Rządowy plan zakładał, że w połowie tego roku wejdziemy do systemu ERM2, czyli przedsionka euro. A już 1 stycznia 2012 r. złotego zastąpi europejska waluta. Tymczasem Komisja Europejska (KE) oświadcza, że może być zmuszona do podjęcia kroków w celu wszczęcia wobec Polski (ale również wobec Rumunii, Litwy, Łotwy i Malty) procedury nadmiernego deficytu. To oznacza, że możemy mieć kłopot z szybkim wstąpieniem do strefy wspólnego pieniądza.
Bruksela z pewnością nie pozwoli na akcesję, dopóki nie załatamy dziury w polskich finansach publicznych. W tym roku wyniesie ona 6,6 proc. PKB, a w przyszłym —aż 7,3 proc. — przewidują analitycy KE. Dopuszczalny poziom to nie więcej niż 3 proc. Większej dziury Unia spodziewa się tylko w pogrążonej w zapaści Łotwie, Irlandii, Hiszpanii i Wielkiej Brytanii.
Jacek Rostkowski, minister finansów, stanowczo nie zgadza się z szacunkami unijnych ekspertów. Według niego, w absolutnie najgorszym scenariuszu deficyt osiągnie 4,6 proc. To znacznie mniej niż przeciętna w UE i Eurolandzie. Jednak już w 2008 r., w którym kryzys ledwie nas liznął, deficyt wyniósł 3,9 proc.
W tym roku większość krajów należących do strefy euro przekroczy dozwolony
3-proc. deficyt. KE bardzo się to nie podoba. Ale inwestorzy sfinansują większe
potrzeby pożyczkowe rządów, inkasując za to odpowiednią premię. A Polska musi
mocno zaciskać pasa i oddala się perspektywa przyjęcia
euro