Wydłużają statki

Przemysław Rot
opublikowano: 10-08-2006, 00:00

Od prostych prac remontowych do budowy pełnomorskich statków dla zagranicy. Taki dystans w 16 lat pokonała spółka Crist.

Pod koniec lat 80. Ireneusz Ćwirko startował w konkursie na stanowisko dyrektora technicznego Stoczni Północnej.

— Jako bezpartyjny nie miałem szans — twierdzi.

Wkrótce upadła komuna, a z kontraktu w Kuwejcie wrócił Krzysztof Kulczycki. Obaj inżynierowie, okrętowcy, absolwenci Politechniki Gdańskiej, uznali, że nadeszła chwila, aby zgodnie z duchem czasu zainwestować we własny biznes. W 1990 r. powstała spółka Crist.

Na początku biuro mieściło się w walizce i w samochodzie. Zatrudnili kilka osób i kupili trochę sprzętu niezbędnego do prowadzenia prac remontowych na statkach trafiających do trójmiejskich stoczni remontowych.

— Mimo naszego doświadczenia i kontaktów byliśmy na rynku zupełnie nową firmą. Dodatkową trudność sprawiały skomplikowane mechanizmy rozliczania usług w branży stoczniowej. Pieniądze na pierwszą wypłatę dla pracowników wysupłaliśmy z resztek zaskórniaków — dodaje Ireneusz Ćwirko.

Od giętych blach po statki

Kontrahenci gdańskiej spółki stopniowo przekonywali się do jej oferty. Wraz z rozwojem zaplecza produkcyjnego (spółka jest właścicielem i dzierżawcą nabrzeży oraz terenów w Gdańsku) stopniowo Crist z podwykonawcy stawał się głównym wykonawcą zleceń. Prezesi z dumą stwierdzają, że efektem ich wieloletnich starań o zdobycie uznania na rynku jest aż 99-procentowy udział eksportu usług i produkcji w przychodach.

— Przekonaliśmy do siebie nawet tak trudnych partnerów jak kontrahenci holenderscy, u których biznes stoczniowy przechodzi z ojca na syna — zaznacza Ireneusz Ćwirko.

Crist współpracuje także z kontrahentami z Niemiec, Francji, Danii, Szwecji, Islandii, Norwegii, a nawet z dalekiej Grenlandii.

Przez 15 lat spółka rozrosła się, rozlokowując swoją produkcję w sześciu wyspecjalizowanych zakładach. Dzięki temu mogą elastycznie reagować na potrzeby armatorów i współpracujących z nimi stoczni, począwszy od obróbki blach, przez produkcję stalowych i aluminiowych sekcji statków oraz budowę częściowo wyposażonych kadłubów, a na gotowych statkach kończąc. Odpowiednio wyposażone zaplecze i własny pływający dok pozwala też oferować usługi remontowe armatorom mającym mniejsze statki.

— Przeprowadziliśmy wiele nietypowych remontów polegających m.in. na przedłużaniu przeciętych na pół kadłubów. Dopracowaliśmy technikę, dzięki której operację wstawienia między dziób i rufę statku nowej sekcji kadłuba o masie nawet 600 ton potrafimy przeprowadzić w 48 godzin — mówi z dumą Krzysztof Kulczycki.

Gdańska spółka wybudowała też kilkanaście statków rybackich, a także — dla armatorów i stoczni skandynawskich — kilkanaście znacznie większych i bardziej skomplikowanych statków serwisowych przeznaczonych do obsługi morskich platform wiertniczych.

— Przyłożyliśmy też rękę do budowy platform wiertniczych. Wykonaliśmy stalowe sekcje pracujące na podmorskich polach naftowych eksploatowanych przez amerykański koncern Chevron-Texaco — opowiada Krzysztof Kulczycki.

Do budowy kadłubów statków Crist nie potrzebuje kojarzonych z tą branżą pochylni ani suchych doków. Kadłuby powstają na nabrzeżu, skąd są wodowane za pomocą dźwigów albo przetaczane na półzatapialne pontony.

Sukces w inwestycjach

Należą do grona nielicznych firm powstałych po upadku komunizmu, którym udało się przetrwać lepsze i gorsze czasy dla branży stoczniowej w Polsce.

— Chociaż rynek usług stoczniowych jest wyjątkowo trudny, można się na nim utrzymać, stosując z żelazną konsekwencją bezpośredni nadzór nad realizowanymi projektami, właściwie kalkulując i pilnując poziomu kosztów, a jednocześnie odkładając konsumpcję na później. Od początku zyski szły w pierwszej kolejności na inwestycje. Jeśli brakowało pieniędzy, szukaliśmy oparcia w instytucjach finansowych, korzystając głównie z leasingu operacyjnego — podkreśla Ireneusz Ćwirko.

Spółka w ostatnich latach na rozwój infrastruktury i unowocześnienie wyposażenia wydaje od dwóch do trzech mln zł rocznie. Zatrudnia też nowych pracowników (obecnie 70 osób). Z podwykonawcy stali się zleceniodawcą. Obaj prezesi przyznają, że o sukcesie zadecydowało kilkudziesięcioletnie doświadczenie w branży.

— Mieliśmy to szczęście, że zaraz po studiach wylądowaliśmy na wydziałach produkcyjnych. Przekonaliśmy się na własnej skórze, jak trudnym zadaniem jest budowa statków i jak pełen ryzykownych pułapek jest to proces na drodze od kontraktacji do realizacji zlecenia — wyjaśnia Ireneusz Ćwirko.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Przemysław Rot

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu