Apolonia, siostra Fluvi

Jacek Zalewski
opublikowano: 2008-07-11 00:00

Saragossa cierpi na typowy dla interioru Półwyspu Iberyjskiego wielki deficyt wody.

HISZPANIA: Płeć oficjalnej maskotki Expo 2008 w Saragossie nie została określona. Fluvi (z lewej) równie dobrze może być nim, jak nią. Patronująca polskiemu pawilonowi Apolonia (imię nadały jej hiszpańskie dzieci) za to bez wątpienia jest blondynką.

Saragossa cierpi na typowy dla interioru Półwyspu Iberyjskiego wielki deficyt wody.

Powierzenie przez państwa zrzeszone w paryskim Bureau International des Expositions (BIE) — obecnie jest ich 154 — zorganizowania wystawy tematycznej, czyli tzw. małej Expo, pod hasłem „Woda a zrównoważony rozwój” („Agua y Desarrollo Sostenible”) właśnie stolicy Aragonii było nieprzypadkowe. Teren Expo w zakolu rzeki Ebro został doskonale nawodniony, na każdym kroku słychać tam plusk fontann i wodospadów, ale o rzut beretem od owej sztucznej oazy zaczyna się posępna, wysuszona kraina sięgająca po horyzont. Notabene Ebro zbyt dosłownie potraktowała temat wystawy i tuż przed jej otwarciem (Expo trwa od 14 czerwca do 14 września) niespodziewanie wylała — czym zaskoczyła organizatorów, jako że latem zwykle przypomina strumień.

Wyróżnienia wojenne

Polacy do tej pory w większej liczbie zawitali do Saragossy dwa razy, co zresztą zostało dyskretnie wspomniane podczas otwarcia Dnia Polskiego, który w kalendarzu Expo przypadł w niedzielę 6 lipca. Pierwszy raz — w armii napoleońskiej, oblegającej miasto w latach 1808-09. Po bohaterskiej obronie Saragossa wówczas padła, a w krwawym szturmie wyróżniła się Legia Nadwiślańska, zwłaszcza oddział pułkownika Józefa Chłopickiego. Z kolei podczas hiszpańskiej wojny domowej Saragossa, opanowana przez generała Francisco Franco, stała się w 1937 r. celem operacji zaczepnej wojsk republikańskich, w której wyróżniła się — widocznie to nasza tradycja na hiszpańskich wojnach — ochotnicza XIII Brygada im. Jarosława Dąbrowskiego, a także dowodzący dywizją generał Karol Świerczewski „Walter”.

Tamte straszne dla Sarago-ssy wydarzenia z XIX i XX wieku to już odległa przeszłość, chociaż w symbolach wciąż się przebijają — choćby republikańską pieśnią „Ay, Carmela!”, opiewającą walki nad Ebro. A patronem eleganckiego hotelu Palafox, w którym spędził noc prezydent Lech Kaczyński — wraz z małżonką Marią uczestniczący w Dniu Polskim — jest generał José de Palafox y Melzi, bohaterski dowódca obrony 1808-09.

Nasze baśniowa kraina

Na Expo kategorii uniwersalnej — jaką w 2010 r. organizuje Szanghaj — prezentujące się państwa wznoszą swoje pawilony samodzielnie. Na tych mniejszych, tematycznych otrzymują mniej więcej jednakowe lokale od organizatorów, a ich inwencja ogranicza się do zagospodarowania wnętrza oraz fasady. Wystawę w Saragossie pierwszy raz w dziejach Expo zorganizowano na dwóch poziomach, co uczyniło ją bardziej zwartą obszarowo, ale również spowodowało nieznane wcześniej problemy.

Polska otrzymała przydział na piętrze, obok mając Nigerię, a pod sobą Portugalię — która rozumie, co znaczy sąsiad na górze, u którego bywa trochę mokro. Otóż polskie ściany są tężnią, czyli rusztowaniem z gałęzi tarniny, po których z założenia powinna ściekać solanka. To jest właśnie ów nieznany na wcześniejszych wystawach technologiczny problem Expo, bo w wielu pawilonach umieszczonych na piętrze woda leje się na potęgę — chociażby w nieodległej od nas Litwie.

Każde prezentujące się państwo musi sobie odpowiedzieć, do kogo adresuje swój przekaz i co chce osiągnąć. Z naturalnych powodów ponad 95 proc. zwiedzających Expo zawsze stanowi publiczność miejscowa. Statystyczny pobyt w jednym pawilonie trwa do 20 minut, w czasie których gość dysponujący niewielką wiedzą o danym kraju ma się zainteresować czymś więcej niż tylko restauracją z narodowymi potrawami oraz sklepem z pamiątkami. Chociaż — niektóre państwa ograniczają się do takiego właśnie przekazu, na przykład Afryka czy większość krajów arabskich. Z kolei u Francuzów czy Włochów restauracje zdecydowanie dominują powierzchniowo nad ekspozycją.

U nas zostało to wyważone, a najważniejszym elementem pawilonu jest film promocyjny — opowieść o chłopaku z Hiszpanii i dziewczynie z Polski, która jawi mu się syrenką. Wędrują tak od Bałtyku po Tatry przez wodną krainę, w której poduszkowce zasuwają Kanałem Augustowskim niczym po delcie Missisipi, typowym reprezentantem fauny jest ryś, ludność zajmuje się cwałowaniem na koniach przez strumienie oraz wyścigami na skuterach wodnych, a Kraków i Warszawa czule pochylają się ku Wiśle. Osobiście odczułem brak fragmentu podobnego filmu z Expo 2005 w Aichi — mianowicie stada mustangów na bieszczadzkich połoninach.

O ile my się możemy co najwyżej zadziwić, w jakim baśniowym kraju żyjemy — o tyle Hiszpanie mają ów reklamowy przekaz po prostu kupić. I kupują, jako że Polska znajduje się w czołówce popularności Expo 2008. Absolutnym hitem byłoby zrealizowanie tegoż filmu w technologii 3D, ale nie wydaje się to możliwe, nie tylko ze względów finansowych — na przykład jego finałem jest kręcony ze śmigłowca taniec polsko-hiszpańskiej pary na czubku Mnicha. Aha, podczas pokazu w Dniu Polskim widziałem błysk zadowolenia w oku prezydenta Kaczyńskiego, gdy w kadrze Mierzei Helskiej mignęła wieżyczka ośrodka Mewa koło Juraty, będącego ulubionym siedliskiem głowy państwa.

Wizy z całego świata

Niezbędnikiem gościa wystawy jest Expo-paszport, czyli książeczka (w Saragossie po 3,30 euro), w której zamiast wiz zbiera się stemple poszczególnych pawilonów. Notabene wcale nie trzeba do nich wchodzić, ponieważ stanowisko stemplowe znajduje się na ogół przy wyjściu. Zobaczenie wszystkich pawilonów w jeden dzień jest absolutnie niemożliwe, ale skompletowanie wspomnianą metodą wszystkich pamiątkowych wiz — jak najbardziej.

Liczba zwiedzających Expo 2008 w dniu powszednim przekracza 40 tysięcy, w sobotę i niedzielę sięga 60 tysięcy. Wakacje dopiero się zaczynają, prawdziwe tłumy napłyną w sierpniu. Najbardziej popularnym obiektem jest górująca nad wystawą Wieża Wodna (Torre del Agua), na którą łagodnie wchodzi się spiralnym chodnikiem o długości aż kilometra. Patrząc z góry, można sobie rozplanować kolejność zwiedzania. Podobną rolę spełnia kolejka linowa nad terenem wystawy, ale ona kosztuje dodatkowo — jednorazowy bilet dla dorosłego to 7 euro. Wszystkie pawilony i atrakcje na ziemi wliczone są w koszt wstępu na teren Expo — jednodniowy bilet dla dorosłego to 35 euro.

Wodna formuła prezentacji w Saragossie naprawdę niejedno ma imię. Potwierdza to przykład prezentacji watykańskiej. Otóż Stolica Apostolska dosłownie nawiązała do tematu wody w Starym i Nowym Testamencie — przywiozła odpowiednie obrazy, rzeźby, chrzcielnicę etc. Tematów znalazło się całkiem sporo, poczynając od potopu, potem Jan Chrzciciel i znane epizody z misji Chrystusa — między innymi stąpanie po wodzie, obmywanie nóg apostołom czy wesele w Kanie Galilejskiej, chociaż w tym ostatnim wypadku woda była jedynie surowcem wyjściowym.

Niektóre państwa Ameryki Środkowej czy Azji zainscenizowały wewnątrz pawilonów wilgotne, tropikalne puszcze — ale wcale nie one okazują się przebojami Expo 2008. Prawdziwe tłumy ustawiają się przed kilkoma obiektami, z których nie wszystkie na to zasługują, bo niekiedy zainteresowanie zostało sztucznie nakręcone małą przepustowością pawilonu — ot, taka promocyjna sztuczka. Publiczności przydałby się przewodnik po Expo z obiektywnym, rzeczowym opisem, co, gdzie, u kogo — ale z drugiej strony, zabiłoby to nastrój oczekiwania, dlatego zwiedzający otrzymują jedynie dokładne mapki.

Saragossa była moim czwartym Expo, dlatego zainteresowałem się, jak zaprezentowali się organizatorzy poprzednich wystaw oraz następnej. Portugalia (morskie Expo 1998 w Lizbonie), ta pod podłogą Polski, okazała się nijaka. Niemcy (Expo 2000 w Hanowerze) przyciągnęli ogromną kolejkę, urządzając przejażdżkę czymś na kształt rowerów wodnych po dydaktycznej ścieżce — ale tak nudnej, jak importowane od nich reklamy. Japonię (Expo 2005 w Aichi) również odwiedzają tłumy, oglądające mało ciekawą kreskówkę — i dopiero na końcu publiczność zaskakuje efekt specjalny, bo ekran znika i spada wysoki wodospad. Największe rozczarowanie w Saragossie przyniosły Chiny (Expo 2010 w Szanghaju), w których pawilonie zamiast zwiedzających hula wiatr. Chyba atrakcje ujawnią dopiero za dwa lata jako gospodarze wystawy.

Świst czwartego wymiaru

W klasyfikacji atrakcyjności numerem jeden okazał się niespodziewanie Kuwejt. Kolejka na kilka godzin, ale naprawdę polecam. Wielki napis informował, że wewnątrz prezentowany jest film w formule 4D. Ów czwarty wymiar okazał się bardzo intrygujący, a akredytacja szczęśliwie otworzyła mi miejsce w zaledwie 24-osobowej sali w formule last minute, tuż przed zamknięciem pawilonu. Sam film okazał się 3D, a wymiarem dodatkowym były efekty specjalne — np. jeśli parsknął wielbłąd czy chlapnął skuter wodny, to się to poczuło na ubraniu.

Efekt najmocniejszy na szczęście pozostał trójwymiarowy. Przypominam, że film ten — podobnie jak w pawilonie polskim i w wielu innych — służy turystycznej i biznesowej promocji Kuwejtu. Oto arabski wojownik zbliżył się do widowni z ostrym mieczem, nagle się nim zamachnął i… ściął nam głowy! I tak to ostatnią chwilą świadomości na Expo 2008 zanotowałem świst miecza.