Dzisiaj późnym wieczorem w krakowskich Balicach ląduje Air Force One. Kilkunastogodzinny pobyt George’a Walkera Busha w Polsce jest tylko przystankiem w drodze do Sankt Petersburga. Zaszczytu goszczenia 43. prezydenta dostępujemy oczywiście w nagrodę za wsparcie Stanów Zjednoczonych Ameryki w wojnie z Irakiem.
Zmieniają się epoki, ustroje i sojusze, ale amerykańscy prezydenci podtrzymują zasadę ostrej reglamentacji wizyt w państwach spoza światowej ekstraklasy. Już Richard Nixon nagradzał w taki sposób towarzyszy Nicolae Ceausescu (za powstrzymanie Rumunii od inwazji na Czechosłowację) oraz Edwarda Gierka (za zadłużanie Polski na Zachodzie). Mimo protokolarnej równości oraz naszego członkostwa w NATO, w relacjach USA wobec Polski pozostaje coś z układu feudała i wasala. Po prostu — nie ten kaliber! Tylko przyciśnięci psychiczną potrzebą posiadania jakichś ziemskich sojuszników Amerykanie poważnie rozmawiają z krajem, w którym rząd trzyma się głównie mocą konstytucyjnych przepisów, gwarantujących mu długie trwanie w bezruchu.
Nad wizytą unosi się cień wojny irackiej i trudno wymagać, aby jej atmosfera przypominała otwarte Spotkanie Dwóch Orłów w 1997 r. na placu Zamkowym w Warszawie z udziałem Billa Clintona czy też radosny pobyt samego George’a Busha w bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego dwa lata temu. No tak, ale wkrótce potem przeżyliśmy 11 września i wszystkie następstwa ataku terrorystów. Nic dziwnego, że poza standardowym odwiedzeniem Oświęcimia i Brzezinki, prezydent USA ogranicza swój jutrzejszy pobyt jedynie do ufortyfikowanego wzgórza wawelskiego. Według pogłosek z kuchni Białego Domu, Kraków jest przez Busha postrzegany jako „miasto polskich królów i poetów, cytadela nowej Europy”.
Przemówienie prezydenta USA do wyselekcjonowanych reprezentantów społeczeństwa RP zapowiada się jako niełatwe w odbiorze. Zamiast mesjanistycznej retoryki, wolelibyśmy usłyszeć więcej przyziemnych konkretów, związanych przede wszystkim ze współpracą gospodarczą obu naszych państw po wejściu Polski do UE. Ba, warto byłoby się w ogóle dowiedzieć, co Ameryka szczerze sądzi o naszej akcesji — w konktekście rozchodzenia się interesów USA i unijnej czołówki. I wreszcie temat najtrudniejszy — czy są jakiekolwiek szanse na zmianę feudalno-wasalnych stosunków wizowych...