Zamęt na scenie politycznej sięgnął punktu krytycznego. Oczywiste, że tzw. plan Hausnera jest już tylko politycznym blefem. Wypowiedzi polityków lewicy świadczą, że zasługuje on raczej na miano worka Hausnera, w którym — jeśli wierzyć deklaracjom — dla każdego znajdzie się coś miłego. Ciekawe, że tak wielu analityków — przekonujących, iż plan Hausnera to synonim klucza do ustabilizowania rynków finansowych — stało się skłonnych kupić kota w worku...
Żaden plan poważnych cięć wydatków nie zyska poparcia w obecnym Sejmie. W interesie partii opozycyjnych — tych bez perspektyw na zwycięstwo w najbliższych wyborach — leży pogłębianie kryzysu finansowego. Im bowiem kryzys poważniejszy, tym wyższe koszty polityczne jego zażegnania. To oznacza ogromne kłopoty dla zwycięzcy wyborów i szansę na wzrost popularności sejmowych maluchów.
Platformie i Samoobronie grozi natomiast, że będą uzdrawiać finanse publiczne. Ale przy obecnych notowaniach lewicy traci sens porozumienie: my teraz poprzemy wasze cięcia, a wy potem — nasze. Dla tych partii korzystniej całą brudną robotę wykonać po wyborach.
Szczególnie trudna wydaje się sytuacja polityków SLD i jej odrośli, którzy pozycję polityczną zbudowali na krytyce dyscypliny finansowej. Głosowanie za cięciami może te ugrupowania — niezależnie jak się teraz nazywają — uczynić opozycją pozaparlamentarną. Z drugiej jednak strony — otwarta deklaracja, że w worku Hausnera niczego nie ma, znów grozi falą zaburzeń na rynkach finansowych. To by miało równie opłakany wpływ na wynik wyborczy. Taka zapaść jeszcze przed wyborami ułatwiłaby zadanie ich zwycięzcom. W sytuacji ostrego kryzysu łatwiej bowiem o społeczne poparcie dla niepopularnych decyzji, a słaby złoty i rosnąca inflacja mogłyby — na jakiś czas — pomóc w utrzymaniu wysokiego tempa wzrostu gospodarczego i ułatwić poprawę wskaźników fiskalnych. Najlepsze dla tych ugrupowań rozwiązanie to czarowanie workiem Hausnera — tak długo, jak publiczność jest jeszcze ciekawa, co znajduje się w środku. Gdy zacznie tracić zainteresowanie, szybko pojawi się potrzeba wyborów. Nie sądzę, by ciekawości tej starczyło na dłużej niż kilka miesięcy.
Nowy rząd — obojętne PO czy Samoobrony — chcąc nie chcąc weźmie na siebie ciężar dostosowania fiskalnego. Bo i Lepper nie będzie miał innego wyjścia. Realizacja jego obietnic pozostanie niemożliwa w kraju członku Unii Europejskiej, a na wyjście z Unii Lepper jest za słaby. Może zmienić konstytucję lub ustawę o finansach publicznych, ale nie Pakt o Stabilności i Rozwoju! Prawdopodobnie jeszcze w tym roku Unia zaleci nam obniżenie przyszłorocznego deficytu. I nie liczmy na pobłażliwość — nie jesteśmy tak wpływowi jak Niemcy, a na dodatek u nas wysokiemu deficytowi towarzyszy równie wysoki wzrost gospodarczy.
Nie mogąc pozwolić sobie na utratę unijnych funduszy (taka może być kara za zignorowanie zalecenia), każdy wyłoniony po wyborach gabinet weźmie się za redukcję deficytu — i grozi mu, że w warunkach znacznie bardziej restrykcyjnej polityki monetarnej. Na razie nowa RPP ignoruje symptomy szybko rosnącej presji inflacyjnej. Im później zdobędzie się na odwagę działania, tym gwałtowniej podniesie potem stopy procentowe — przestraszona, że sytuacja wymknęła się jej spod kontroli.
Wynik wyborów nie zagraża zatem równowadze finansowej państwa. Istotne natomiast, czy nowy rząd będzie umiał przeprowadzić odpowiednie reformy strukturalne (w tym cięcia wydatków budżetowych). W przeciwnym razie równowagę finansową osiągnie się kosztem wzrostu podatków i bezrobocia oraz spadku tempa wzrostu gospodarczego.
