Nicolás Maduro wraz z żoną Cilią Flores po wyrwaniu ich przez komandosów Delta Force nocą 2/3 stycznia 2026 r. z sypialni w Caracas zostali osadzeni w Metropolitan Detention Center na nabrzeżu nowojorskiego Brooklynu. W tym przedwyrokowym areszcie będą przebywali bardzo długo po postawieniu im (żonie również) przez sąd federalny zarzutów tzw. narkoterroryzmu i kilku innych. Wstępna rozprawa odbyła się już 5 stycznia,, ale kolejna wyznaczona została dopiero na 17 marca. Amerykańska nagroda za ujęcie Maduro wynosiła 50 mln USD (ciekawe, czy jakieś premie dostaną specjalsi z Delta Force oraz ich wenezuelscy współpracownicy), zatem kaucja jest raczej wykluczona, no chyba że na poziomie zaporowym, np. miliarda dolarów. Nie mam pojęcia, czy uprowadzony dyktator ma w celi okno, ale jeśli tak i wychodzi ono na zatokę, to z doskonałym widokiem na Statuę Wolności na wyspie naprzeciwko.
Donald Trump z mocarstwowym narcyzmem zapowiedział, że po skróceniu Wenezueli o realną głowę państwa będzie w Caracas rządził on. Przynajmniej do czasu transformacji, czyli przejęcia władzy przez prezydenta realizującego interesy USA. Uszczelnienie sankcji gospodarczych to silna broń, ale ukształtowanie nowych rządów Boliwariańskiej Republiki Wenezueli nie może odbyć się niezgodnie z jej konstytucją, wprowadzoną w 1999 r. przez Hugo Cháveza i zatwierdzoną referendalnie. Trwałe opróżnienie urzędu prezydenta w trybie artykułu 233 może nastąpić z powodu: śmierci; ustąpienia; złożenia z urzędu orzeczeniem Najwyższego Trybunału Sprawiedliwości (NTS); trwałej niezdolności fizycznej lub psychicznej stwierdzonej przez komisję lekarską NTS i zatwierdzonej przez Zgromadzenie Narodowe (ZN); zrzeczenia się urzędu, ogłoszonego przez ZN; odwołania w głosowaniu powszechnym. Nie tylko Chávezowi nie przyszło do głowy uwzględnienie również możliwości… uprowadzenia głowy jego państwa przez inne państwo, takiego szatańskiego wariantu nie przewiduje żadna demokratyczna konstytucja świata.
Zgodnie z przepisami wspomnianego artykułu obowiązki prezydenta Wenezueli w razie czego przejmuje tymczasowo wiceprezydent wykonawczy. Od razu 3 stycznia 2026 r. orzekł tak NTS, przekazując urząd wiceprezydentce Delcy Rodríguez, która formalnie zaprzysiężona została 5 stycznia. Na razie zatem nic się w Caracas nie zmieniło, władzę utrzymuje ta sama ekipa, trwają poszukiwania zdrajców, którzy pomogli Delta Force w nocnym uderzeniu. Zginęło w nim około 80 żołnierzy i ochroniarzy Nicolása Maduro, w tym wielu niby doskonale wyszkolonych Kubańczyków, zaś straty amerykańskie ponoć były zerowe. Wszelkie kroki perspektywiczne w Wenezueli uzależnione są natomiast od dwóch orzeczeń sądów – najpierw amerykańskiego federalnego w sprawie niechybnego skazania Maduro, a później wenezuelskiego NTS, stwierdzającego w konsekwencji definitywne już opróżnienie przez niego urzędu. Ten drugi werdykt będzie aktem kapitulacji trwającego ponad ćwierć wieku tzw. boliwariańskiego państwa Cháveza i Maduro. NTS oczywiście jest silnym filarem rządzącego układu, zatem uprawomocnienie pozakonstytucyjnej przyczyny braku prezydenta – będącego również premierem – będzie mentalnie bardzo trudne, wręcz szokujące dla obozu władzy i dlatego może zostać znacznie odłożone w czasie, nawet na lata.
Jeśli orzeczenie NTS kiedyś tam zostanie jednak wydane, to w ciągu 30 dni, czyli wtedy już bardzo szybko, odbędą się w Wenezueli przedterminowe wybory prezydenckie. Notabene zwycięzca nie będzie sprawował urzędu przez pełną sześcioletnią kadencję własną, lecz dokończy rozpoczętą 10 stycznia 2025 r. przez Nicolása Maduro. Kandydatem strony opozycyjnej teoretycznie wydaje się doświadczony dyplomata Edmundo González Urrutia, który w 2024 r. zmierzył się z Maduro i według niezależnych obliczeń wyników wygrał, w każdym razie był traktowany jako prezydent-elekt przez Unię Europejską. Bardziej prawdopodobne jest jednak, że liderką opozycji ponownie zostanie pokojowa noblistka María Corina Machado, bo przecież to ona miała kandydować w 2024 r., ale została pozbawiona praw wyborczych. Naturalną kandydatką dotychczasowych władców wydaje się oczywiście Delcy Rodríguez, chociaż za jakiś czas nie będzie to już takie pewne, albowiem ambicje prezydenckie ma także kilku ministrów z rządu Nicolása Maduro, zwłaszcza resortów siłowych.
Reasumując – dla uratowania państwowej tożsamości Wenezueli konieczny jest kompromis zgodny z jego klasyczną definicją, gdy żadna ze stron nie będzie do końca zadowolona. Rządzący musieliby przyjąć do wiadomości, że ich dotychczasowy idol i szef 63-letni Nicolás Maduro resztę życia spędzi w amerykańskim więzieniu, do którego zostanie wtrącony – naturalnie po czysto formalnym uznaniu winy przez ławę przysięgłych – z rozkazu Donalda Trumpa. Strona opozycyjna musiałaby natomiast zaakceptować, że porwany jednak był urzędującym prezydentem republiki i właśnie dlatego w uczciwej procedurze pod nadzorem międzynarodowym musi zostać od podstaw wybrany jego następca. Na razie trudno oceniać, jakie szanse realizacyjne ma taki społeczno-polityczny kompromis narodowy. Najbardziej zagrażają mu zapowiedzi Donalda Trumpa, dla którego absolutnym priorytetem jest obsadzenie w Caracas prezydenta – albo nowego, albo wymuszenie uległości na tymczasowej prezydentce – odpowiednio potulnego dla zrealizowania skoku amerykańskich koncernów na wenezuelską ropę, złoto i inne cenne surowce.

