Upłynęła już dekada rozpętanej 28 lutego przez prezydenta Donalda Trumpa — namówionego przez izraelskiego premiera Benjamina Netanjahu — wojny USA i Izraela z Iranem, a nie tylko nie widać jakichkolwiek oznak jej schyłku, lecz odwrotnie, konflikt ogarnia coraz więcej państw. Już nie tylko na umownym Bliskim Wschodzie — punktowo dociera nawet do odrębnego geograficznie półwyspu Azji Mniejszej, czyli do południowych kresów Turcji. Skutecznie przechwycony pocisk balistyczny skierowany został z Iranu ponad Irakiem i Syrią na silną amerykańską bazę lotniczą Incirlik koło Adany. Trzeba pamiętać, że Turcja jeszcze od epoki zimnej wojny jest jednym z sześciu państw NATO objętych programem Nuclear Sharing. Na ich terytorium przechowywane są na stałe amerykańskie bomby termojądrowe wraz z przenoszącymi je samolotami, oczywiście utrzymywane realnie w rękach sił powietrznych USA. Baza Incirlik szacowana jest przez ekspertów jako przechowalnia 20-30 taktycznych bomb grawitacyjnych B61.
Incydent z udaremnionym uderzeniem na terytorium Turcji ma jeszcze jeden perspektywiczny wątek. Otóż zgodnie z harmonogramem Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego (NATO) właśnie Turcja będzie 7-8 lipca gospodarzem tegorocznego szczytu prezydentów/premierów 32 państw członkowskich. W odróżnieniu od poprzedniej takiej zbiórki w 2004 r. w Stambule tym razem prezydent Recep Tayyip Erdoğan zlokalizował szczyt w stołecznej Ankarze. Cały Zachód symbolicznie pokłoni się tam w mauzoleum Mustafy Kemala Atatürka, a także zostanie olśniony przepychem nowego kompleksu prezydenckiego w dzielnicy Beştepe. Potęga wizerunkowa wszechmocnego władcy Turcji ma współgrać z pozycją militarną drugiej armii NATO.
W obecnych okolicznościach szczyt zapowiada się wyjątkowo interesująco. Oto polityczna wierchuszka NATO spotka się podczas regularnej, krwawej wojny rozpętanej przez największe i najważniejsze państwo członkowskie. Donald Trump podjął decyzję o ataku na Iran całkowicie ponad głowami sojuszników traktatowych, ulegając podszeptom zupełnie innego, ale realnie najważniejszego — Izraela. Gospodarz lipcowego zjazdu w Ankarze buduje swoją potęgę wschodniej flanki NATO, siedząc okrakiem na barykadzie, w tym wciąż utrzymując bliskie relacje gospodarcze — sektorowo nawet militarne — z Rosją. Nagłe uderzenie USA, a zwłaszcza Izraela Recep Tayyip Erdoğan uważa za nieuzasadnione realnym zagrożeniem dla świata ze strony Iranu pogwałcenie zasad prawa międzynarodowego. W tym kontekście wypada przypomnieć dwustronne relacje obu państw. Turcja to państwo konstytucyjnie świeckie, ale zarazem islamskie ze zdecydowaną przewagą sunnitów. Iran natomiast to ortodoksyjna republika teokratyczna szyitów. Już samo zderzenie dwóch zwalczających się nurtów islamu wróży jak najgorzej, zatem oba państwa od wielu dekad ostro rywalizują o wpływy na Bliskim Wschodzie. Z drugiej jednak strony współpracują w kwestiach ich wewnętrznego bezpieczeństwa, zaś najsilniejszym spójnikiem jest wspólne zwalczanie dążeń niepodległościowych Kurdów. Dlatego z punktu widzenia Recepa Tayyipa Erdoğana całkowitym absurdem jest rzucona nieodpowiedzialnie przez Donalda Trumpa idea uruchomienia lądowych działań zbrojnych Kurdów przeciwko wciąż silnemu reżimowi w Teheranie. To mrzonka zarówno wewnątrz Iranu, jak też w innych państwach z mniejszością kurdyjską.
Eskalacja wojny na Bliskim Wschodzie potwierdza bardzo szybką degradację tzw. Board of Peace (BoP). Przypomnę, że wyimaginowana Rada Pokoju (a dosłownie interesowny zarząd) to wymyślony i forsowany przez Donalda Trumpa twór, którego celem jest radykalne obniżenie znaczenia Organizacji Narodów Zjednoczonych oraz przeniesienie obecnego lokatora Białego Domu do nieśmiertelności. Wobec generalnego zbojkotowania BoP przez potentatów i Zachodu, i Wschodu na pociechę Donaldowi Trumpowi pozostał akces państw głównie z Bliskiego Wschodu, m.in. Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Bahrajnu, Kuwejtu, Kataru, ale także Turcji. Właśnie te państwa pośrednio i odpryskowo stały się celami razów odwetowych rozdawanych na oślep przez Iran, skierowanych teoretycznie na bazy amerykańskie. Rada Pokoju — trudno wymyślić nazwę bardziej odklejoną od brutalnej rzeczywistości…

