi Marek Roesler.

I trudno mu nie przyznać racji. Dantex szybko zaczął się rozrastać. Dopiero na początku lat 90. sytuacja stała się mniej sprzyjająca. Wiele prywatnych sklepów i hurtowni pojawiało się i znikało, zaczęły się kłopoty ze ściąganiem należności. Markowi Roeflerowi znowu pomógł przypadek. Podpisał z Burger Kingiem umowę podnajmu jednego sklepu i szybko się zorientował, że taki sposób czerpania dochodu jest mniej pracochłonny niż handel. Był to też impuls do inwestowania części firmowych zysków na rynku nieruchomości. Działalność Danteksu została więc najpierw zdywersyfikowana, a później zmieniona. Wprawdzie nie brakowało trudnych momentów, takich jak wiosną 2009 r., kiedy firma oddała do użytku kolejny biurowiec, a wielu podnajmujących zaczęło wycofywać się z umów. Rozeznanie na rynku nieruchomościowym pomogło też Markowi Roeflerowi w znalezieniu pięknej, choć zdewastowanej willi, w której dzisiaj mieści się jego prywatne muzeum. Inspiracją dla tego pomysłu był Petit Palais w Genewie, który kupił słynny szwajcarski kolekcjoner Oscar Ghez, by prezentować w nim swoje zbiory.

Paryskie fascynacje

Dzisiaj Villa La Fleur to perełka. Trwa w niej wystawa Simona Mondzaina — jednego z ulubionych malarzy Marka Roeflera. Kolekcjoner ściągnął na nią z wielu krajów ponad 140 dzieł artysty, co wymagało czasu i pracy. To dopiero początki upubliczniania kolekcji. — Każdy kolekcjoner powinien dzielić się zbiorami, to również sposób na budowanie ich wartości i promowanie artystów — wyjaśnia biznesmen.

Gdy opowiada o dziełach ulubionych malarzy École de Paris, śmieją mu się oczy. Widzi dawny świat, który zaginął z końcem międzywojennego dwudziestolecia. Nieskrywanąprzyjemność sprawiają mu wizyty w muzeach, w których odkrywa polskie dzieła sztuki, zwłaszcza artystów, których kolekcjonuje. Podczas ostatniej — w Paryżu — zobaczył plakat z wystawy twórców École de Paris, która odbywała się w latach 80., z obrazem Menkesa. Nie udało się go kupić, ale postara się. Nie szczędzi też czasu na wyszukiwanie poloników i katalogów z lat 20. i 30., wydawanych np. w zaledwie 100 egzemplarzach. W poszukiwaniach pomaga mu zatrudniony historyk sztuki, ponieważ doba ma tylko 24 godziny, a Dantex wymaga ciągłego nadzorowania biznesu. Rynek aukcyjny też ma wymagania.

Windsurfing i kabriolety

Marek Roefler rocznie bierze udział w kilkuset aukcjach, co nie oznacza, że zawsze kupuje. Śmieje się, że czasem trzeba pilnować cen, by coś nie sprzedało się poniżej wartości rynkowej. Przekonał się też, że w ten sposób można trafić na okazje. Skąd znajduje na to wszystko czas, pozostanie jego tajemnicą. Przyznaje wprawdzie, że telefonu nie wyłącza nawet na urlopie i ma świadomość, że wiele rzeczy czeka na uporządkowanie, ale jednocześnie stara się znaleźć czas dla rodziny i na uprawianie sportu. Szusuje na nartach, kocha windsurfing i kitetsurfing, ma słabość do pięknych samochodów, zwłaszcza kabrioletów, którymi jeździ niemal cały rok. W weekendy organizuje rodzinne spotkania. Wciąż pędzi. Ale nie zamierza zwolnić.

Marek Roefler

Główny udziałowiec i prezes firmy deweloperskiej Dantex. Od 1990 r. kolekcjonuje dzieła sztuki, głównie z kręgu École de Paris, a także rzeźby, przede wszystkim artystów polskiego i żydowskiego pochodzenia z przełomu XIX i XX w. Ma w kolekcji prace m.in. Mojżesza Kislinga, Eugeniusza Zaka, Augusta Zamoyskiego, Meli Muter.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: EWA BEDNARZ

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Uzależniony od École de Paris