Zapach zielonej papai

Ewa Pawlak
opublikowano: 2008-04-04 00:00

Wypijesz koktajl z mango za pół dolara, wszędzie dojedziesz motorem i zaczniesz wstawać przed szóstą rano.

Zabierz mały plecak, zatyczki do uszu i kapelusz, a resztę kupisz na miejscu. Kraj ma wszystko, by zapomnieć, że istnieje Europa.

Wypijesz koktajl z mango za pół dolara, wszędzie dojedziesz motorem i zaczniesz wstawać przed szóstą rano.

Po otwarciu szklanych drzwi lotniska w Hanoi w twarz uderza gorące, wilgotne powietrze. Wsiadamy do taksówki i ruszamy w miasto. Za oknem niesamowity gwar, ulice pełne ludzi, motorów, riksz, rowerów, sprzedawców wszystkiego, co można sprzedać: owoców liczi, bananów, butów, wielkich brył lodu cierpliwie obrabianych tasakiem i owijanych w bladoszare płótno.

Wszyscy tu trąbią. Nasz kierowca też. Zielone, żółte, czerwone — nieważne światło, tu nie ma przepisów, tu trzeba jechać. Jesteśmy w stolicy ponad 80-milionowego kraju. Po dwóch dniach się przyzwyczajamy. A po powrocie do Warszawy zacznie nam tego brakować. Tymczasem jest tak, jakby wszyscy mieszkańcy Wietnamu wyszli właśnie na ulice Hanoi.

Jesteśmy we dwie, mamy miesiąc i umiarkowany budżet. Początek sierpnia i gorąco jak diabli. Po krótkiej naradzie mamy też trasę. Hanoi — Sa Pa — Zatoka Ha Long — Hue — Hoi An — Sajgon i stąd samolotem do Hanoi i Warszawy. To droga z północy na południe, najpopularniejsza i wygodna.

Zostawiamy plecaki u rodziny Thanhia, naszego polsko-wietnamskiego przyjaciela. Ptasie mleczko i wódka lądują w dłoniach naszych gospodarzy, a my w łóżkach. Zmiana czasu i wielogodzinna podróż robią swoje — śpimy do 10 rano. Nigdy potem nie wstałyśmy później niż o siódmej. Pora na śniadanie.

Smaki Azji

Za wietnamską kuchnią się tęskni, takich smaków Europa nie zna. Bazą lub składnikiem niemal wszystkich potraw jest ryż. Pachnący, sypki i wszędzie inny, ale tak samo dobry w krętych jak weneckie uliczkach Hanoi, na lotnisku czy na statku w zatoce Halong. Tutejsze potrawy są mieszanką najlepszych darów natury — warzyw, owoców, przypraw i europejskich sposobów na ich przyrządzenie. Od północy sąsiedztwo Chin, z zachodu Tajlandia, wpływy francuskie i olbrzymia linia brzegowa, a dzięki niej to, co najlepsze — owoce morza.

Trudno o lepszą kulinarną ofertę na świecie. Gorący dzień i łyk nuoc dua (mleka kokosowego) czy soku z trzciny cukrowej — trzeba zaufać miejscowym i żyć ulicą. Pić to, co oni. Tak jak oni. Jeść to, czym karmią, i nie dopytywać, co, tylko jak. Zapomnieć o nożu i widelcu. Rzadko zdają egzamin, bo pałeczkami jest łatwiej. I smakować, wąchać, wybierać, zmieniać składniki. I chwalić kucharzy, którzy często mają po kilkanaście lat.

Wielkie jak wydrążone arbuzy, solidnie doprawione misy parującego pho (najlepsze porównanie to chyba nasz rosół), pełnego warzyw, makaronu, mięsa, to częste śniadanie, które syci i rozgrzewa od bladego świtu. Bo Wietnam wstaje wcześnie. Życie toczy się od piątej, szóstej rano. O siódmej jesteśmy zwykle po sycącym pierwszym posiłku i szukamy kawy. Zwykle jest mocna. I zawsze — wyborna. Dość specyficzna, parzy się na naszym stoliku, pozwalając kroplom ściekać do małej szklanki. Podawana ze słodkim skondensowanym mlekiem smakuje tak jak w żadnym innym miejscu na świecie.

Motorem w góry

Z mapą w dłoni rozglądamy się za xe om, czyli motorami- -taksówkami. Taksówkarz gratis. Ruszamy na dworzec, dalej pociągiem do Sa Pa, tuż przy granicy z Chinami. To już góry, po całonocnej podróży wysiadamy z klimatyzowanego pociągu i znów otacza nas lepkie jak budyń gorące powietrze. Kaskady pól ryżowych, najwyższy szczyt Wietnamu (Fan Xi Pang 3143 m), zatopione we mgle wiszące mosty i olbrzymia przestrzeń. Tu wciąż mieszkają ludy H’mong i Dzao, największe grupy etniczne regionu, większość nie potrafi czytać i pisać, ale sprzedać turystom ręcznie robione dywany i koszule — owszem.

Najlepiej uciec z Sa Pa i szukać noclegu na obrzeżach miasta, by uniknąć tłumów przyjezdnych. Wystarczy kilka minut na południe czy północ i już jest spokojnie. Wsiadamy na motory i znikamy na dwa dni w górach.

Stąd pociągiem znów do Hanoi, jest piąta rano, ale miasto nie śpi. Zanim zrobi się parno, mieszkańcy wykorzystują czas na poranny jogging, lekcje tai chi, marszowe spacery czy grę w badmintona. To chyba jeden z ostatnich krajów na świecie, gdzie mieszkańcy pół życia spędzają w kucki. Są drobni, giętcy, a ciężka praca na powietrzu sprawia, że osiemdziesięciolatkowie są w takiej formie, że trudno uwierzyć, że mają dorosłe wnuki.

Matecznik smoka

Zatoka Ha Long (tam, skąd pochodzi smok) to jedna z wizytówek Wietnamu. Ponad 3000 bezludnych skalistych wysepek rozrzuconych po wodach Tonkinu robi piorunujące wrażenie. Tu nie da się uciec od machiny turystycznej, trzeba wejść na statek i czym prędzej ruszyć w morze. Wyspy otoczone są piaszczystymi plażami, porośnięte gęstymi krzewami i drzewami, w większości niedostępne, pełne ptaków i małych zwierząt.

Płynie z nami jeszcze kilkanaście osób, po kilku minutach milkniemy i po prostu wsłuchujemy się w fale. Marynarze przynoszą papierosy, wchodzimy na taras, pijemy kawę, czytamy i płyniemy kolejne dwa dni.

Po drodze do Sajgonu mamy jeszcze Hue, z gigantycznym kompleksem grobowców dynastii Nguyen, który ostatecznie nas rozczarowuje i perłę centralnego Wietnamu — Hoi An.

Tu warto zostać na parę chwil i naładować akumulatory w dalszą podróż. Od XVII do XIX w., znane jako Faifo dzisiejsze Hoi An, było ważnym portem pełnym statków z Holandii, Japonii, Chin, Portugalii. Dziś nie jest strategicznym punktem handlowym o takiej randze, ale zachowało portowy klimat. Drewniane wielokolorowe fasady domów, wąskie uliczki, nocne lampiony, muzyka, która wieczorem rozbrzmiewa w całym mieście, chyba najlepsze w Wietnamie restauracje prowadzone przez całe rodziny, jedwab, lokalny market, gwar, to taka trochę wietnamska Wenecja.

Każdego roku w czasie pory deszczowej Hoi An jest zalewane przez deszcze i występującą z brzegów Thu Bon. Zatrzymałyśmy się w niezwykłym miejscu, tuż przy targu, w prowadzonym przez rodzinę hoteliku z trzema pokojami. Wielki pokój, baldachimy, kuchnia, w środku niemal ogród, drewniane łóżka, książki, które możemy wymienić na inne, i chłód. Jedno z najpiękniejszych miejsc podczas całej podróży. Płacimy 7 dolarów na głowę za noc, pożyczamy rowery i ruszamy na pustą plażę.

Kraj turystów

Wietnam to jeden z najbezpieczniejszych krajów na świecie. Niewielu Polaków o tym wie, przed wyjazdem zapewniałyśmy przyjaciół, że nie bierzemy broni, wojna dawno się skończyła, podróżujemy same i nie korzystamy z ofert biur podróży. To kraj pełen podróżników i turystów z całego świata, którzy już dawno odkryli jego uroki. Europa Wschodnia mało podróżuje, po drodze spotkałyśmy kilku Rosjan i Czechów. Najwięcej jest Amerykanów, Francuzów i Anglików. Jedną taką londyńską parę spotkałyśmy na statku w stronę granicy z Kambodżą. Od roku w podróży. Sprzedali wszystko i ruszyli na wyprawę z Dostojewskim i kilkoma ciuchami w plecaku.

Miesiąc to wystarczająco dużo, by przemierzyć całe państwo z północy na południe. Wybierać nieturystyczne trasy, błądzić, pytać, posiedzieć na rogu ulicy nad kawą, obserwować, próbować zrozumieć. Góry i plaże, wciąż dość wyraźny podział na północ i południe, imponujące metropolie i biedne wsie. To kraj kontrastów. Komunistyczny absurd bywa wciąż okrutny dla mieszkańców, a jednocześnie to kraj zapierającej dech w piersiach przyrody, niezwykle piękny i gościnny.

Tajemniczy nieznajomy

Podróż to miejsca, ale przede wszystkim ludzie. Są otwarci i niezwykle gościnni, ale z rezerwą. Wietnamczycy nie pytają. Nie są uporczywi, zwykle nie oznacza nie i koniec. Nie mówią dużo, ale słuchają. Są uśmiechnięci i pomocni.

Na lotnisku w Sajgonie podszedł do nas schludnie ubrany pięćdziesięcioletni mężczyzna i nienagannym francuskim zapytał, skąd jesteśmy i kto na nas czeka w Hanoi. Nie czekał nikt. Przy wyjściu z samolotu mężczyzna skinął głową i wyprowadził z lotniska. Tam czekała na nas limuzyna z kierowcą. Ten również skinął głową, wziął od nas bagaże (ani my, ani nasze bagaże nie wyglądałyśmy po tej podróży najdostojniej) i zaprosił do limuzyny. Niemal w milczeniu dotarłyśmy już nocą do motelu. Nasz tajemniczy Wietnamczyk okazał się podróżującym po całym świecie architektem. Jak miał na imię i dlaczego nam pomógł? O nic nie pytał, ukłonił się i odjechał. n

Praktyczne informacje

- Kiedy jechać. Najlepiej wczesną jesienią i wiosną. Najwięcej opadów jest w porze deszczowej przypadającej na sierpień, panuje duża wilgotność, a temperatura dochodzi do 40 stopni. Chociaż bywa różnie. Nasza podróż trwała miesiąc i zakończyła się 3 września, prawie nie padało.

- Jak dotrzeć. Najtańsze połączenia z Warszawy oferuje Aeroflot, lot w dwie strony Warszawa — Moskwa — Hanoi kosztuje około 2,8 tys. zł. Droższą ofertę mają m.in. Lufthansa i Airfrance. Krajowe linie lotnicze oferują najwyższy standard i relatywnie niskie ceny. Połączenie lotnicze Sajgon — Hanoi jest tańsze niż pociąg, którym podróż trwa blisko 30 godzin.

- Ceny. Na dwuosobowy pokój z klimatyzacją wydamy 10-15 dolarów, śniadanie i kawę około 2. Litr benzyny, kilometr taksówką kosztuje około 0,5 dolara. Prawie każdą kwotę warto negocjować, a zwłaszcza podróż ulicznym motorem.

Miesięczna podróż to wydatek blisko 5 tys. zł (w tym przeloty, transport, motele, jedzenie, 5 dni w Kambodży, drobiazgi dla przyjaciół) plus koszty poniesione przed wyjazdem (szczepienia, wiza, przewodniki).

Wietnamczycy kochają dzieci. Podróżnicy z dziećmi mają nawet łatwiej niż ci bez nich. To ciepły i przyjazny kraj, hotele i środki transportu przygotowane są na najmłodszych.

Możesz zainteresować się również: