Bardziej opłaca się jechać w góry z kimś, kto ma wolne miejsce w aucie, niż wybrać się tam pociągiem. A mieszkanie przez kilka dni w czyimś domu może być przyjemniejsze niż pobyt w bezdusznym hotelu. Ten nowy model konsumpcji, oparty na genialnym w swojej prostocie pomyśle wymiany dóbr, nazywamy gospodarką współdzielenia (ang. sharing economy). Nie posiadaj, używaj! — mówią zwolennicy tej koncepcji. Hasło podchwycili ostatnio pracodawcy. Zwłaszcza za oceanem.
Dziewięciu na dziesięciu (89 proc.) woli dzierżawić siłę roboczą, niż ją kupować — wynika z badania przeprowadzonego przez CareerArc. Co na to adresaci ich ofert? W roli dostawcy usług na żądanie chętnie widzi się dwie trzecie poszukujących zatrudnienia. Ale gdyby nieoczekiwanie stracili posadę? Zainteresowanych taką działalnością byłoby 72 proc. ankietowanych.
Presja na elastyczność
Bartosz Kaczmarczyk, prezes Grupy Kapitałowej Loyd, nie ma wątpliwości, że sharing economy wpłynie też na rynek pracy w Polsce. Dlaczego? Nie wszystkim odpowiada kariera w „krawacie i kieracie”. Niektórzy są szczęśliwi tylko wtedy, gdy mogą wybierać czas, miejsce i sposób świadczenia obowiązków służbowych.
A internet ułatwia im kontakt z firmami, które potrzebują ludzi do konkretnych przedsięwzięć.
— Presja na elastyczność była widoczna jeszcze przed boomem na nowe technologie. Kilka lat temu ta tendencja przejawiała się w rozwoju outsourcingu, pracy tymczasowej i sezonowej. Dziś odpowiedzią na potrzebę mobilności zawodowej są takie platformy jak Uber — mówi Bartosz Kaczmarczyk. Nawet wysoko wykwalifikowani fachowcy nie wzbraniają się przed tym modelem zatrudnienia. Szczególnie w ich przypadku to nie życiowa konieczność, tylko sposób na realizację siebie. A im bardziej czują się spełnieni, tym wydajniej pracują.
— Często tacy specjaliści, szczególnie z branży IT, sami prowadzą działalność gospodarczą. To sprawia, że doskonale rozumieją problemy, z którymi boryka się firma korzystająca z ich usług — zwraca uwagę Sebastian Nejfeld, zarządzający firmą Click For Advantage. Gospodarka współdzielenia zasługuje na uznanie również z innego powodu — pozwala wejść na rynek pracy osobom, które dotychczas takiej możliwości nie miały.
— Nie zawsze chodzi o przejściowe zajęcie i szybki zarobek. Praktyka w modelu sharing economy często pomaga zdobyć pożądane kompetencje i cenny wpis w życiorysie zawodowym, szczególnie jeśli kandydat aplikuje do pokrewnej branży — twierdzi Hanna Listek, dyrektor zarządzająca spółki Polski HR.
Pole do nadużyć
Jest też druga strona medalu. Korzystanie z usług „bezetatowców” stwarza pole do nadużyć. O to często oskarżany jest Uber, dostarczający cyfrową platformę, na której klienci mogą zamówić taksówkę. Ale jej kierowcę nic formalnie z tą firmą nie łączy. Przedsiębiorstwo pobiera od niego prowizję za każdy kurs, lecz nie bierze za niego żadnej odpowiedzialności. Jeśli samozatrudniony taksówkarz zachoruje,będzie miał wypadek czy straci samochód, ze swoim problemem zostanie sam. Takie praktyki doczekały się nawet specjalnej nazwy: uberyzacja pracy. Im więcej wolności, tym mniej bezpieczeństwa. Stąd u potencjalnych usługodawców rozdarcie.
— Lubią swobodę, lecz trudno się im pogodzić z utratą korzyści związanych z zatrudnieniem w pełnym wymiarze godzin — wskazuje Hanna Listek. Najwięcej obaw wzbudza brak osłon prawnych. Ci, którzy świadczą usługi w sharing economy przez 40 godzin w tygodniu lub więcej, powinni być sklasyfikowani jako pracownicy etatowi — uważa 88 proc. poszukujących pracy i 75 proc. pracodawców w Stanach Zjednoczonych.
Stworzenie przepisów mających ukrócić samowolę firm jest tylko kwestią czasu. Pracuje nad nimi m.in. Unia Europejska. Dopóki jednak takich regulacji nie będzie, ten rodzaj zatrudnienia będzie budził wiele wątpliwości. © Ⓟ