Wydaje się, że to w wielkich aglomeracjach miejskich bije serce współczesnej gospodarki. W największych miastach zlokalizowane są centra finansowe, rozwijają się innowacje, pracują wybitne jednostki. Dlatego to w większych miastach dyfuzja technologii i wiedzy jest szybsza. Innowatorzy szybciej łączą się z inwestorami, pracownicy z pracodawcami, uczelnie z biznesem i tak dalej (efekty sieciowe). Większy rynek pozwala też szybciej redukować jednostkowe koszty, dzięki podnoszeniu poziomu produkcji towarów lub usług (efekty skali). Pytanie, jak ważne są te efekty dla gospodarki, czyli na ile wielkie miasta pobudzają rozwój.
Z badania pt. „Are Big Cities Important for Economic Growth” wynika, że wpływ wielkości miast na wzrost gospodarczy jest mniejszy, niż się powszechnie uważa. Wyobraźmy sobie, że wszystkie największe miasta w USA (Nowy Jork, Los Angeles, Chicago itd.) okrojone są do maksymalnie miliona mieszkańców. Okazuje się, że w takim kontrfaktycznym scenariuszu amerykański PKB byłby niższy o 8 proc. według bazowych parametrów, a średnie tempo wzrostu gospodarczego w latach 1900-2010 wyniosłoby nie 1,66 proc., lecz 1,58 proc. Przy bardziej ekstremalnych założeniach – gdzie efekty skali w produkcji i tworzeniu innowacji są większe – wpływ na PKB zwiększa się do 22 proc. Załączony wykres natomiast przedstawia poziom produktywności amerykańskiej gospodarki, który byłby niższy o około 2 proc. Przy ograniczeniu wielkości miast do 100 tys. mieszkańców zmiany są oczywiście dużo głębsze, co także obrazuje wykres.
Trzeba jednak zaznaczyć, że model empiryczny zbudowany do pomiaru wpływu dużych miast na rozwój gospodarczy ma jedno założenie, które jest nieco wątpliwe. Model zakłada liniowy wpływ wielkości miast na produktywność. Tymczasem zależność może być nieliniowa: po przekroczeniu pewnej wielkości efekty skali i efekty sieci mogą być nieproporcjonalnie większe. Lub odwrotnie: wydajność najszybciej rośnie do pewnego momentu, po którym rozwój hamuje, bo - na przykład - miasto staje się zbyt zatłoczone i zanieczyszczone.
Tak czy inaczej, przywołane badanie wychodzi naprzeciw choćby badaniu "Urban Growth and its Aggregate Implications", które pokazuje, że za 30 proc. wzrostu produktywności w USA odpowiadają procesy urbanizacyjne - powstawanie największych aglomeracji m.in. poprzez przenoszenie się ludności ze wsi do miast.
Wielkie miasta zatem rzeczywiście napędzają wzrost gospodarczy, ale być może nie tak bardzo, jak by się mogło wydawać, biorąc pod uwagę, że w USA największe miasta generują 54 proc. PKB, 65 proc. patentów i zamieszkuje w nich 47 proc. populacji. W rezultacie autorzy raportu dochodzą do wniosku, że to nie wielkość miast sama w sobie determinuje rozwój, lecz raczej lokalizacja i kapitał ludzki. Przykładowo, obszar metropolitalny Boston-Cambridge-Quincy jest zdecydowanie bardziej rozwinięty niż Houston-Sugar Land-The Woodlands mimo mniejszej liczby mieszkańców i mniejszej powierzchni. W tej pierwszej aglomeracji skoncentrowane są najlepsze uniwersytety (Harvard, MIT), a w tej drugiej dominuje relatywnie słabo efektywny sektor energetyczny.
Zatem sama wielkość miasta nie decyduje o znacznych korzyściach aglomeracji (wspomniane efekty skali i sieciowe). Występują one tam, gdzie jednocześnie jest rozwinięta infrastruktura miejska, są dobre uniwersytety, wykwalifikowane kadry, sprawne instytucje.
